Dlaczego właśnie „Ariaństwo”?

Tadeusz Głodowski

(pseud. lit. Adam Przegonia) Jednota Braci Polskich w Krakowie, PWRN 523/70–300–01/150, Kraków 1970

Czy można wskrzesić „Ariaństwo” dawnych Braci Polskich? Nie, na pewno nie można, gdyby miało to być powtarzaniem ich wszystkich twierdzeń i modlitw, odkryć i błędów – i poprzestawaniem na tym. Ale można skorzystać z ich dorobku, pójść ich śladem ku źródłom, z których czerpali siły, a miejsce, na którym zmuszeni byli zaprzestać działania, uczynić punktem startu na drodze życia, zmierzającej ku pełni człowieczeństwa.

Ślady ich działań i osiągnięć, odnajdywane w zbiorach starych dokumentów, dają wyraźny zarys ich przedziwnej twórczości, bynajmniej nie jednolitej, lecz – pomimo wielokierunkowości – zgodnej w jednym: w dążeniu do wolności sumienia i budowania etyki na tej wolności, a nie na strachu przed ziemską czy pozaziemską karą. Komentatorzy ich słów określają tę postawę najczęściej jako racjonalizm religijny, ponieważ Bracia domagali się zawsze poszanowania praw rozumu; jednakże takie określenie nie wyczerpuje sprawy, pomija bowiem tkwiące w nich wszystkich poczucie wieczności – ów rdzeń ich wiary najgłębszej.

Bracia Polscy dokonali wielkiego dzieła: szli z falami Reformacji i wyprzedzili ją! Był to wynik nie współzawodnictwa o cokolwiek, lecz szczerego badania własnych sumień i dociekliwości bez kompromisów. Następstwem tego było w sto lat po starcie – osamotnienie i klęska, ale tylko klęska fizyczna wskutek przemocy, nie upadek.

Wiadomo, czym było chrześcijaństwo upaństwowione przed Reformacją: wierni, tęskniący za wolnością sumienia mogli wielbić Istotę Najwyższą w świątyniach – w dymach kadzideł, poza ścianami świątyń – w dymach stosów; poza tym była już tylko konspiracja.

Gruba skorupa dogmatów ciążyła na sumieniach, jak lód na rzekach. „Wielka odwilż.” Reformacja nie zdołała stopić tej pokrywy całkowicie; pozostały kry, z których sami głosiciele nowych prawd budowali zatory, umacniane dodatkami tak przerażającymi jak dogmat o predestynacji. Bracia Polscy przezwyciężali te przeszkody krusząc je w sobie sercem i rozumem: sercem – zrzekając się władzy nad poddanymi, majątków i przecząc wyimaginowanym okrucieństwom Stwórcy, który przecież jest samą Miłością; rozumem – biorąc na ostrze logicznego myślenia cały arsenał władzy kościołów nad sumieniami, nie tylko kościoła rzymskiego, lecz i Genewy, i Augsburga. Nie ostał się przy tej czystce teologii dogmat o Trójcy; odrzucenie go dało powód do nazywania Braci antytrynitarzami, rychle również „Arianami”, co miało wzbudzać zgrozę i przed czym Bracia bronili się z początku.

Co było przyczyną daleko sięgającego pionierstwa Braci Polskich? Według mnie – przynależność stanów Braci Polskich, których większość, szczególnie na początku, była szlachtą, a więc ludźmi niezależnymi materialnie i – w dobie szerzącej się Reformacji – niepotrzebującymi lękać się bezskutecznej już klątwy kościelnej. Ariaństwo polskie było ruchem nie warstw uciskanych, ani bogacącego się mieszczaństwa, lecz ludzi, dla których sprawa chleba na dzień jutrzejszy w ogóle nie istniała jako zagadnienie. Większość szlachty oczywiście była zajęta utrwalaniem swego dobrobytu, ale znaleźli się też pożądający więcej niż bogactw poznania prawdy i to prawdy ostatecznej.

Każdy szlachcic był suwerenem na swoim gospodarstwie; jak wyrokował bezapelacyjnie w sprawach poddanych, tak pragnął wyrokować sam w wybieraniu dla siebie dróg prawdy. Reformacja tylko częściowo zadowoliła to pragnienie, szybko bowiem dała szereg sformułowań teologicznych, obowiązujących wiernych nowych wyznań. Dla wolnych suwerenów było nie do przyjęcia nie tylko poddawanie się naciskowi w sprawach wiary, lecz także – dla najsubtelniejszych z nich – narzucanie swoich odkryć współbraciom.

Jak najszerzej i najgłębiej przemyślana i odczuta sercem ewangeliczna zasada miłości bliźniego skłaniała Braci – w pierwszych latach ruchu – do wyzbywania się majątków i uwłaszczania poddanych w imię dalszej zasady, że nie należy żyć kosztem cudzej pracy. Tak postąpili: Jan Niemojewski i Walenty Brzozowski na Kujawach, Jan Przypkowski w Krakowskim. Nie głosili jednak konieczności naśladowania swych czynów, ponieważ wyrzekli się stosowania nacisku, który już graniczy z przemocą. Suweren może zwrócić się do Brata, również suwerena, z wezwaniem, nigdy z nakazem. Dobrowolność we wszystkim stwarzała klimat zaufania, sprzyjający poszerzaniu wolności sumienia i odwadze w badaniu krytycznym tradycji religijnych.

Swoboda komentowania Pisma Świętego doprowadziła w niektórych ogniskach ruchu do zaprzeczenia bóstwa Chrystusowi. Przeciwko temu powstał nie Brat tuziemiec, lecz przybysz, Faust Socyn, ambitny działacz, który zaszczepiał ruchowi własną teologię i starał się ją narzucić przez ośrodek centralny, jakim przez pół wieku był Raków. Charakterystyczne, że właśnie obcy przybysze, pochodzący nie z szeregów „suwerenów” szlacheckich, ustalali kanon sekty, którą świat zna jako socynianizm, lecz która nie objęła nigdy całego ruchu Braci Polskich; poza Rakowem było zawsze wiele ognisk, z tych najważniejsze: litewskie, lubelskie, krakowskie i nowosądeckie.

Socyn i rakowianie pod jego przewodem wystąpili przeciw „nonadorantom” i zmusili Szymona Budnego do wycofania tezy o człowieczeństwie Jezusa, lecz nie doprowadzili do ujednolicenia wierzeń religijnych całego ruchu; na szczęście, bo pozbawiliby „Ariaństwo” różnorodności, która wcale nie stanowiła jego słabej strony, lecz bogactwo. Słabością była niemożność wysunięcia programu społecznego; wszystko wszak polegało na dobrowolności. Teologii Socyna brak było podstawy we własnym doświadczeniu religijnym jej twórcy, toteż – pomimo uznania wysokiej wartości duchowej każdego człowieka i zbudowaniu na tym wzniosłej etyki społecznej socynianizmu – teologia ta nie wyzbyła się twierdzenia, że nie wszyscy będą zbawieni. O ileż głębszy był „dyteista” Stanisław Farnowski z Nowego Sącza, modlący się w „Hymnie do Boga” słowami żarliwej wiary, opartej na własnym objawieniu /tak!/: „Ty nas wszystkich przywiedziesz, gdzie sam żywiesz” – Wiele było nurtów w ruchu polskiego ariaństwa; ograniczanie go do socynianizmu byłoby pomniejszaniem.

Konflikt pomiędzy ariaństwem a kościołami pogłębiał się konfliktem między szlachtą ariańską i ogółem szlachty. Bracia korzystali zpracy pańszczyźnianej, ale łagodniej, „po ludzku” traktowali swych poddanych. Nie to jednak było najgorszym z zagrożeń drażniącym cały stan suwerenów, lecz dobrowolne sproletaryzowanie najgorliwszych Braci. Jan Niemojewski, dziedzic i sędzia inowrocławski, nie tylko wyzbył się urzędu i majątków, lecz także uznał, że za pracę w zborze jako kaznodzieja nie może przyjmować od Braci pieniędzy i zarabiał na utrzymanie pracą rąk własnych. Usiłował naśladować go Marcin Czechowic, ale ten pochodził z mieszczaństwa. Obecność Niemojewskiego w Lublinie przez długie lata kłuła w oczy jaśnie panów i była dla nich ostrzeżeniem, do czego może doprowadzić ariaństwo. Te ich obawy umiejętnie podsycali wrogowie wolności sumienia.

Gdy ewangelicy odmawiali dawania dziesięciny kościołowi rzymskiemu, wołano, że to Panu Bogu dzieje się krzywda. Ale ewangelików było zbyt wielu, żeby ich od razu pokonać. Dopiero po rozszerzeniu się ariaństwa na wiele dzielnic dojrzewała sytuacja do poróżnienia wszystkich z „nurkami”, nieuznającymi Trójcy św. i nie umiejącymi uszanować przywilejów własnego stanu. Konflikt narastał i musiał doprowadzić do rozprawy, pokierowanej zręcznie rękoma wytrawnych demagogów. Dramat rozegrał się przed z górą trzystu laty. Kraj zapłacił za to utratą tysięcy ludzi najbardziej wówczas oświeconych, a tak potrzebnych po spustoszeniach „potopu” szwedzkiego; zaczynał się mroczny okres ciemnoty trwającej aż do rozbiorów.

Co przetrwało z haseł i czynnej postawy polskiego ariaństwa? Jaki może być jego ciąg dalszy? Na Zachodzie wyrósł z niego unitarianizm, żywy po dziś dzień. Związek jego z Polską ustał, gdy wymarli ostatni wygnańcy. U nas trwa badanie świadectw życia i czynów dawnych Braci (S. Kot, Z. Ogonowski , Janusz Tazbir, i nieodżałowanej pamięci Ludwik Chmaj i inni); wyniki badań publikowane są w wydawnictwach naukowych o charakterze pomnikowym. Próbę zastosowania w praktyce religijnej spuścizny po Braciach podjął Karol Grycz-Śmiłowski; wybrał z niej to, co uważał za najcenniejsze, kierował się przy tym doświadczeniem swym jako kaznodziei ewangelickiego. Pierwszy statut Jednoty Braci Polskich, ułożony przez niego, wyznaczał poważną rolę teologom. Obecny statut jest już inny, bez podziału na Braci i przewodników. Intencje Karola Grycza-Śmiłowskiego były czyste, lecz projekt niezbyt udatny, gdyż dawał wizję jeszcze jednej sekty, kierowanej przez speców od teologii. Godny czci i pamięci jest entuzjasta Grycz; niechże wybaczy (z zaświatów) swym następcom, że wnieco innym świetle ukazują neoariaństwo.

Aby doszukać się wartości wiecznych w dziele dawnych Braci, trzeba przyjrzeć się ich postępowaniu w życiu społecznym i – trudniejszemu do prześledzenia – ich poszukiwaniu dróg do Przedwiecznego Źródła Życia.

W dziedzinie etyki społecznej dokonywa się obecnie to, czemu torowali drogę czynami jednostkowymi pionierzy ariaństwa Polskiego w wieku XVI; zasada, że każdy obywatel powinien dawać wkład pracy własnej i nie czerpać zysku z pracy innych, stała się normą moralną powszechnie uznawaną, co więcej – znajdującą oparcie o sankcje prawne; w okresie budowy socjalizmu norma ta przesuwa się z zakresu dobrowolności do zakresu obowiązków. Dawni Bracia działali z utopijną ufnością, że przykład ich kiedyś zwycięży. Stało się to za naszych dni, a więc prędzej niż mogli się spodziewać, ale stało się to – oczywiście – nie wskutek nawrócenia się większości narodu na moralność ariańską, o której i słuch zaginął, tylko w wyniku działania sił obiektywnych – zwycięstwa rewolucji. Pomimo utopijności poczynań, którą sami niekiedy dostrzegali, są oni – pionierzy tacy, jak Jan Niemojewski – jak najbardziej bliscy nam. Wtedy byli dla otoczenia dziwakami i wywrotowcami, dzisiaj – postępując tak samo – byliby normalnymi obywatelami demokracji socjalistycznej. Cechowała ich odwaga cywilna i ona pozostała nam wspadku jako wskazanie moralne.

Odwaga Braci i wierność wyznawanym ideom bywała posunięta aż do bohaterstwa. Nie można doszukiwać się bodźców materialnych w postępowaniu tysięcy mężczyzn i kobiet, wybierających więzienie, a potem tułaczkę na wygnaniu, a nie przejście na katolicyzm i uratowanie się przez to przed nędzą i cierpieniami. Siłę swą czerpali z wiary; ale czym była ta ich „wiara”?

W pospolitym znaczeniu wiara jest to przyjęcie bez sprzeciwu za prawdę tez głoszonych przez organizację wyznaniową, twierdzącą o sobie, że przekazuje wiernym skarb prawdy objawionej przez Boga. Bracia Polscy nadali słowu wiara inne znaczenie: „Wiara jest to dar boży, komu Bóg tego daru nie dał, tego nie można przymuszać do wierzenia”. Wiara jest więc stanem „łaski”, którego człowiek człowiekowi przekazać nie może, ani tym bardziej nikt nie może tego stanu upowszechnić – ani magią obrzędową, ani nakazem, ani w żaden ziemski sposób. Ów stan łaski jest to bezpośrednie poznanie prawdy, ale prawdy tak wielkiej, ponadludzkiej, że słowami jej wyrazić nigdy się nie udaje. Po wielu usiłowaniach, podejmowanych przez parę pokoleń Braci, ostatni niemal zdziałaczy, Andrzej Wiszowaty, który poniósł misję ariaństwa-unitaryzmu na Zachód, dał sformułowanie: Prawda najwyższa jest ponad rozum, ale nie przeciw rozumowi.

W religijności Braci nie było konfliktu między wiarą i rozumem, przyjmowali bowiem, że wszystko, co można poznać naukowo, zgodnie z logiką, należy uznawać za prawdę, dopiero to, co wymyka się rozumowi, trzeba poznawać inaczej, pozarozumowo. Ale też wiary nie należy zakuwać w formę dogmatów, które są zawsze cudzym doświadczeniem, niemożliwym do przekazania. Twierdzili więc: „Nigdy prawdziwi naśladowcy nauki Pana Chrystusowej nikogo nie przymuszali do wiary”. Innymi jeszcze słowy: „Z przyniewolonego sługi Bóg nie chce ofiary”. Zwracali się mówiąc to nie tylko do przeciwników, lecz także do swych współbraci. Toteż i w zborach pozostawiali swobodę komentowania słów Pisma Świętego, do czasu, dopóki socynianizm nie zaczął narzucać swej wykładni. Zawsze jednak pozostali wierni przekonaniu, że każdy człowiek jest potencjalnie uczestnikiem boskości, że przed każdym jest otwarta droga do zjednoczenia z Bogiem. Ta głęboka wiara w człowieka jako istotę, będącą nosicielką ukrytej boskości, doprowadziła do pacyfizmu, znajdującego wyraz w „katechizmie” Rakowskim: „Nieprzyjaciel też jest naszym bliźnim”.

Stosowanie tej zasady w praktyce sprawiło, że Bracia, skazali się na bezbronność, a nie chcąc odpierać przemocy siłą musieli przegrać i przestali istnieć jako grupa społeczna. Jedynym wyjątkowym przykładem skutecznego „niesprzeciwiania się złu”, był ruch biernego oporu, inspirowany w Indiach przez Gandhiego; jednakże tamto „niesprzeciwianie się”, czyli opór kilkuset milionów ludności było to działanie siłą, wobec której imperializm angielski stał się bezradny. Dla nas jasne jest, że żaden naród nie obroni się przed komorami gazowymi biernym oporem. Rozumiał to sam Gandhi, toteż wypowiedział zdanie: „Kiedy do wyboru pozostaje tylko tchórzostwo albo walka przeciw zagładzie, należy wybrać hinsę (walkę)”.

W sprawach religii jednostkę obowiązuje poszanowanie cudzych wierzeń lub braku wiary. Ale nie tylko jednostkę; musi to być przyjęte świadomie przez ogół, pragnący własnego zdrowia moralnego. Słowa z modlitwy ariańskiej Stoińskiego: „Niech każdy przy wolności całej sumienia swego zostawa, niech się sumieniem swym nikomu z ludzi śmiertelnych nie przysługuje” – są wskazaniem do stosowania obustronnego. I to jest wciąż aktualne. Co w takim razie pozostaje jako więź łącząca poszukujących? Czy wiara w Boga? Tak, ale poprzez wiarę w człowieka, przez przyjęcie – jako podstawy – twierdzenia, że: W każdym człowieku jest światłość boska i każdy dojdzie do poznania jej w sobie.

Dawni Bracia znali jedną tylko drogę – naśladowanie Jezusa. Żyli ewangeliami, poza nimi nie dostrzegali źródeł godnych czci. Łatwo im było stwierdzać ponurość krwawych kronik starotestamentowych, przerażać się dzikością wyznawców Koranu, odrzucać mitologię Grecji i Rzymu; o wielkich religiach Wschodu nie wiedzieli nic. Nie wolno nam poprzestawać na ich niewiedzy, którą podzielali z całą ówczesną cywilizację Zachodu. Dzisiaj powinniśmy korzystać i z tych czystych źródeł, którymi są apokryfy, wedanta, taoizm, buddyzm zen i ocalałe na różnych lądach słowa objawień Mocy Przedwiecznej, wypowiedziane ustami proroków wszystkich epok i krain.

Tak widzę powiązanie ariaństwa naszych przodków z żywą teraźniejszością.

Zostaw komentarz