Stan „bezosobowy” 1945

(…) Tych słów Uspiańskiego o „umiejętności pamiętania o sobie” wcale nie rozumiem. Nie wiem, o jaki stan świadomości tu chodzi. Może dlatego, że 1) nie jest to moja droga, a także 2) dlatego, że słowa te są już niepewne – tłumaczone najpierw na angielski, potem na polski. Gdyby był dostępny oryginał, dowiedzielibyśmy się, co tam autor napisał; różnice mogą być przecież ogromne. „Pamiętać o sobie” wcale nie jest trudno, bo ciągle wszystko ujmujemy ze stanowiska swej osobowości. O jakie więc pamiętanie chodzi autorowi? Czy w tym ćwiczeniu trzeba wyobrazić sobie jakieś lepsze „ja”, czy to zwykłe? I jedno i drugie niczego nie da. A więc? Ratuj, kto może!

Skoro już toczy się przyjacielska rozmowa, dodam swoich parę zdań – niby o tym samym, lecz niejako w odbiciu zwierciadlanym, a więc o przeciwieństwie  „pamiętania o sobie”. Takim przeciwieństwem jest stan „bezosobowości”, nazywany w sanskrycie „wairagja”.

Poznałem to w takich okolicznościach. Po Powstaniu Warszawskim znalazłem się w październiku 1944 w Rostocku, mieście portowym w Meklemburgu. Wpakowali nas tam około stu mężczyzn do baraków przy stoczni okrętowej „Neptunwerft”. Byłem chudy jak szkielet, a nogi miałem opuchnięte; gorączka, biegunka, czyraki po całym ciele – żywy nieboszczyk. Nawet pracy ode mnie już nie żądali.

Powiedziałem sobie:
– Koniec, tu wyśliznę się z ciała!

Wszystkie prace niedokończone pozostają już poza mną – muszę się zwolnić z obowiązku dokończenia ich. Jestem więźniem i nic już mnie nie obarcza. Przymus fizyczny jest faktem, ale wewnętrznie nie jestem niczym skrępowany. Wszystko dzieje się dokoła bez mojego udziału woli. Staram się nie przeszkadzać niczemu. Jestem, ale tak jakby mnie nie było. Jeżeli trzeba będzie, włączę się w bieg zdarzeń, ale widzę oto, jak wszystko dzieje się dokoła beze mnie.

Może te słowa naprowadzą was na to, co przeżywałem. Zmagałem się z cierpieniami ciała nie przejmując się nimi. Byłem jakby mnie już nie było. Wtedy zacząłem uczuwać lekkość nieobecności, pomimo dokuczliwych stanów ciała. Obserwowałem film zdarzeń we dnie i w  nocy – na placu robót (do których jednak przystąpiłam), w barakach, w schronach podczas nalotów, na nabrzeżu przy naprawianych w stoczni stawiaczach min. To była rzeczywistość, mieląca setki i tysiące ludzi; i moje ciało było w tym, ale mnie już jakby nie było, bo nie miałem zadań, nie spodziewałem się niczego, czekałem tylko końca – w zupełnym spokoju.

Byłem przygotowany na koniec mojego ciała. Mnie w tym wszystkim wcale nie było. Lekkość i spokój dawały ulgę również ciału. Codziennie chodziłem do ambulatorium na zmianę opatrunku na karku i na brzuchu. Kiedy już „nie było mnie”, to znaczy nie łączyły mnie ze światem niepokoje, ani oczekiwania czegokolwiek, kiedy tylko przyjmowałem do wiadomości biernie ciągły film zdarzeń, nagle coś mnie z lekka wytrąciło z zupełnego spokoju: miła, łagodna dziewczyna Ukrainka, zmieniając mi papierowy bandaż i przemywając dziury w skórze, powiedziała tonem zdziwienia: „Kak eto skoro u was zażiwajet!”, dalej opowiedziała mi, że według przewidywań „wracza”, którego nam przydzielono, powinienem być w piasku już od trzech dni, a jeszcze żyję i widać, że będę żył! Spadło to na mnie jak ogłoszenie wyroku, że czekają mnie obowiązki nieznane, liczne i coraz większe. Zdobycz bezgranicznego spokoju została zagrożona, spokój czysty został zamącony, ale był.

Nie sam stan zrównoważenia emocji podziałał tak na ciało. Dostałem wtedy główkę czosnku i codziennie zjadałem jeden „ząbek” drobniutko posiekany. Co było ważniejsze, nie wiem, ale sądzę, że sam wyłącznie czosnek działałby słabiej i powolniej.

Zdaję sobie sprawę, że nie opisałem dobrze owego stanu bezosobowości, który wtedy przeżywałem. Ale przekazanie tego opisowe nie jest możliwe. Jest to takie wyłączenie się całkowite, że nasze „ja” nie wtrąca się w nic absolutnie. Graniczy to z odwrotnością – z poczuciem, że jednak Ja, ale już nie „moje”, jest we wszystkim.


Jeszcze uwaga. Jogini obecni w aśramie Maharishiego, dziwili się, że Maurycy Frydman tak przejmuje się nędzą ludzi w Indiach! Według nich „była to sprawa Śiwy”, a więc nie należy się tym niepokoić. Jest to stanowisko aspołeczne, obce np. Gandhiemu, ale zrozumiałe u ludzi, którzy już tkwili głęboko w stanie „bezosobowości”, przeszli już za życia na drugą stronę bytu. Wniosek: nie zważać na „świętych”, gdy się przystępuje do działań społecznych!


Uspieński nie znał prostej drogi jogi, dlatego wynajdywał dość dziwaczne sposoby dojścia do stanu wyższej świadomości. Nie wiedział też, że przejście do „Świadomości Kosmicznej”, może być bez wielkiego wstrząsu (chociaż czytał dr Bucke’a). Jego „sposób” jest – wg mnie – niepowtarzalny.

Zostaw komentarz