Rozdziały 1 – 10

Rozdział 1 „Obcowanie z Mędrcami…”

„Obcowanie z Mędrcami, którzy urzeczywistnili Prawdę usuwa więzy materialne. Gdy więzy te zostały usunięte, wówczas zostają zniszczone również więzy umysłu. Ci, u których zniszczone zostały więzy umysłu, stają się jednym z Tym, które jest zawsze niezmienne. Osiągają oni Wyzwolenie jeszcze za życia. Dlatego szanuj towarzystwo takich Mędrców.”

Z Ewangelii Maharishiego

Inna wersja:

„Związek z Mędrcami, którzy urzeczywistnili Prawdę, przecina więzy materialne; gdy te odpadną, zostają usunięte dyspozycje mentalne, będące wynikiem przeszłej karmy i obecnie trwającej iluzji. Pokój, w którym przebywają ci, którzy nie są już niczym związani, jest Tym, które trwa wiecznie niezmienne i nieruchome. Jest to dźiwan-mukti, czyli Wyzwolenie tu i teraz. Poszukuj zatem towarzystwa tych wyzwolonych Istot.”

Ramana Maharishi opuścił ten świat w sześć miesięcy po moim wyjeździe z Indii. Ostatnie prawie słowa jego brzmiały: „Mówią, że umieram. Ale ja będę tutaj bardziej żywy niż kiedykolwiek. Dokąd indziej mógłbym pójść?”

Kilku jego uczniów, mieszkających o tysiące mil od aśramu wiedziało o jego śmierci już tego samego dnia. Gdy się porówna godzinę śmierci Maharishiego z czasem, w którym wiadomość o niej została im w sposób tajemniczy przekazana, to okazuje się, że została ona „nadana” na kilka godzin przed oddaniem przez Maharishiego ostatniego tchnienia.

Dopiero po tygodniu nadeszły do mnie listy z Indii i innych miejsc. Żaden prawdziwy uczeń nie oddał się smutkowi ani rozpaczy. Uczniowie, zarówno za granicą jak i w aśramie Świętego, odczuwali w sercach nadal tę samą atmosferę jaśniejącej fali spokoju i światła.

„Świat ze swymi zjawiskami fizycznymi jest dla naszego prawdziwego „Ja”
jak sen dla czuwającego lub jak cień. Czyż troszczy się on o przelotne sny
ostatniej nocy lub o cień, który rzuca jego ciało?”

 Z powiedzeń Maharishiego

„Żadnej z religii świata nie udało się uduchowić ludzkości ani jej uszczęśliwić.
Lecz każda z nich dała wielu poszczególnym jednostkom Wyzwolenie.”

Z wypowiedzi Śri Aurobindo

Duchową siłę każdego świętego i mędrca odczuwają najbardziej żywo i bezpośrednio jego współcześni. Wraz z upływem lat to, co było niegdyś objawieniem, staje się martwym dogmatem. I kiedy ludzie kanonizują świętego i budują mu świątynie, wtedy zamykają go w swych ciasnych murach, w których duch jego dusi się i przestaje być siłą ożywiającą i dającą natchnienie. W następnych pokoleniach jego zwolennicy toczą spory o każde słowo przypisywane Mistrzowi. Walczą o „autentyczność tekstów”. Czynią wszystko z wyjątkiem jednej ważnej rzeczy, której uczył Ów Wielki, mianowicie aby „stać się jako On”.

Nie wszystkie jednak ziarna padają na kamienny grunt. Niektóre dają bogaty plon. W tym leży nadzieja błądzącej ludzkości. Żywoty ludzi takich jak Maharishi są istotnymi tej prawdy dowodami. Są oni niczym meteory, które lotem swym rozświetlają najciemniejsze noce.

Ci, którzy w tym błysku ujrzeć zdołają ścieżkę, będą odtąd wiedzieli, dokąd ona prowadzi.

Rozdział 2 Pierwsze spotkanie

Skoro tylko przybyłem do siedziby Maharishiego, zwanej Ramanaśramem i wyskoczyłem naprzeciw świątyni z dwukółki, zostałem natychmiast, mimo późnej pory, lecz w myśl zwyczajów panujących w aśramie, zaprowadzony przed oblicze Maharishiego.

Siedział on w dużej sali, przy jednej z jej ścian, właśnie kończąc jedzenie. Grupa ludzi – wszyscy Hindusi – siedziała rzędami na podłodze pomiędzy kolumnami sali. Przyprowadzono mnie w pobliże Maharishiego, na odległość około 3-4 metrów od niego, a mój towarzysz powiedział do niego kilka słów, z których zrozumiałem jedynie nazwę kraju, z którego pochodziłem. Święty uniósł głowę, spojrzał na mnie i uczynił ręką gest zapraszający mnie, abym podszedł bliżej. Słodycz i spokój tego tak prostego a pełnego godności gestu chwyciły mnie za serce i od razu poczułem, że stoję w obliczu wielkiego człowieka. Jego sposób bycia był tak normalny, że przybysz nie odczuwał ani zdziwienia ani onieśmielenia, krytyczne zaś nastawienie i ciekawość rozpraszały się. Nie byłem przeto zdolny czynić spostrzeżeń czy porównań, chociaż może podświadomie żywiłem ten zamiar, gdy sobie wyobrażałem to pierwsze spotkanie przed przybyciem do aśramu. Obraz Mędrca utkwił mi żywo w pamięci już od tej pierwszej chwili, podobnie jak obraz rzucony na światłoczułą płytę fotograficzną. Ponieważ jednak bez słów niczego przekazać nie można, spróbuję opisać jego wygląd.

Maharishi, widziany mymi oczami, był to szczupły, siwy, bardzo uprzejmy starszy mężczyzna; skóra jego miała barwę starej kości słoniowej; jego ruchy były swobodne, spokojne i miękkie; oblicze wyrażało naturalny stan wewnętrznej koncentracji, pozbawionej najmniejszego wysiłku woli. Może powinienem raczej powiedzieć, że osiągnął stopień, na którym wszelki wysiłek woli staje się już zbyteczny dla przezwyciężenia jakiejś trudności lub osiągnięcia danego celu, z tego po prostu powodu, że wszystko zostało już osiągnięte.

Było to pierwsze objawienie tego niewidzialnego promieniowania, którego świadkiem bywałem co dzień podczas następnych miesięcy. Teraz, gdy piszę te słowa, zastanawiam się, jakim sposobem nie zapomniałem najmniejszego szczegółu, dotyczącego Maharishiego. Mogę go wywołać w umyśle jak obraz na ukrytej światłoczułej płycie, o której istnieniu nie miałem pojęcia.

Podano mi na liściu banana skromną indyjską wieczerzę: nieco ryżu, jarzyn i owoców. Zanim skończyłem jeść, Maharishi odszedł. Skoro tylko znalazłem się w małej, jednoizbowej chatce, którą w obrębie aśramu dla mnie przygotowano, natychmiast zapadłem w sen, byłem bowiem bardzo zmęczony całodzienną podróżą.

Rozdział 3 Życie w aśramie Maharishiego

Następny dzień przeznaczyłem na zapoznanie się z rozkładem dnia w aśramie: z godzinami medytacji w obecności Mędrca, posiłków w jadalni itp.

Zmuszony też byłem zabezpieczyć żywność, którą przywiozłem, przed mrówkami. Znalazły one natychmiast drogę do mego cukru i sucharów, i gromadziły się dokoła puszek z miodem, chociaż były one hermetycznie zamknięte. Poza tym musiałem zaopatrzyć się w wodę do picia z najbliższego kranu.

Skromny tryb życia w aśramie ułatwia koncentrację i głębokie wnikanie w siebie; sama atmosfera naładowana myślami tak wielu ludzi, poszukujących swego prawdziwego „Ja” według nauk Mistrza, kieruje w głąb i sprzyja poszukiwaniom wewnętrznym. Niewidzialny, jednak silny wpływ świętej góry Arunaćali ma również swój udział w wytwarzaniu tej osobliwej atmosfery, o tym jednak opowiem później.

O godzinie 7 rano głośne uderzenie gongu zwoływało nas na śniadanie. Gdy znalazłem się w jadalni, Maharishi właśnie wchodził do niej po kilku schodkach, które tam prowadziły. Towarzyszyło mu kilku Hindusów, którzy mu stale usługiwali. Tu w pełnym świetle dnia spostrzegłem po raz pierwszy, że stan jego zdrowia był istotnie niepewny. Chodził z trudem, stawy bowiem i kolana były zaatakowane przez chroniczny reumatyzm. Lewe ramię i łokieć były obandażowane z powodu złośliwego guza, który zaczął rozwijać się około 6 miesięcy temu i mimo dwóch operacji nie zaprzestał swej pustoszącej działalności, by w końcu, w rok później spowodować śmierć Maharishiego. Czasami chwiała mu się lekko głowa, co podkreślało jeszcze powagę jego schorzenia. Całe ciało, niegdyś wysokie i silne, było teraz pochylone i słabe.

Wszedłszy do sali, Maharishi zajął miejsce pod ścianą, naprzeciw wejścia. Siedział sam, a na podłodze porozkładane były liście bananowe dla wszystkich stołowników. Zająłem miejsce po jego prawej stronie w odległości około 3 metrów od niego, zachowałem je podczas całego mego pobytu w aśramie.

Mędrzec jedząc posługiwał się palcami, zgodnie z powszechnym indyjskim zwyczajem. Ruchy jego wydawały się automatyczne. Widziałem, że był on całkiem świadomy swego otoczenia i reagował w normalny sposób na wszystkie zjawiska zewnętrznego świata, ale czułem pewność, że jego prawdziwe „Ja” nie ma nic wspólnego z funkcjami i czynnościami jego widzialnego narzędzia. Po pewnym czasie zrozumiałem, że zgodnie z jego własnymi naukami ta fizyczna płaszczyzna życia była dla niego jak sen. Zrozumiałem również, że nie byłbym mógł nigdy poznać Rzeczywistości, gdybym nie potrafił sam zrealizować tego stanu w stosunku do świata zewnętrznego.

Uchwycenie tej prawdy jest naszym pierwszym istotnym krokiem do pozbycia się więzów myślenia. Umysł tworzy wciąż, w ciągu całego naszego życia, mnóstwo bezużytecznych myśli. Jeden z europejskich uczniów Mędrca zauważył słusznie:

„Nasz umysł tworzy sam swoje problemy, a potem próbuje je rozwiązać, ale nigdy nie osiągnie ostatecznego rozwiązania, ponieważ takowe nie istnieje w ograniczonej sferze jego działania.”

W aśramie podawano trzy wspólne posiłki: lunch, czyli obiad około godziny 11.30 przed południem, kolacja o godzinie 7.30 po południu, a o godzinie 3.30 po południu podawano herbatę dla gości aśramu i osób wizytujących. Można było otrzymać herbatę, kawę lub na specjalne życzenie – jak w moim przypadku – mleko. Potrawy są smacznie przyrządzone, niektóre jednak jarzyny i słodycze zawierały tak wiele przypraw, że były za ostre dla europejskiego podniebienia. Ale wkrótce odkryłem, że w tym tropikalnym klimacie ostrzejsze przyprawy są pożyteczne i zjadałem wszystkie te piekące curry i sosy. Muszę jednak przyznać, że usługujący nam bramini przestali podawać mi najostrzejsze potrawy, gdy tylko zauważyli, co pozostaje na moim liściu bananowym.

Maharishi jadł wszystko w niewielkich ilościach. Przy końcu obiadu, gdy roznoszono maślankę, robił zwykle okrągły wał z ryżu, pozostawiając w środku nieco miejsca na płyn. Gdy już miał dosyć, zatrzymywał gestem usługującego bramina.

Nie pozostawiał nigdy na swym liściu ani jednego ziarenka ryżu. Jest to uważane za obowiązek przez wszystkich przestrzegających zwyczajów hinduskich, które kierują każdym krokiem jednostki na fizycznej płaszczyźnie życia. Z początku nie mogłem zrozumieć tego widocznego poddawania się zewnętrznym zwyczajom u wielkiego Mędrca, który postrzega cały świat jako iluzję umysłu i pięciu zmysłów, jego sług. Później jednak, gdy w obecności Maharishiego mój własny umysł stawał się coraz bardziej spokojny, bardziej zdolny do wydawania właściwych sądów i gdy wszystkie horyzonty myślowe stawały się jaśniejsze, wątpliwość ta znikła, jak wiele innych.

Podczas pierwszych tygodni mego pobytu w aśramie spędzał Maharishi całe dnie, z wyjątkiem godzin snu i jedzenia, pod małym daszkiem bambusowym w pobliżu biblioteki, naprzeciw jadalni. Spoczywał pół leżąc na dużym kamiennym łożu, pokrytym matami, bawełnianymi dywanikami i kilkoma poduszkami. Skoro tylko spostrzegłem to kamienne łoże, w moim umyśle, który zgodnie ze starym europejskim zwyczajem musi sądzić o wszystkim na podstawie wyglądu, powstała myśl, że reumatyzm Maharishiego rozwinął się na skutek wieloletniego siedzenia na kamieniu. Nie rozumiałem, że to, co może być niedobre w zimniejszych krajach, niekoniecznie musi być takim w Indiach. Później bowiem, w czasie moich nocnych wędrówek po górze Arunaćala odkryłem, że duże głazy na których siadywałem, były jeszcze ciepłe nawet kilka godzin po zachodzie słońca i nie ostygły przez całą noc.

Naprzeciw Maharishiego siedzieli na betonowej podłodze jego uczniowie i odwiedzający. Na poranne i wieczorne medytacje przychodzili z jaskiń Arunaćali niektórzy sadhu, uczniowie Mistrza. Codziennie recytowano Wedy, a przed kolacją śpiewano święte hymny, często takie, które Maharishi sam w swej młodości ułożył. Co dwa tygodnie jeden ze stałych mieszkańców aśramu, uczony bramin, śpiewał najpiękniejszy hymn. Jak się dowiedziałem, opiewał on chwałę Pana Świata. Hymn pełen był melodycznych implikacji, a końcówki słów, których oczywiście nie rozumiałem, pozostaną za zawsze w mojej pamięci, jak tyle innych zjawisk w tym przybytku pokoju.

Później, w zgiełku światowego życia, gdy przypominałem sobie słowa Maharishiego „Myśl o swoim prawdziwym JA” i rozumiałem tego potrzebę, odkryłem, że pamięć tej melodii, jej dźwięk słyszany wewnętrznie, momentalnie wprowadzał harmonię w mojej świadomości.

Trwało to pewien czas, zanim przystosowałem się do rytmu życia w aśramie i zanim potrafiłem wewnętrznie zbliżyć się do Maharishiego. Z początku musiałem walczyć z intelektualną nieufnością, ze skłonnością do wyszukiwania wad w życiu ludzi, którzy Mędrca otaczali. Po prostu marnowałem bezcenny czas, walcząc daremnie z wiatrakami swego umysłu. Patrzyłem na Maharishiego z ciasnej twierdzy „ja”, mojej małej osobowości. Zrozumiałem, że nie wolno mi tak czynić, że muszę z małego mojego „ja” wyjść na szerszą drogę i że tylko w ten sposób mogę znaleźć oświecenie.

Przechodziłem próbę dobrze znaną psychologom okultystycznym. Umysł może wyciągać wnioski i rozważać wzniosłe sprawy. Z duchowej inspiracji Mistrza może nawet być zdolnym do tworzenia dzieł, które dobrze objaśniają duchowe idee. Lecz gdy zbliża się prawdziwe, aktualne doświadczenie, gdy trzeba przeżyć to, co było tak mądrze wyrażone, ach! wtedy zjawia się wyrwa, rozbrzmiewa fałszywa nuta.

Z czasem jednak promieniowanie Mędrca powoli wykonywało swą niewidzialną pracę. Zrazu pragnąłem z nim rozmawiać, lecz płytkość tego, co usiłowałem wypowiedzieć, odbierała mi wszelką odwagę. W końcu intuicja wskazała odpowiednią drogę:

   „Milczenie jest najpotężniejszą formą nauczania, które Mistrz przekazuje uczniowi.
Nie istnieją słowa, które mogłyby wyrazić najważniejsze rzeczy, najgłębsze prawdy”.

Z Powiedzeń Maharishiego

Począłem bacznie wsłuchiwać się w ciszę, otaczającą Mistrza. Zrozumiałem, jaki wysoki stopień koncentracji, innymi słowy – kontroli ruchu myśli potrzebny jest, aby móc otworzyć wrota umysłu na przyjęcie subtelnych wibracji, które Maharishi bezustannie promieniował i które prowadziły ludzi do wysokiego wtajemniczenia. Stopniowo zrozumiałem również, że moje poprzednie ćwiczenia nie należały do najlepszych i że tutaj miały się okazać niewystarczającymi. Zrazu stwierdzenie, że wszystkie moje poprzednie metody trzeba zrewidować i zmienić, było dość przygnębiające.

Zdałem sobie sprawę, że suma wiedzy, którą mogę tu znaleźć i przyswoić sobie, zależy od mojej własnej postawy, że sam ponoszę odpowiedzialność za uchwycenie i wykorzystanie w pełni tej jedynej w swoim rodzaju, niepowtarzalnej okazji przebywania u stóp Mistrza; okazji, która mogła się już nigdy nie powtórzyć. Innymi słowy, że ilość światła, która przeniknie do mojej istoty, zależy bezpośrednio od rozwarcia bram mojej świadomości.

Nie łatwo było w praktyce porzucić wszystkie swoje egocentryczne poglądy, skrystalizowane formy wierzeń, porównania i uprzedzenia. Niektóre z tych wierzeń uważałem za niezachwiane, a teraz musiałem stwierdzić, że nie wytrzymują one ogniowej próby obecności człowieka, który urzeczywistnił prawdę. Zwłaszcza porównania z kilku mistrzami przeszłości stały się powodem wielu chwil wewnętrznej walki. Jakąż więc – pytałem siebie – jest rola Buddy, Chrystusa i innych wielkich Mistrzów, którzy wskazali ludzkości tak cudowne ścieżki do zbawienia? Czyż nie powinniśmy trwać przy tych, którzy dali nam tak bezsporne znaki swej boskości? Czyż nie powinniśmy iść nadal śladem ich świętych stóp?

Miałem dużo innych jeszcze wątpliwości i wahań, ale nie sądzę, aby było pożyteczne przytaczanie tutaj wszystkich tych błędnych mniemań. Odpowiedź na moje wątpliwości przyszła – jak wszystko w tym niezwykłym miejscu – całkiem nieoczekiwanie i prosto. Opowiedziano mi, że gdy kiedyś pewne europejskie małżeństwo wyznania rzymsko-katolickiego siedziało u stóp Maharishiego i prawdopodobnie pod czarem nieporównanej świętości i wzniosłości atmosfery wyrażało swe uczucia w formie modlitwy tradycyjnie im najbliższej, Mędrzec zauważył po pewnej chwili: „Oni mają innego Mistrza. Modlą się do niego. Ale to nie ma znaczenia. Jest tylko Jeden”.

Zanim przybyłem do aśramu, czytałem już wiele o Maharishim. Wiedziałem, że widzi on wnętrze każdego człowieka, który się do niego zbliża, jakkolwiek nigdy tego nie okazuje i nigdy o tym nie mówi. Nie zdziwił mnie więc ten wypadek. Miałem również doświadczyć na sobie tej niezwykłej siły Mistrza. Było to bardzo potrzebne, albowiem bez całkowitego zaufania do Mistrza, bez wiary, że jego świadomość stanowi jedno zarówno z Absolutem, jak i z świadomością ucznia, poznanie Jaźni jest niemożliwe.

Gdy się przebywa w jego pobliżu tydzień za tygodniem, pęka i rozpada się skorupa odrębnej osobowości. Odczuwam ten proces zawsze, gdy jestem z nim. Najważniejszy punkt zwrotny w moim własnym życiu nastąpił w dniu, w którym Maharishi, zgodnie z decyzją „władz naczelnych” aśramu (jego brata i personelu zarządzającego zewnętrznymi sprawami aśramu) przeprowadził się do sali nowo wybudowanej świątyni. Świątynię, w czystym hinduskim stylu, wzniesiono w miejscu, gdzie w 1922 roku pochowano matkę Maharishiego. Obiegła pogłoska, że Maharishi nie życzył sobie zrazu tej przeprowadzki, mówiąc, że czuje się zupełnie dobrze pod małym daszkiem bambusowym. Gdy jednak brat jego, będący naczelnym zarządcą aśramu i kilku ludzi jego personelu rzuciło się przed świętym na ziemię prosząc go o przyzwolenie, odpowiedział, że jest obojętne, gdzie się przebywa i spełnił ich prośbę.

Duże, w granicie kute łoże, wymoszczone haftowanymi indyjskimi dywanami, czekało na Mędrca w sali świątyni, która miała być ostatnim miejscem pobytu jego na ziemi.

Świątynia wybudowana jest z szarego, pięknie rzeźbionego marmuru w starożytnym, tradycyjnym hinduskim stylu z szczęśliwie dobranymi dodatkami pewnej nowoczesnej wygody. Ze swymi wysmukłymi kolumnami pośrodku, skromną ilością rzeźb i ornamentów, dużymi oknami i wieloma wejściami, z nowoczesnymi elektrycznymi wentylatorami i silnymi lampami fluorescencyjnymi, robi bardzo miłe wrażenie. Blisko łoża Maharishiego stała półka z książkami, mały stolik i zegar, a przed nim naczynie na kadzidło, w którym przez cały dzień żarzyły się laseczki indyjskiego kadzidła, rozsiewając swą miłą woń po całej sali.

Około południa z pełną powagą wprowadzono Maharishiego do sali świątynnej, ja jednak nie byłem przy tym obecny, ponieważ wyszedłem natychmiast po porannej medytacji. Gdy powróciłem po południu, musiałem znaleźć dla siebie miejsce w tym nowym budynku i wybrałem je naprzeciw Maharishiego przy następnej kolumnie, skąd mogłem zawsze spoglądać w jego oczy.

Sala była podzielona na dwie części. Po prawej stronie siedzieli mężczyźni, po lewej kobiety. Mała przenośna bariera naprzeciw łoża Mędrca wskazywała wielbicielom i odwiedzającym granicę dozwolonego zbliżania się.

Maharishi siedział jak zwykle, ze skrzyżowanymi nogami w pozie medytacyjnej, wsparty o kilka poduszek, z głową lekko pochyloną w stronę ramienia. Można było zauważyć, że poprzednie ceremonie zmęczyły jego słabe, fizyczne ciało. Słabość jego zrazu mnie zaniepokoiła, o ile w ogóle w jego obecności można było się niepokoić. Później przyzwyczaiłem się do tego. Stopniowo zacząłem mniejszą przywiązywać wagę do „widzialnej” strony rzeczy, i dlatego mniej się o nie troszczyłem i niepokoiłem.

Około godziny 5.15 po południu zaczynała się recytacja Wed, trwająca 45 minut. Po niej Maharishi przeglądał listy, które nadchodziły ze wszystkich stron świata, rzucał szybkie spojrzenie na gazety, a potem sekretarz aśramu – wykształcony Hindus z długą siwą brodą, z przepaską na biodrach i białym płótnem na plecach jako jedynym odzieniem – przynosił stos przygotowanych listów, odpowiedzi na korespondencję z poprzedniego dnia. Maharishi przeglądał je wszystkie starannie i wkładał z powrotem do przygotowanych kopert. Czasem robił kilka uwag, ale zdarzało się to rzadko. Takie listy zabierał sekretarz w celu dokonania poprawek w myśl otrzymanych wskazówek.

Wreszcie dobiegały końca wszelkie prace dnia, a ich miejsce zajmowała cisza i spokój.

Rozdział 4 Łzy

Z pewnym wysiłkiem zmuszam umysł do uciszenia się. Już nie rodzi żadnych myśli. Te, które się zjawiają, nikną natychmiast jak małe chmurki na indyjskim niebie. Wpatruję się uważnie w Świętego, patrząc w jego wielkie, szeroko otwarte, ciemne oczy.

I nagle zaczynam rozumieć. Jakże zdołam wyrazić naszym ziemskim językiem, co właściwie rozumiem? Jakże zdołam ująć te wyższe i subtelniejsze sprawy w słowa, oparte na pojęciach ogólnych i doświadczeniach zwykłych ludzi, którzy tworzą i kształtują nasz język? Czyż mogę powiedzieć, że rozumiem, iż życie Maharishiego nie koncentruje się na naszej ziemskiej dolinie, że wybiega daleko poza nasz świat, że widzi on inny i rzeczywisty świat, niezależny od zmian i burz? Że jest on świetlistą pochodnią z tronu Najwyższego, pochodnią, rozsiewającą dokoła siebie promienie swego blasku? Że podobien jest do dymu kadzidła, wznoszącego się bezustannie ku błękitnemu niebu, które widzimy poprzez dach świątyni? Że oczy jego, spoglądające teraz na mnie zdają się mówić – nie, nie mogę powiedzieć nic nad to, nie mogę nawet myśleć.

Czuję tylko potok łez, spływających po mych policzkach. Są obfite i czyste. Płyną cicho. Źródłem ich nie jest ani cierpienie, ani żal, ani skrucha. Nie umiem nazwać ich przyczyny. I poprzez te łzy spojrzałem na Mistrza. On zna dobrze ich źródło. Jego poważne, prawie uroczyste oblicze wyraża nieskończone zrozumienie, przyjaźń i jaśnieje wewnętrznym światłem, które czyni jego twarz tak różną od wszystkich innych ludzkich twarzy. W świetle jego głębokiego spojrzenia zrozumiałem nagle przyczynę i cel moich łez. Tak, „widzę” nareszcie. Nagłe oświecenie jest za silne na to, by dać miejsce bezpośredniej wierze w prawdę „widzianego”. Czyż „to” jest rzeczywiście możliwe? Czy może być możliwe? Lecz oczy Maharishiego zdają się „to” potwierdzać.

Mogę tylko powiedzieć, że zdarzają się chwile wewnętrznych przeżyć tak ważnych i tak obfitych w skutki, że mogą wpłynąć nie tylko na jedno, ale na wiele wcieleń. Bywają skazy, które trzeba zmyć, zanim będzie można widzieć wyraźniej. Woda z ziemskiego naczynia nie zdoła tego dokonać, nie ma bowiem mocy oczyszczenia duszy. Może jedynym naczyniem, przydatnym do tego celu jest serce, jedyną „wodą” – potok łez.

„Spokój ponad wszelkie ludzkie pojmowanie.”

Przez kilka dni jeszcze uprawiam podobne medytacje. Później następują inne, na innym szczeblu. Łzy ustępują miejsca wewnętrznemu spokojowi i uczuciu niewyobrażalnego, nie dającego się opisać szczęścia. Ten wewnętrzny nastrój jest niezależny od wszelkich warunków zewnętrznych. Tego wewnętrznego spokoju nie może zakłócić ani ból członków, który często dręczy, gdy się siedzi przez kilka godzin w tej samej pozycji, ani czarne natrętne moskity, ani wyczerpujące gorąco. Stan ten trwa tak długo, jak długo nie pozwalam umysłowi tworzyć nowych myśli. Lecz z chwilą ustania koncentracji znika również i spokój. I znów wkracza świat, ze swymi problemami; znów pojawiają się zmartwienia, niepokoje i oczekiwania.

Skoro jednak raz już odkryliśmy tajemnicę tego przeżycia, potrafimy otworzyć wrota na jego powtórne zjawienie się. Możemy je otwierać ilekroć tego zapragniemy. Zdaję sobie sprawę z tego, iż w tych pierwszych błyskach ponadmyślowej świadomości pomoc Mistrza jest najważniejszym czynnikiem. Nie sądzę, by włączał się decydująco i czynnie; to jego obecność, jego ciągłe promieniowanie spontanicznie wywołuje ten skutek.

Patrzę na ludzi, zgromadzonych w sali świątyni, na braminów i bezkastowych, na Europejczyków i Amerykanów, na mężczyzn i kobiety, na starych, młodych i na małe dzieci. Wszyscy są szczęśliwi tu, u stóp Świętego. Każdy odczuwa to szczęście zależnie od swych możliwości i stopnia wrażliwości.

Uczony bramin myśli być może, że tu właśnie zbliżył się do wyzwolenia z koła narodzin i śmierci. Czarny drawidyjski rolnik ufa, że zbiór z jego małego pólka ryżowego będzie większy, jeśli odwiedzi aśram i złoży swój hołd u stóp Rysziego. Amerykanin może spodziewać się, że znajdzie zbawienie i szczęśliwość stanu samadhi. A artystka, dawna gwiazda filmowa z Indii północnych, piękność w srebrnoszarym sari, może poczuć, że przebywa w swardze[1], niebie hinduskim.

Mnie zaś wydaje się, że gęsta mgła zakrywająca horyzont stopniowo rzednie, że zbliża się dzień, w którym nie będzie już żadnej przegrody między mną a Rzeczywistością. Ponadto widzę w takich chwilach olbrzymią pracę przed sobą. Spostrzegam, iż brak mi tak wielu koniecznych cech. Lecz stwierdzenie tego faktu nie rodzi przygnębienia, jak bywało dawniej. Ponieważ przeżyty spokój jest poza czasem, pytanie „kiedy” i „w jaki sposób”, w ogóle się nie pojawia.

Przypominam sobie słowa Maharishiego w odpowiedzi na podobne pytania. Czytałem je onegdaj i zdają się one potwierdzać moje wyczucie.

 „Prawdziwe „Ja” jest wszystkim, jest wszechobecne, a więc jest zawsze z nami. Życie w nim to Urzeczywistnienie”.

Rozdział 5 Chwała Pana przejawia się w Jego Świętych

Obserwowałem dzisiaj uważnie Maharishiego, gdy był „na służbie”, czyli – jak mówią Hindusi – udzielałdarśanu[2], to znaczy, że wszyscy mieli możność ujrzenia go. Od rana do południa i od godziny 3.30 po południu aż do wieczora siedzi on w sali świątyni lub pod daszkiem bambusowym w pobliżu biblioteki, otoczony grupą uczniów i mieszkańców aśramu oraz tłumem odwiedzających i pielgrzymów. Mówi bardzo mało, a wypadki bezpośredniego zwracania się do kogoś są bardzo rzadkie.

Oblicze jego jaśnieje natchnieniem, nieziemskim spokojem i siłą, nieskończoną dobrocią i pełnym zrozumieniem. Duże ciemne oczy zdają się spoglądać w nieskończoność, ponad i poprzez głowy obecnych, nie zatrzymując się na nikim specjalnie. A jednak wnikają w najgłębsze zakamarki każdego poszczególnego serca. Gdy się w te oczy wpatrywać, można to właśnie wyczuć. A gdy jesteśmy u Maharishiego, trudno jest zaiste nie zatopić wzroku w jego oczach. Milcząc, panuje on nad tym tłumem, będąc ogniskiem dla tak wielu różnorodnych uczuć ludzkich.

Tu zmieniają się drogi naszego myślenia, nowe pojęcia wkraczają w pole naszej świadomości. Atmosfera najwyższej czystości i spokoju, którą bezustannie wypromieniowuje Mędrzec, zmusza każdego z nas do zbadania i zweryfikowania dotychczasowych naszych wierzeń i opinii. Przychodzi to jednak samo przez się, spontanicznie, bez żadnego wysiłku z naszej strony. Nikt tego nie narzuca. Jest to po prostu wynikiem nagłego rozszerzenia świadomości. Temu wewnętrznemu procesowi towarzyszy uczucie wielkiego szczęścia. Nie jest to bierność umysłu, włoskie dolce far niente, nic takiego. Stan ten jest, że tak powiem, prawem naszego dziedzictwa, które zdobyliśmy dzięki długim ćwiczeniom w koncentracji i dzięki oczyszczeniu ducha z wszelkiego śmiecia światowych myśli. W obecności Maharishiego ten proces staje się swobodny i naturalny. Przestaje mu towarzyszyć trud i wysiłek bez żadnej pewności, co do skutku.

Na chwilę wychodzę z medytacji, aby spojrzeć na Mistrza. Wiem, że z największą łatwością – w sekundę – mogę do niej powrócić, zanurzyć się z powrotem w ten sam wewnętrzny świat. Maharishi siedzi jak poprzednio, z głową nieco ku ramieniowi pochyloną, z nieruchomym, stężałym wzrokiem utkwionym w niezmierzone zaświaty. Lampy elektryczne rozbłysły. Kobiety, które muszą opuścić salę o godzinie 6 po południu, właśnie odeszły. Pozostało około tuzina mężczyzn, którzy co wieczór biorą udział w niezwykle mistycznej, niewidzialnej „adoracji”, którą Maharishi o tej porze dnia celebruje. Słowo „adoracja” nie jest ani dokładnym, ani najodpowiedniejszym wyrażeniem, ale w tej chwili nie mogę znaleźć lepszego, a nie pragnę mozolnie wyszukiwać słów. Wrażliwy czytelnik zrozumie, a tym, którzy tych rzeczy pojąć nie zdołają, nie przydadzą się na nic nawet najodpowiedniejsze słowa.

Nagle zdaję sobie sprawę, że są to ostatnie miesiące, w których Maharishi służy ludzkości w swej ludzkiej postaci. Dni jego życia są istotnie policzone mimo faktu, że niektórzy jego wielbiciele spodziewają się jeszcze cudu. Słyszę, że ma mieć miejsce jeszcze jedna operacja.

Co do mnie, nie umiem czekać na cud. Żar, odzwierciedlenie Rzeczywistego, które widzę poprzez Mistrza, oświeca umysł. Widzi on teraz jaśniej i jest może bliższy prawdy.

Gdy coś staje się według najwyższej woli Tego, który stwarza prawa bytu, a których to praw widzieć możemy tylko skutki, byłoby bez sensu żywić nadzieję, że ta wola sama sobie się przeciwstawi. Jeśli ostatnia ofiara Świętego przybrała formę nieuleczalnej choroby, która w określonym czasie wiedzie zawsze do śmierci fizycznego ciała, jakże można by się przeciwstawić Jego woli? Byłaby to sprzeczność, na którą nie mógłby się zgodzić nawet ograniczony umysł ludzki.

Dlatego mnie osobiście nie może pocieszyć nadzieja na cud. Mam jednak inną pociechę, że nie wierzę w ogóle w „odejście” Mistrza. Chociaż nie wygrałem jeszcze mojej ostatniej bitwy z materią, czy raczej z jej ułudą, i chociaż droga wiodąca do tego zwycięstwa jest jeszcze długa, to jednak nie wierzę już w rzeczywiste istnienie wroga. Gdyby istniał naprawdę, nie istniałaby żadna w ogóle droga, żadna możliwość zwycięstwa – albowiem rzeczywiste nie może być zniszczone.

Dla mnie Maharishi nigdy nie odejdzie. Nie bez pewnego celu dane zostało nam, którzy teraz Mędrca otaczamy, urodzić się w tym samym, co on czasie i korzystać z przywileju ujrzenia światła, które on w świecie rozsiewa. Pamiętam jego własne słowa, wypowiedziane kiedyś do ucznia w tej materii.

Fala nieskończonej błogości przepływa przeze mnie i opanowuje mnie. Niesie mnie ona ponad myślenie, ponad cierpienie i ból, nie istnieją tam ani śmierć ani przemiany, tylko nieskończony, bezgraniczny Byt. Czas znika – nie jest już potrzebny.

Nie wiem, jak długo królowała we mnie ta fala światła. W końcu poczułem, że powinienem poprzez moje zamknięte powieki spojrzeć na Mistrza. I (nie otwierając oczu) widzę, a raczej wiem, że Święty utkwił we mnie swój nieruchomy wzrok.

Oto klucz do mego przeżycia.

Rozdział 6 Śri Maharishi jako człowiek

Maharishi urodził się 31 grudnia 1879 roku w wiosce niedaleko Maduraj w Indiach południowych. Należał do szanowanej, lecz ubogiej rodziny bramińskiej, która dała mu imię Venkataraman. Ojciec jego był adwokatem. Nauki pobierał wraz ze swym starszym bratem w miejscowej szkole średniej; w wieku 15 lat przygotowywał się do immatrykulacji w celu uzyskania wstępu na uniwersytet w Madrasie. Aż do tego czasu nic nie zapowiadało, iż ma się do czynienia z rozwijającym się geniuszem religijnym. Venkataraman był pięknym, zdrowym młodzieńcem, zamiłowanym w sportach i ćwiczeniach fizycznych, natomiast niezbyt pilnym w nauce. W rodzinie jego krążyła legenda, że w każdym pokoleniu jeden z jej członków musi wyrzec się życia światowego i opuścić dom. Jedyną duchową książką, która wywarła wrażenie na chłopcu była Perijapurana, opisująca żywoty 63 śiwaickich świętych. Maharishi opowiadał później, że podczas czytania tej książki poczuł dziwne pragnienie, aby być jednym z tych świętych. Gdy posłyszał, jak wuj jego mówił o swej pielgrzymce do Arunaćali, świętej góry, odległej o około 100 mil od Maduraj, sama nazwa Arunaćala poruszyła czułą strunę w duszy chłopca. Prosił wuja, aby opowiedział mu coś więcej o tej górze.

W jakiś czas później spotkało go niezwykłe przeżycie. Gdy siedział sam w swym pokoju, nagle owładnął nim niewytłumaczalny lęk i poczucie zbliżającej się śmierci. Młody Venkataraman, w doskonałym zdrowiu i nie dręczony żadnym widocznym cierpieniem doznał wrażenia, że oto nadchodzi jego ostatnia godzina. Jego reakcja była całkiem inna, niż można było się spodziewać. Nie wołał o pomoc, nie szukał lekarza, lecz położył się spokojnie na podłodze, mówiąc do siebie: „Śmierć idzie ku mnie, ale śmierć czego? Oto ciało moje leży już nieruchomo, staje się zimne i sztywne, lecz „ja”, moja świadomość, nie jest w ogóle tym dotknięta. Więc „ja” jestem niezależny od tej umierającej formy. „Ja” nie jestem tym ciałem”. Po pewnym czasie życie powróciło do podobnego do trupa ciała, lecz jego mieszkaniec zmienił się całkowicie. Przeżycie to przyniosło mu pewność, że jego prawdziwe „ja” nie jest zależne od tymczasowej formy, błędnie nazywanej „ja”.

Wkrótce potem opuścił Maduraj, nie zostawiając wiadomości, dokąd się udaje; pozostawił tylko krótką notatkę dla rodziny, w której prosił, aby się o niego nie niepokoić i nie szukać go, ponieważ – jak ich zapewniał – zamierzenia jego są cnotliwe. Miał przy sobie bardzo mało pieniędzy, tylko tyle, ile potrzeba było na pokrycie części kosztów podróży, toteż wyruszył koleją, a potem pieszo do Tiruvannamalai, miasteczka, położonego najbliżej góry Arunaćala. Potem zatrzymywał się przy licznych w okolicy świątyniach, na znak wyrzeczenia się świata obciąwszy włosy i zrzuciwszy bramińską odzież. Nikt go tu nie znał; siadywał całymi dniami, zatraciwszy świadomość swego ciała, pogrążony w głębokim samadhi. Duchowe przebudzenie miało na razie jeden skutek – zupełne zaniedbanie ciała.

Głodny i wychudły żywił się tylko resztkami jedzenia, które pełni współczucia odwiedzający przynosili młodemu ascecie. Nie mówiąc ni słowa, zachowując całkowite milczenie, przeżył przyszły Wielki Ryszi długie lata u stóp świętej Arunaćali, prowadząc życie pełne wysiłków.

Sława młodzieńca rosła. Teraz znoszono mu jedzenia w bród, on jednak przyjmował tylko tyle, ile koniecznie potrzebował, aby nie zgasł płomień jego fizycznego życia. Jego poziom duchowy był tego rodzaju, że nikt ze zbliżających się doń, kto posiadał choć odrobinę wrażliwości, nie mógł nie odczuć jego wyjątkowej jakości.

Potem zjawili się pierwsi uczniowie, w osobach rozmaitych swamich i czcicieli. W tych czasach całkowitego milczenia dał nam swe pierwsze pisane nauki. Miały one służyć kilku oddanym towarzyszom, którzy prosili go o wskazówki. Młody Mędrzec dał światu swą naukę w formie niezwykle skondensowanej, w dwóch małych broszurach: Kim jestem? i Nauka duchowa.

Ten okres ściśle ascetycznego życia w jednej z grot świętej góry Arunaćala skończył się na usilne prośby jego otoczenia. Mędrzec przeniósł swą siedzibę do małej szopy na polanie dżungli u stóp góry. W tym czasie odnalazła go matka i młodszy brat, i błagali go, by powrócił do domu, lecz on odmówił. Gdy jednak matka jego straciła dom rodzinny i nie było nikogo, kto by się zaopiekował nią na starość, Mędrzec pozwolił jej zamieszkać w aśramie. Podjęła się przyrządzania posiłków dla niego i jego stałego otoczenia oraz dla przyjeżdżających gości. Równocześnie została jego uczennicą. Według powszechnego mniemania osiągnęła pod jego przewodnictwem wyzwolenie.

Rozpoczął się nowy okres w życiu mędrca. Z bliska i z daleka przybywali pielgrzymi i czciciele, którzy zasłyszeli o jedynej w swoim rodzaju duchowości Maharishiego. Pierwszy nadał mu to imię uczony pandit Ganapati Śastri, który siadywał u stóp mędrca, zarzucając go pytaniami. Z dawanych odpowiedzi można było poznać, że młodociany święty należał do najwyższej klasy nauczycieli, których nazywano w Indiach Wielkimi Ryszimi lub Widzącymi. Po opublikowaniu przez Narasimhę Swamiego książki o życiu i nauce Maharishiego, i po pojawieniu się w Londynie sławnej książki Paula Bruntona A Search in Secret India (tytuł polski: Ścieżkami Jogów), zaczęła płynąć ku aśramie nieprzerwana fala odwiedzających z całego świata.

Rozmowy Maharishiego z pielgrzymami z całego kraju i jego odpowiedzi na poruszane problemy stały się sławne. Wybitni intelektualiści Zachodu również siadywali u jego stóp. Wspomnienia niektórych z nich można znaleźć w książce Golden Jubilee Souvenir, wydanej z okazji 50 rocznicy przybycia Maharishiego pod Arunaćalę.

Brat jego objął administrację interesów aśramu i sprawował tę funkcję z wielką umiejętnością. Lecz Maharishi nie dbał nigdy o rzeczy doczesne i przemijające. Kij bambusowy, drewniana czasza na wodę (kamaṇḍalu) i opaska biodrowa, to była jedyna jego własność ziemska.

Oprócz wspomnianych powyżej dwóch małych książeczek, napisał Maharishi kilka hymnów i objaśnień do nich po sanskrycku, tamilsku i w telugu. Wszystkie zostały przetłumaczone na język angielski, niektóre opatrzone słowem wstępnym znakomitych angielskich pisarzy.

Podczas całego życia Maharishiego każdy odwiedzający miał zawsze dostęp do niego. W jego obecności znikały różnice między kastami, tak surowo przestrzegane w Indiach. Bramini siadywali obok pariasów, muzułmanów i ludzi Zachodu. Widoma obecność Ducha w ciele ludzkim jednoczyła u jego stóp udręczony świat. Mędrzec wznosił się wysoko, ponad wszystkie płaszczyzny ludzkiego rozumienia. W jego obecności niepojęta atmosfera duchowego spokoju rozwiewała wszelkie wątpliwości.

Autor niniejszej książki przybył do niego w ostatnim okresie jego życia ziemskiego i wierzy, że okres ten był najwspanialszym ze wszystkich. Tak jak zachodzące słońce pogrąża się w blasku wspaniałej aureoli, tak ostatnie lata Maharishiego odzwierciedlały nieopisane piękno jego przejawienia.

Widziałem, jak dawał dowód zwycięstwa ducha nad materią. Jego cielesne cierpienia, trwające przeszło rok, były w moich oczach ukrzyżowaniem. Żaden szpital nie mógł mu przynieść ulgi, ponieważ choroba jego była śmiertelna. Dla nas dawał w dalszym ciągu zwyczajowy darśan. Siedział zawsze przed nami i nigdy żadnym poruszeniem ani skargą nie zdradził głębi swego bólu. Nie życzył sobie żadnego leczenia. Nie przyjmował żadnych środków odurzających. Wiedząc, czego można się spodziewać po jego ciele, myślami był zawsze przy nas, którzy przyjeżdżaliśmy do niego w nadziei znalezienia ulgi w naszych własnych cierpieniach i nikomu nie odmawiał swego błogosławieństwa. Jego duchowa alchemia przemieniała twardy materializm naszych serc w coś czystego i szlachetnego.

W blasku jego obecności uczyliśmy się żyć w wieczności, przypominać sobie utracone dziedzictwo ducha i szczęśliwości. Czasami, gdy siedziałem w pobliżu niego i chłonąłem w siebie niewidzialne promienie jego światła, medytowałem: „Komu i kiedy mogę odpłacić tę szczęśliwość? Kim jest ten, który usuwa ciężary i zobowiązania mego życia? On jest bez grzechu, nie uczynił nigdy nic złego. Ale jak to jest ze mną, z nami wszystkimi, którzy gromadzimy się u jego stóp, szukając tu pociechy i siły dla przetrzymania naszych małych trudności? Jego ciało, które nie popełniło żadnego grzechu, cierpi śmiertelne bóle w obecności nas, którzy mimo naszych przewinień jesteśmy zdrowi.”

Tajemniczy Głos pyta: „Czy jesteś gotów przyjąć odpowiedzialność za To? Bezgłośna odpowiedź brzmi: „Tak, jeśli będziesz zawsze ze mną”. A wewnątrz wzrasta przekonanie, że on jest i będzie zawsze.

Rozdział 7 Życzenie spełnia się

Przed wielu laty, pod niebem dalekiego europejskiego kraju, w trzecim roku pożogi Pierwszej Wojny Światowej, pewien młody człowiek w mundurze wojskowym siedział na peronie małej stacyjki kolejowej w oczekiwaniu na swój pociąg. Miał on go zawieźć na front, gdzie wówczas szalał ogień walki, ogień, z którego wielu już nigdy nie powróciło. Zmuszony przez zawieruchę wojenną do porzucenia rodziny i studiów, rozmyślał teraz nad losem, który za kilka dni miał stać się jego udziałem.

Był początek jesieni, czas spadających gwiazd, meteorytów, które w świetlnych, ognistych liniach przecinały nocny, ciemny nieboskłon. Przypomniał sobie szeroko rozpowszechnione wierzenie, że „życzenie, wypowiedziane spontanicznie w chwili spadania gwiazdy, zawsze się spełnia”.

Nieświadomie spoglądał na niebo z osobliwym oczekiwaniem. Nagle, pod błyszczącymi gwiazdami, rozbłysła jasna, czerwona smuga. Serce młodego człowieka wyszeptało jedno, jedyne słowo: Miłość.

Wiele lat upłynęło. Wspomnienie spadającej gwiazdy zatarło się już w pamięci. W gorączce i krzątaninie światowego życia, ciche życzenie serca zostało zupełnie zapomniane. Młody marzyciel, dzisiaj dojrzały mężczyzna, przeszedł przez wszystkie doświadczenia normalnego życia: miał przyjaciół, kochał, jak sądził, kobiety; poważał wszystkich, którzy w jego mniemaniu przewyższali go. Ale każde doświadczenie przynosiło mu rozczarowanie. U końca każdego z nich spostrzegał, że nie znalazł jeszcze prawdziwej miłości. Nie zaznał tego, co daje pełnię, a co było jego stałym podświadomym pragnieniem. W każdej „miłości” wyczuwał dysonanse, ukryte wątpienie, małą skazę. Dlatego nigdy nie był w stanie obdarzyć kogoś, bez zastrzeżeń, tak głęboką sympatią i miłością, aby już nie marzyć o większej jeszcze i jeszcze głębszej.

Bezgłośny, lecz potężny głos szeptał zawsze w jego sercu: „Ani to, ani tamto, to jeszcze nie to”. Równocześnie w chwilach ciszy był pewien, iż gdzieś, za burzliwym morzem i chmurnym niebem istnieje tajemnicza kraina, w której „Słońce szczęśliwości nigdy nie zachodzi, a fale wieczności kołyszą się bez ruchu wzdłuż brzegów wyspy, zwanej spełnieniem”.

Rozdział 8 Miłość

 „W moim niekochającym „ja” wzbudziłeś uczucie ku sobie, dlatego nie opuszczaj mnie, o Arunaćalo!”

Parafraza hymnu Maharishiego

Trzydzieści lat później pewien pielgrzym siedział pod bambusowym dachem aśramu w pradawnym mieście Tiruvannamalai, w dalekich Indiach. Był to ten sam człowiek, który jako młodzieniec pewnej ciemnej nocy szukał na północnym niebie spadającej gwiazdy, aby mu odkryła jego przyszły los. Minęło wiele lat. Zmieniły się warunki życiowe, zmieniło się wiele granic państwowych. Niektóre z nich upadły, inne zaś wytyczono na nowo w okropnym pożarze obu wielkich wojen światowych. A jednak, pomimo cierpień i spustoszeń świat nie rozwiązał żadnego ze swych zasadniczych problemów, nie zrozumiał żadnej z przyczyn tych dwu przerażających nieszczęść. Zmora nowej katastrofy zawisła nad mieszkańcami tej nieszczęśliwej planety, która przeżywała teraz okres Kalijugi, czyli według świętych pism hinduskich, ciemny okres najgłębszego zanurzenia się w materię.

Ale w aśramie Maharishiego nie odczuwało się tego wcale. Panowała tu zupełnie inna atmosfera – nigdy nie miał tu wstępu żaden surowy, prostacki ani gwałtowny element zewnętrznego życia.

Dawny młody marzyciel siedział teraz u stóp i w obliczu istoty, która znalazła rozwiązanie wszystkich ludzkich problemów. Spoglądał wstecz na minione lata swego życia, usiłując sporządzić ostateczny rachunek. Dociekał znaczenia swego celu ważąc wartość minionych doświadczeń. Nowe horyzonty otwierały się teraz przed nim. Przed oczyma jego przesuwały się szybko cienie dawnych skłonności i miłostek, i znikały na zawsze, nie mogąc wytrzymać ogniowej próby cichej obecności Mistrza. Jakże śmieszne wydawały mu się teraz jego poprzednie wysiłki, aby zdobyć „harmonię” w środowisku, w którym ludzkie cele tak diametralnie różniły się od jego własnych – wśród przeciwieństw egoistycznych interesów i dążeń, bezlitosnych prób wyzyskania innych do swych celów i przyjemności.

Przed trybunałem jego sumienia stanęła teraz tragiczna komedia miłości ziemskiej w całej swej nagości, pozbawionej całkowicie uroku.

Świątynię jego duszy, z której właśnie przepędził był oszustów, nawiedziła nowa wizja: Świetlany ideał, nieprzekupny, czysty, bez skazy samolubstwa, lśniący duchowym pięknem i niezależny od wszelkich przemijających form fizycznych. Nie było tu już miejsca na rozczarowania, tarcia i nieporozumienia.

Teraz dopiero zrozumiał pielgrzym znaczenie swego życzenia, którego spełnienie obiecała mu w jego młodości spadająca gwiazda. Przyjął tę obietnicę bez zastrzeżeń, wiedząc, że jej spełnienie będzie punktem zwrotnym w jego życiu. Widział jasno, że nowa ścieżka wiodła w nieskończoność. Ale teraz nie było już powodów do lęku. Nieskończoność jest życiem, a wszystko, co jest skończone, leży w obrębie śmierci.

* * *

Maharishi posiada dziwną moc budzenia we wszystkich sercach miłości ku sobie. Miłość ta podnosi jego uczniów, niepomiernie podnosi poziom ich życia czyniąc ich zdolnymi do odczuwania tej mocy – energii, która jest być może stworzycielem wszechświata. Miłość i oddanie się Świętemu nie mają żadnej z brzydkich cech zwykłej miłości, jak zazdrość, poczucie własności, wyłączność, oczarowanie zewnętrznym wyglądem, niepewność i zwodzenie, a także, w najmniejszym nawet stopniu, ból rozstania się z obiektem miłości. Tutaj miłość-cześć dla Mistrza nie prosi o nic w zamian. Prosi jedynie o łaskę oddania mu się całkowicie, połączenia się z wszystko przenikającym przedmiotem.

Kto ogarnia prawdziwą wielkość Mędrca, rozumie, że musi odrzucić swą osobowość, której nie może już teraz uważać za podstawę swego istnienia. Musi przekroczyć granice „ja” myślącego i czującego, jeśli pragnie osiągnąć zjednoczenie z przedmiotem swej miłości. A słowa te oznaczają coś zupełnie innego niż to, co im się zwykle przypisuje. Istotne piękno Mistrza poznać może tylko ten, kto sam wejdzie w królestwo jego Jaźni. To, co z niego widzimy na planie fizycznym, jest tylko cieniem tego, czym on w rzeczywistości jest. Ale ci, którzy przebywali w jego obecności, wiedzą jak potężne jest nawet to jego odbicie.

Chcę tu wspomnieć o pewnym tragicznym wieczorze w aśramie. Stan zdrowia Maharishiego nagle się pogorszył i można było na pierwszy rzut oka zauważyć wyraz wielkiego zmęczenia na jego twarzy i osłabienie całego ciała. Podczas zwykłych recytacji Wed głowa opadała coraz niżej i niżej, chociaż usiłował raz po raz z widocznym wysiłkiem utrzymać zwyczajową postawę medytacyjną. Tuż przed 6 po południu, gdy sala świątyni była prawie pusta, z wyjątkiem małej grupy jego najbliższych towarzyszy i uczniów, zobaczyliśmy nagle duże plamy krwi na bandażu, którym owinięte było jego chore ramię, a nawet na podpierającej je białej poduszce. Młodzi usługujący Hindusi byli przestraszeni. Jeden z nich pobiegł po mieszkającego w pobliżu lekarza, który codziennie opatrywał ranę w małym ambulatorium aśramu.

Śmiertelna cisza spadła na obecnych. Niektóre kobiety płakały; twarze mężczyzn były poważne i głęboko zaniepokojone. Ale Maharishi wykazał zupełną obojętność wobec tych zdarzeń. Przyglądał się swemu ramieniu ze szczególnym wyrazem, jak gdyby spokojnie obserwował coś, co jemu samemu było zupełnie nieznane i nie miało żadnego z nim związku. Potem wskazał właściwym sobie, niewymownie łagodnym gestem na poplamioną poduszkę i uśmiechnął się, jak gdyby chciał nas przeprosić za sprawiony kłopot. To było wszystko. To, co dla ludzi wokół niego było lodowatym tchnieniem śmierci, nie zrobiło na nim żadnego wrażenia.

Nas wszystkich, którzyśmy wówczas siedzieli u jego stóp, połączyło to samo spontaniczne wzruszenie i zrozumieliśmy się doskonale w tej tragicznej chwili, bez słów i nawet bez spojrzeń. Każdy z nas oddałby chętnie całą swoją krew w zamian za utraconą przez niego, byle tylko odsunąć grożącą katastrofę.

Bez tchu nadbiegł lekarz. Był to niski, starszawy indyjski dżentelmen, wyglądający trochę na Malaja. Zaczął przewijać ramię Maharishiego i prosił go, aby wcześniej opuścił salę, co wskazywało, że w stanie jego zdrowia zaszło pogorszenie. Ale Święty odmówił swym typowym dobrotliwym gestem. Spojrzał na zebranych wokół ludzi i raz jeszcze cudowny uśmiech rozjaśnił jego twarz. Można by powiedzieć, że chce nam wynagrodzić przeżyte zmartwienie, które widział w naszych sercach, a my byliśmy pewni, że stoją one otworem dla jego wzroku.

Nigdy nie widziałem na niczyim obliczu podobnego, niewypowiedzianie cudownego uśmiechu i na pewno nigdy już nie zobaczę. Czystość bez skazy, miłość dla wszystkich, mądre rozumienie naszych niedoskonałości i nieudolności, to wszystko i dużo więcej jeszcze zawierał jego uśmiech, czego żadne słowa wyrazić nie są w stanie. Piękno transcendentalne, odbite w formie fizycznej? Tylko ci, którzy ten uśmiech widzieli, potrafią go zrozumieć.

Zastanawiałem się: „Czy taki ocean miłości, taka moc uwielbienia, skierowane do mistrza, nie będą miały swojej wagi u Opatrzności, aby przesunąć nieco tragiczne zdarzenie; tragiczne oczywiście dla nas”.

W tej samej chwili instynktownie podniosłem głowę. Znalazłem odpowiedź głęboko w oczach Świętego i odzyskałem spokój serca, gdy wyszeptałem: „O Panie, słuszne jest wszystko, co czynisz”.

* * *

Dzisiaj przeczytałem ustęp, który w dużej mierze objaśnia tajemniczą chorobę Maharishiego, tak niepojętą dla jego uczniów:

„Gdy przeciętny człowiek cierpi dla swojej bliskiej osoby, nazywa to współczuciem. Sławny współczesny jogin, Śri Yogananda Paramahansa, określa to jako „chorobę indukowaną metafizycznie”. Ostatnie dwa lata przed swoją śmiercią Yogananda cierpiał z powodu tego typu choroby i jeśli wierzyć jego uczniom, był to rezultat „przepracowywania” w jego własnym ciele pewnych fizycznych i duchowych obciążeń jego przyjaciół i uczniów. W swojej Autobiografii Yogananda objaśnia ten fenomen następująco: „Metafizyczna metoda fizycznego przenoszenia choroby znana jest wysoko zaawansowanym joginom. Silny człowiek może pomóc słabszemu pomagając mu nieść jego ciężki bagaż. Duchowy supermen potrafi zminimalizować fizyczne bądź mentalne obciążenia swoich uczniów poprzez wzięcie na siebie skutków ich przeszłych czynów. Tak jak człowiek bogaty traci nieco pieniędzy spłacając długi swego rozrzutnego syna, którego w ten sposób uwalnia od przykrych konsekwencji jego własnej głupoty, tak samo Mistrz z własnej woli ofiarowuje część swego zdrowia, aby ulżyć niedoli swoich uczniów”.

Rozdział 9 Moja droga do Maharishiego

Na ogół nie jest dobrze wskrzeszać przeszłość, dotyczącą nas samych. Mimo to, gdy przeglądałem niniejszy pamiętnik, powstało we mnie pytanie: „Dlaczego, zanim spotkałem Maharishiego, uważałem wszystkie moje poprzednie doświadczenia w dziedzinie okultyzmu za niepowodzenia?” Wydaje się, że pewne wyjaśnienie tego może być pożyteczne.

Gdy miałem 25 lat pociągała mnie teozofia. Jej gładkie i logiczne teorie zadowalały mój umysł, podobnie jak i nieskazitelny styl pani Besant i pana Leadbeatera. Przez jakiś czas korespondowałem z nimi obojgiem. Także prawość i idealizm pierwszego prezydenta Towarzystwa Teozoficznego, pułkownika Olcotta oraz tajemnicza i silna osobowość madam Bławackiej, nie mogły pozostać niezauważone. Niezależnie od teorii, były też wskazówki, jak rozwijać ukryte w nas ponadnormalne zdolności. Począłem ćwiczyć się w koncentracji i medytacji według wskazówek zawartych w świeżo wydanej książce Ernesta Wooda. Po kilku latach raczej bezowocnych wysiłków, zapał mój zaczął się zmniejszać. Wspomniane ćwiczenia okazały się mało skuteczne. Wśród teozofów nie mogłem znaleźć ludzi, którzy by rzeczywiście coś wiedzieli i mogli mi dać wskazówki, których nie znajdowałem w książkach. Mistrzowie ich nie byli osiągalni i wyglądało na to, że byli raczej mitami. Okazało się, że tylko madam Bławacka i pułkownik Olcott mieli przywilej spotkania swoich Mistrzów w ich kształcie cielesnym. W odpowiedzi na moje pytanie Besant donosiła mi w 1926 roku: „Prawdą jest, że po śmierci pułkownika Olcotta w roku 1907 mistrzowie w rzeczy samej usunęli się od bezpośredniego kierowania Towarzystwem Teozoficznym, ale niedawno, w roku 1925 podjęli to kierownictwo na nowo”.

Rozwijanie ponadludzkich zdolności było zrazu zajmujące, podniecało moją ciekawość. Później stwierdziłem, że zdolności te, oparte na zmiennym, fizycznym istnieniu, podporządkowane są strumieniom myśli i jako takie stanowiły ślepy zaułek, bardzo daleko od najwyższego celu.

Potem przyszły studia nad filozofią hermetyczną, wywodzącą się ze starożytnej tradycji egipskiej. Znamienną jej cechą jest posługiwanie się symbolami Tarota. Ponieważ mam zdolności matematyczne, stosunki i połączenia pomiędzy liczbami i kartami Tarota przyciągnęły moją uwagę. Eliphas Levi i dr Papus byli przez jakiś czas moimi intelektualnymi mistrzami. Pochłonął mnie całkowicie uciążliwy proces tworzenia nowych myśli i idei za pomocą talii kart Tarota. Urządzałem publiczne spotkania z członkami rozmaitych towarzystw okultystycznych. Sprawiał mi przyjemność widok skupionych twarzy moich słuchaczy, którzy z uwagą śledzili moje koncepcje i obliczenia, ilustrowane rysunkami na wielkiej tablicy za moim krzesłem.

Potem dalszy krok – następne spotkanie poświęcone było starożytnej Kabale. Gdy skończyłem, tablica pokryta była hebrajskimi literami, mistycznymi trójkątami i rysunkami. Odczyt zakończył się głośnymi oklaskami.

Wśród słuchaczy zobaczyłem przyjaciela – generała w stanie spoczynku. Był on wówczas przewodniczącym towarzystwa metafizycznego; był to człowiek bardzo dobroduszny. Powiedział mi wtedy: „Twoje odczyty są bardzo interesujące, a sala jest zawsze pełna. Fakt, że publiczność wyraźnie nie rozumie nawet 10 % z tego, co mówisz, w ogóle nie przeszkadza ich powodzeniu”. Te słowa dały mi wiele do myślenia, a skutek był taki, że zaprzestałem publicznych wykładów. Zdałem sobie sprawę, że 99% ludzi przychodziło w nadziei usłyszenia czegoś tajemniczego, co – jak sądzili – doda ich życiu trochę więcej smaku.

Moje zainteresowanie okultyzmem hermetycznym zakończyło się po przeprowadzeniu tak zwanego klasycznego rytuału magicznego według wskazówek Eliphasa Levi i dra Papusa. We trójkę przygotowywaliśmy się do tego przez 21 dni. Na miejsce rytuału wybraliśmy wieżę prawie zburzonego zamku, z dala od siedzib ludzkich. Rezultaty były mizerne w stosunku do włożonej pracy i poświęconego czasu. Udało nam się, co prawda, wywołać w dymie kadzidła i specjalnych suszonych roślin kilka zjawisk (duchy i elementale), jak również kilka fenomenów dźwiękowych i węchowych. Ale byłem rozczarowany. Rezultaty w żaden sposób nie mogły być sprawdzone naukowo, nie dawały też podstaw do wyciągania dokładnych wniosków. Nawet doznane wrażenia były u każdego z nas inne. Stopniowo porzuciłem cały ten interes z magią ceremonialną.

Potem nastąpiło studium bardzo zajmującej książki niemieckiego okultysty, dra Brandlera Prachta. Jego metoda była dokładna i jasna. Polecał wiele wartościowych ćwiczeń prowadzących do kontroli myśli, a w konsekwencji do kontroli całej osobowości. Ich celem było osiągnięcie siły i możności:

– skupiania umysłu na jednym tylko przedmiocie, bez odchyleń i przerw;

– całkowitego zatrzymania procesu myślenia w czasie 10 minut jednorazowo.

Było tam oczywiście wiele innych jeszcze wskazówek, ale nie mogę ich tu opisywać. Dziwne to, lecz oczekiwał on, że uczeń w czasie około 6 miesięcy uzyska stopień „młodego mistrza”. Potrzebowałem jednak znacznie dłuższego czasu, aby móc osiągnąć oba typy koncentracji chociaż przez trzy minuty.

Okres filozofii hermetycznej, magii i dra Brandlera Prachta przeminął. Wyjechałem do Francji. W Paryżu znajdowała się główna siedziba Towarzystwa Duchowych Przyjaźni (Amities Spirituelles), założonego przez dra Paula Sedira, znanego od 20 lat okultysty i mistyka. Jego najbardziej tajemnicza książka Inicjacje zrobiła na mnie dobre wrażenie. Otwarcie pisał o swym Mistrzu, a także o swoich osobistych przeżyciach z tak zwanym Mistrzem Mistrzów, którego imienia nawet nie śmiał nigdy wymienić. Ta na wpół tajna organizacja reprezentowała najwznioślejsze i najczystsze idee, jakie wówczas znałem. Ale w tym czasie Paul Sedir nie żył już od 13 lat. Dlatego próbowałem odnaleźć opisywanego przez niego Wielkiego Mistrza. W owym czasie nie mogłem jednak tego osiągnąć. W końcu odnalazłem tylko kilku starszych członków, którzy znali byli Sedira i mogliby wskazać mi drogę. Było to trudne zadanie, ponieważ Mistrzowie zachodni posługują się celowo metodą inną niż ich bracia ze Wschodu. Wolą oni pozostawać zupełnie nieznani dla wszystkich, oprócz swych prawdziwych uczniów. A ich niezłomne wymagania, stawiane uczniom, są bardzo wysokie. Jest nadzwyczaj trudno być dopuszczonym do spotkania z tymi Wielkimi Istotami, a zachowanie tajemnicy musi być zaprzysiężone i przestrzegane przez całe życie. Dlatego nic więcej powiedzieć nie mogę.

Warto jeszcze opisać tu jedno wcześniejsze moje przeżycie. W naszym mieście żył pewien biskup, którego ludzie uważali za świętego. Był on prawdziwym ascetą. Przychodzili do niego ludzie wszelkich wyznań, prosić go o błogosławieństwo, które miało być bardzo skuteczne. Musiałem przerwać moje studia uniwersyteckie i zaciągnąć się do wojska, było to bowiem w czasie pierwszej wojny światowej. Miałem wówczas 19 lat. Matka moja była gorliwą teozofką i odznaczała się pięknymi religijnymi uczuciami. Ja sam jednak, co było naturalne w moim wieku, interesowałem się tylko sportem i nauką. Pewnego dnia matka moja powiedziała do mnie: „Synu, idziesz na wojnę. Nie wiem, czy Wszechmocny użyczy mi łaski zobaczenia ciebie jeszcze. Chcę, abyś jutro poszedł ze mną do naszego pobożnego biskupa. On da ci swe święte błogosławieństwo”.

Mimo wszelkich niechęci, nie mogłem odmówić matce spełnienia jej życzenia. Następnego popołudnia kapłan wprowadził nas do skromnej izby, w której znajdowało się tylko kilka drewnianych krzeseł i krzyż na ścianie. Biskup wszedł. Ujrzałem szczupłego mężczyznę po czterdziestce w skromnej szacie mnicha. Ręce jego były skrzyżowane na piersiach, a głowa nieco przechylona. Szczupła twarz o woskowej cerze okolona była długimi, czarnymi włosami, spadającymi na ramiona. Gdy podszedł bliżej, mogłem zobaczyć jego oczy, ciemne, pełne dziwnego, łagodnego blasku. Oczy te tak się różniły od oczu innych ludzi, że byłem uderzony ich tajemnym wyrazem spokoju, mocy i mądrości. Na szczęście powstrzymałem się od jakiegokolwiek konwencjonalnego pozdrowienia. Wyglądało to tak, jak gdybym w ogóle nie mógł mówić. Ale biskup uśmiechnął się łagodnie i powiedział cicho: „To dobrze, młody człowieku, że tu przyszedłeś”. Potem wzniósł ręce nad moją głową i uczynił szeroki znak krzyża. Spontanicznie pocałowałem go w rękę. To było wszystko. Opuszczając pokój, usłyszałem, jak mówił do mojej matki: „Odejdź w spokoju. Z chłopcem będzie wszystko dobrze”.

I przypomniałem sobie znów całe to zdarzenie, gdy siedziałem po raz pierwszy u stóp Maharishiego, zaraz po przybyciu do aśramu. Przypomniałem sobie również jak we śnie, że chrześcijańskie imię biskupa było takie samo, jak imię nieznanego Mistrza, którego przed laty usiłowałem spotkać w Paryżu.

Wkrótce po mojej bytności we Francji, życie rodzinne, a potem wojna, przyniosły mi okres ciemności. Zapomniałem o wszystkich moich poprzednich dążeniach. Dopiero wiosną 1945 roku otrzymałem od pewnej starszej pani, z którą czasami rozmawiałem o teozofii, książkę Paula Bruntona A Search in Secret India. Zmusiła mnie ona dosłownie do zabrania tej książki, ponieważ wcale nie zależało mi na jej przeczytaniu. Dwa ostatnie rozdziały, w których autor opisuje swój pobyt u Maharishiego, odegrały decydującą rolę. Ostatecznie znalazłem mego prawdziwego Mistrza.

Ta pewność przyszła sama przez się i nie dopuszczała żadnych wątpliwości. A potem zdałem sobie sprawę, dlaczego wszystkie moje poprzednie poszukiwania były daremne. Wspomniane wcześniej okultystyczne drogi były tylko ślepymi zaułkami. Mogły mi trochę pomóc, ale właściwy cel nie był widoczny. Dlatego były z konieczności bezskuteczne. Ich ćwiczenia, koncentracje, kontrole oddechu, zużywały tylko czas i energię. Zasłaniały cel tak, że w ich cieniu nie mogłem go dojrzeć.

Na ścieżce wskazanej przez Maharishiego cel widoczny jest od pierwszego kroku. Jest nim uduchowienie człowieka. Moc ducha jest nieograniczona. Teraz zrozumiałem jasno, dlaczego wićara mogła zastąpić wszystkie absorbujące czas treningi i ćwiczenia okultystyczne. Wszystko, do czego poprzednio dążyłem – koncentracja, medytacja, opanowanie oddechu i ciała, jasna wizja rzeczywistości, spokój i szczęście – wszystko to przyszło samo, jak opadające z drzewa dojrzałe owoce.

Potem rozpocząłem praktykę wićary tak, jak opisałem to w rozdziale 14 (Technika wićary). Pierwsze kroki są zawsze najtrudniejsze. Dzisiaj mogę już śmiać się z trudności, na które natknąłem się, gdym wstąpił na Bezpośrednią ścieżkę; ale wówczas był to rodzaj wewnętrznej próby ogniowej. I nic dziwnego: albowiem cały wewnętrzny świat człowieka musi zostać przemieniony, a jego intelekt musi się poddać. Tragedia polegała na tym, że wiedziałem, iż stać się to musi, ale wówczas nie rozumiałem jeszcze przed „kim” mój poprzedni „pan” (intelekt) ma skapitulować. Gdy próbowałem wykluczyć proces myślowy z mojej świadomości, pojawiała się we mnie pustka. Pustka ta nie była przyjemna i nawet budziła lęk. Było to uczucie podobne do tego, jakiego doznaje wspinacz, który dotarłszy do wyższych rejonów gór, czuje, że ma za mało powietrza i że się dusi. Zdecydowałem przeto, iż trzeba mi koniecznie korzystniejszych warunków i więcej sposobności do medytacji i praktykowania wićary.

Od dawna wiedziałem, czym jest tak zwany magnetyzm czasu, to znaczy, że jeśli o pewnej określonej porze przez kilka dni usilnie myślimy o czymś określonym, spostrzegamy, że myśli nasze powracają z powrotem do tego przedmiotu w tej samej godzinie, a nawet minucie. Fakt ten ułatwia medytację i czyni ją skuteczniejszą, oszczędzając nam wiele trudu. Zdecydowałem się użyć tego środka i jednocześnie znaleźć bardziej odpowiednie warunki do studiowania.

Pewien przyjaciel mój w Paryżu, ksiądz rzymsko-katolicki, bardzo wykształcony starszy pan, z którym czasami wymieniałem korespondencję, znał moje wysiłki, nie próbował jednak w żaden sposób zniechęcać mnie do nich. Napisałem do niego, że pragnę znaleźć miejsce, gdzie mógłbym przeżyć kilka miesięcy, a gdzie byłaby możliwa cicha medytacja. Z całą uprzejmością ofiarował mi gościnę w klasztorze jego zgromadzenia zakonnego. Każdy katolik – mówił – który czuje potrzebę duchowej koncentracji, może tam spędzić pewien okres czasu, brać udział w skromnym życiu ogółu mieszkańców i wyciągnąć z tego korzyść dla siebie zależnie od swych możliwości. Intuicyjnie czułem, że to było to, czego szukałem.

W ciągu kilku tygodni uporządkowałem moje sprawy, zostałem przedstawiony przeorowi i przyjęty jako czasowy współmieszkaniec. Nie było żadnych zobowiązań z mojej strony; mówiłem mu otwarcie, że mam zamiar w ciągu kilku miesięcy opuścić Europę i udać się do pewnego kraju na południowej półkuli. Powiedziano mi, że przyjaciel mój, ojciec N. podał już wszystkie bliższe szczegóły o mnie i że wszystko było w porządku.

Dano mi miły pokój w olbrzymim budynku klasztornym, w samym sercu Paryża. Inny kapłan odwiedził mnie, zapytując, jakie książki pragnąłbym czytywać. W sposób bardzo łagodny zaproponował mi studium Tomasza a’ Kempisa O naśladowaniu Chrystusa. Ucieszył się bardzo, gdy mu powiedziałem, że miałem zamiar prosić o tę właśnie książkę. Przypadkiem miał ją przy sobie w kieszeni sutanny.

Podczas pierwszych tygodni pozostawiono mnie całkowicie samemu sobie. W myśl mego planu, podjąłem skromne życie klasztorne i przekonałem się, że jest odpowiednie dla moich celów. Rano przed śniadaniem udawałem się na galerię na pierwszym piętrze kaplicy klasztornej. Galeria obiegała wnętrze kościoła, stały tam krzesła i wiele małych ołtarzy, przy których co rano kapłani odprawiali msze. Później zacząłem odwiedzać ten miły i cichy zakątek zawsze, gdy pragnąłem medytować. Po śniadaniu oddawałem się w moim pokoju studiom nad tym, co sobie akurat tego dnia zaplanowałem. Po obiedzie czasami wychodziłem na spacer i zwiedzałem liczne sławne miejsca.

Poza tym próbowałem trenować mój umysł, starając się opanować go pośród gorączkowego życia tego wielkiego miasta. Opis stosowanej przeze mnie metody znajdzie czytelnik w rozdziale 14.

Często z nastaniem mroku siedziałem jeszcze na moim krześle, w zaciemnionej galerii kaplicy, zatopiony w medytacji. Jeden z kapłanów, członek personelu klasztoru, widząc mnie tu siedzącego godzinami bez ruchu, odwiedził mnie raz w moim pokoju zapytując, czy te długie i wyraźnie intensywne medytacje nie wpływają źle na moje zdrowie. Ciało nasze jest kruchym narzędziem – powiedział dobry, stary człowiek – a gdy mu szkodzimy, wtedy umniejszamy naszą zdolność służenia Panu. Zapewniłem go, że naturalnie wiem, co czynię i ile wytrzymać może moje ciało, dziękując mu szczerze za jego troskę o mnie.

Zwiedziłem wszystkie oddziały tej wielkiej wspólnoty, oddzielonej od świata zewnętrznego wysokim murem. Rozmawiałem z kucharzami, pachołkami, ogrodnikami i krawcami. Wszyscy byli braćmi zakonnymi i każdy miał swoją pracę. Z rana służyli kapłanom do mszy, a w ciągu dnia przerywali swe zatrudnienia w pewnych, określonych chwilach, aby zmówić krótką modlitwę.

Przeważnie byli to prości ludzie, pobożni i przyjaźni, którzy od swej młodości spędzali życie w klasztorze. Czasem przenoszono ich do innych klasztorów w kraju. Przyjmowali wszystko bez pytań. Wtedy to zrozumiałem znaczenie „wyrzeczenia się swej własnej woli” i jego znaczenie w rozwoju duchowym. Było ono inną formą zagłady starego wroga, tak zwanego ego. Ta forma i ta metoda są najlepsze, gdy chodzi o ludzi prostych i mniej wykształconych, spośród których rekrutuje się większość braci zakonów katolickich.

Gdy ich pytałem co wolą, modlitwę czy pracę dla wspólnoty, mówili mi po prostu, że praca ich jest tylko inną formą modlitwy.

Trzy lata później w Indiach otrzymałem rozprawę sławnego indyjskiego świętego i jogina, człowieka bardzo wykształconego, który posiadał w Himalajach swój własny aśram. Tytuł rozprawy brzmiał Praca jest modlitwą. Ofiaruj ją Bogu. Autorem był Swami Śiwananda.

Teraz mogłem zrozumieć niewidzialne więzy łączące wszystkich ludzi, dążących do najwyższego. Tu, w jednym z duchowych ognisk Zachodu zaświtała mi nagle odpowiedź na pytanie, dlaczego nie odczuwam dysharmonii, jeśli w poszukiwaniach moich podążam drogą, opartą na wschodnich metodach, dlaczego mogłem praktykować wićarę w świątyni, poświęconej innemu wielkiemu nauczycielowi, dla którego odczuwałem zawsze najgłębszy podziw i miłość.

W tym czasie nawiązałem kontakt z kierownikiem Ramakrishna Mission w Paryżu, wybitnym swamim S., którego odwiedzenie rekomendował mi aśram Maharishiego. Był on stale bardzo zajęty. Gdy mu jednak pokazano mój list z Tiruvannamalai, udzielił mi natychmiast posłuchania.

Podczas naszej rozmowy powiedział mi: „Śri Maharishi jest pana mistrzem duchowym, pana Guru. Niech go pan prosi o pomoc – zostanie panu udzielona”. Prócz tego, chcąc mi wskazać drogę wyjścia z kilku wewnętrznych trudności, z którymi go zapoznałem, dał mi krótką mantrę, mającą mi ułatwić kontakt z Wielkim Ryszim, którego naturalnie jeszcze nie widziałem. Było to powtarzanie słów „Om, Ramana, Om”.

* * *

Mijały miesiące, podczas których wićara została we mnie mocno utwierdzona. Nie była to jednak jeszcze ta żywa, żywotna wićara, która przekształca całego człowieka, a jaką stała się później, gdy przebywałem w Ameryce Południowej. Ale i tej nie dało się jeszcze porównać ze światłem, które ją prześwietlało w obecności Mistrza Maharishiego. Dlatego twierdzę, że wielka istota, która podarowała nam to cudowne narzędzie w formie dostosowanej do naszej epoki – poszukiwania siebie (Jaźni), czyli wićary – staje się naszym umiłowanym Mistrzem i Panem naszego życia.

Pogrążył się on już w nieskończonym morzu życia, które jest wszechogarniającą Rzeczywistością, Duchem i czystym Bytem.

Jakież inne mogłoby być nasze ostateczne przeznaczenie, twoje i moje, którzy w rzeczywistości jesteśmy zaledwie strumykami, szukającymi tego samego morza, naszego wiecznego domu, szczęścia?

Rozdział 10 „Jak drzewo sandałowe…”

„Jak drzewo sandałowe, gdy się je zwilży wodą lub pociera, wydziela wspaniałą woń
i usuwa wszystkie nieprzyjemne zapachy, tak dążenie do Boga pojawia się wtedy, gdy
usunięto pragnienie doznawania świata”.

 Z Śri Śankaraćarji Wiweka-ćudamani

Dzisiaj w czasie medytacji przypomniałem sobie powyższe słowa Śri Śankaraćarji, największego filozofa i duchowego nauczyciela Indii ostatnich 2000 lat. Zmiany w mej świadomości są teraz tak szybkie i nieuchwytne, że umysł nie jest w stanie rejestrować ich w momencie, gdy następują. Tylko kilka najważniejszych udało mi się opisać bezpośrednio gdy się pojawiły. Jedną z tych zmian, może najbardziej znaczącą, jest następująca: chociaż nie umiem jeszcze trwać w kontemplacji przez cały dzień – co jest oczywiste – to jednak mogę wrócić do niej bez wysiłku, gdy tylko usłyszę jakiekolwiek słowo Maharishiego, lub gdy czytam któreś z pism jego lub innego Mistrza życia duchowego. Dotychczas jest to głównie przypadkowe, ale wiem, że wnet będę mógł wchodzić w ten stan zależnie od mej własnej woli. Skoro raz weszło się na ścieżkę, nie można jej ani zapomnieć, ani porzucić. W obecności Świętego umysł nastrojony jest na odbieranie ciszy i nie śmie już pozwalać sobie na niekończące się pytania, jak zwykł był czynić.

Ten ślepy, egoistyczny element traci swą siłę i urok w obecności tego, kto nad nim panuje i kto odkrywa jego prawdziwe źródło. Maharishi mówi wyraźnie: „Umysł zbudowany jest z myśli. Zaprzestań myślenia i pokaż mi wtedy, gdzie jest umysł?”

Doświadczenie pokazuje, że gdy z tego, co nazywamy umysłem odrzuci się wszystkie myśli, to nie pozostaje nic. Lecz życie wtedy nie zamiera, jak niestety wielu ludzi skłonnych jest sądzić. Przeciwnie, przejawia się z większą jeszcze mocą i intensywnością, chociaż, co prawda, znacznie subtelniej. Pamiętam dobrze czasy, gdy nie mogłem wyobrazić sobie, że można istnieć bez myślenia. Maharishi mówi: „Najważniejszą drogą prowadzącą do udoskonalenia umysłu jest zatrzymanie myślenia. Bezustanne myślenie jest przyczyną gorączki mózgu”.

Co stanowi trudność przy praktycznym ćwiczeniu opanowywania myślenia? Otóż to, że dla niewyćwiczonych ludzi sam proces myślenia ma duży urok, który nie łatwo daje się przemóc.

Stałe i nieprzerwane wewnętrzne stawianie pytania Maharishiego „Kim jestem?”, zwane również dociekaniem (w sanskrycie vicara), uspokaja buntowniczy umysł. Dostrzec można również, ze przyjęcie zasady: „Nikt nigdy nie był zdolny odkryć prawdy przez myślenie ani przez czynność umysłu dojść do decydującego odkrycia w dziedzinie duchowej” rozbija samo zainteresowanie procesem myślenia. A gdy zainteresowanie nasze słabnie, pewność zwycięstwa nie jest już daleka.

Im bardziej uniezależniamy się od naszego umysłu, aktem woli zmuszając go do milczenia, tym lepszym staje się on naszym sługą i tym jest użyteczniejszy w swoim własnym zakresie działania. Wielu niezorientowanych ludzi, słysząc o konieczności „przekroczenia umysłu”, a nawet „zabicia go”, wyobraża sobie, że czynność taka musi prowadzić do tępoty lub odrętwienia, czyniących człowieka niezdolnym do rozwiązywania codziennych zagadnień życiowych na płaszczyźnie fizycznej. Pamiętajmy jednak: „Umysł jest dobrym sługą, lecz okrutnym panem”.

Wygląda na to, że „przekroczenie granic umysłu”, które w praktyce jest równoznaczne z przeniesieniem świadomości na transcendentalną duchową płaszczyznę, nie jest możliwe dla wszystkich. Można słyszeć o tym procesie i metodach jego przeprowadzenia, ale niekoniecznie musi się go rozumieć, a tym mniej skłaniać się ku wypróbowaniu danych wskazówek. Spotykałem wielu ludzi, w zwykłym znaczeniu tego słowa inteligentnych, którzy byli całkowicie niezdolni wyobrazić sobie podobną możliwość, ani nawet nie umieliby ująć tego problemu w teorii, tak samo, jak my nie potrafilibyśmy zobaczyć promieni ultrafioletowych. Oczywiście zagadnienia te, zarówno jak i ta książka, nie są przeznaczone dla tego typu osób.

* * *

Starszy bramin, siedzący koło mnie recytuje gajatri, najstarszą modlitwę rasy aryjskiej, dla niego formułę codziennej medytacji. Wchodzę w nurt i powtarzam w myśli razem z nim: „Medytujmy o wspaniałości Jedynego, który stworzył ten świat. Niechaj oświeci On nasze umysły”.


[1] Sanskryckie svarga – światy niebiańskie (przyp.red.).
[2] Sanskryckie darśana – widzenie, spotkanie (przyp.red.).

Zostaw komentarz