Religia jest sprawą doświadczenia wewnętrznego

Tadeusz Głodowski

  Znamy hasło: „Trzymajcie się religii, nie wykraczajcie poza to, co do niej należy!” Jest to w zasadzie słuszne, kłopot tylko, że każde wyznanie zakreśla inne granice sprawom swej religii, a bywa gorzej – nie chce w ogóle uznać granic i rości sobie pretensje do ustanawiania dla swych wiernych norm we wszelkich sprawach życia jednostki w rodzinie i w społeczeństwie. Tak było w starożytnych państwach teokratycznych, podobnie było w średniowiecznej Europie, a w znacznej mierze dzieje się tak nadal w państwach o jednej panującej religii, jak np. w Izraelu, Arabii Saudyjskiej, Hiszpanii i Grecji.

Totalitaryzm wyznań – ich dążenie do poddania swych wiernych szczegółowym przepisom postępowania w każdej sytuacji życiowej, osaczanie jednostki nakazami i zakazami na każdym kroku – jest tak dawny, jak ród ludzki. Kapłan-czarownik w społeczeństwie pierwotnym skupiał w swej osobie wszelkie umiejętności i był przewodnikiem, wódz zaś ze swymi wojownikami był najczęściej tylko „zbrojnym ramieniem” jego władzy. Kapłan-czarownik jest wówczas wszystkim: nauczycielem, uzdrowicielem, wróżbitą, astrologiem, znawcą tradycji, poskromicielem sił tajemnych, mistrzem obrzędów, wielkim wtajemniczonym w zamiary bóstw plemiennych, wykonawcą ich woli i najwyższym sędzią.

Taka niewyspecjalizowana wszechumiejętność rozszczepiała się w toku dziejów na szereg oddzielnych zawodów. Kapłan przestał zajmować się osobiście leczeniem, nauczaniem i niemal wszystkim poza obrzędami, bo wyręczali go w tym specjaliści, ale pilnie strzegł, żeby władza nie wymknęła mu się z rąk. Wyodrębnione zajęcia długo jeszcze nie były wolnymi zawodami; heretyków ćwiartowano żywcem ku chwale bożej, ale medykom nie pozwalano uczyć się anatomii na niewrażliwych ciałach nieboszczyków, bo to byłoby obrazą boską.

Dzieje kultury są ciągłym uszczuplaniem władzy wyznań nad ciałami i sumieniami ludzi. O wolność sumienia toczy się walka po dziś dzień. Spadkobiercy kapłanów-czarowników piętnują zawsze najmniejsze naruszenie ich przywilejów jako bezbożnictwo, zasługujące na karę ognia wieczystego. Toteż każde ustępstwo z ich strony musiało być wywalczane siłą. Po każdej zaś zmianie powstaje pewna próżnia w nadmiernie rozbudowanym aparacie danego wyznania. Im bardziej upowszechnia się i doskonali medycyna, tym wyraźniej tracą wartość w oczach mas miejsca cudownych uzdrowień; im lepiej narody poznają się wzajemnie, tym mniej wierzą w magiczną skuteczność modłów o pogodę, w zbawienne działanie tybetańskich młynków modlitewnych, oczyszczający wpływ uboju rytualnego, w cudowne działanie relikwii itp.

Rządcy sumień ze wszystkich wyznań, posługujących się takimi środkami, biadają, że to religia upada. Ale religia nie upada, przemieszcza się tylko jej środek ciężkości, zmienia się jej obraz w świadomości wyznawców na coraz jaśniejszy. Oczywiście zmiany takie, chociaż wyszlachetniające, nie podobają się nigdy administratorom majątków wyznań, jeżeli zagrażają chociażby minimalnie hamowaniem ofiar na kupowanie łask Nieba.

            Dzisiaj zeświecczenie sięgnęło szeroko w życie codzienne. Odciążyło to wyznania z wielu funkcji, które w krajach wyżej rozwiniętych od dawna należą do władz świeckich. Takie zmniejszenie zakresu zadań wyznań nie dotyczy samej religii, głębiej pojmowanej. Widoczne staje się tylko to, z czym walczyła Reformacja: rozbudowany do ogromnych rozmiarów aparat kościelny ze swoją feudalną hierarchią zużywa większość środków i energii na utrzymanie samego siebie, a nie nadąża za rozwojem potrzeb religijnych swych wyznawców, powstrzymuje ten rozwój i spłyca religijność. Im większy jest aparat, im większa władza jego nad sumieniami, w tym większy wpada konflikt zarówno ze światem zewnętrznym, jak i z grupami wewnątrz własnej hierarchii, skłonnymi do ustępowania ze stanowiska monopolistycznego pośrednictwa między człowiekiem i Bogiem. Tępy opór doprowadza do katastrof rozpadu wielkich organizacji, do upadku hierarchii, tracącej racje bytu w zmienionych warunkach.

           Takie katastrofy zdarzały się za naszych dni. Tłumy wyznawców, przywykłe do posłuszeństwa w sprawach wiary, rozpaczają wtedy myśląc, że to świat się wali, a to tylko odpadają łupiny, narosłe przez stulecia wokół płomyka Prawdy. Uderzenie z zewnątrz w teokrację lamaicką w Tybecie pozbawiło ją władzy świeckiej i wymiotło z kraju, lecz zarazem oczyściło lamaizm z tak ponurych obciążeń, jak korzystanie z czterostopniowego niewolnictwa i pańszczyzny, może też oczyści z przeżytków szamanizmu. Uderzenie w sam szczyt piramidy organizacyjnej shintō, przez utrącenie – pod presją okupacji – kultu boskości cesarza, oznaczało pęknięcie więzów, krępujących wolność sumień w Japonii. W rezultacie rozkwitło tam w ciągu niewielu lat niemal tysiąc sekt i nareszcie każda grupa przyjaciół odważyła się szukać na swój sposób odpowiedzi na niepokojące pytania metafizyczne.

            I tak jest zawsze i wszędzie. Kiedy kościelność, taka czy inna, choruje na przerost organizacyjny i nadmiar formalistyki, na gromadzenie środków materialnych, życie religijne w jej zasięgu ulega zdławieniu; pozostają z niego jako relikty obrzędy, egzorcyzmy, pielgrzymki, kult cudowności… Sfanatyzowanym masom to wystarcza. Ale masy te są bierne i bynajmniej nie stanowią siły istotnej. „Poszukującym” to nie wystarcza. A poszukujących drogi ku prawdzie ostatecznej było zawsze wielu, pozostawali jednak w cieniu, niewidoczni, prześladowani jako odstępcy od „jedynej prawdziwej wiary”, ponieważ odrzucali starą świątynną magię ceremonialną, nie uznawali za potrzebne naiwnych usiłowań przypodobania się Bogu przez ofiary materialne, natomiast ufali, że znajdą klucze do Królestwa Niebieskiego w sobie, w swych duszach, bez zbędnego pośrednictwa i bez posługiwania się środkami zewnętrznymi. U nas przykładem takiego poszukującego był jeden z pierwszych arian polskich, Jan Niemojewski; oto jego słowa z listu do Fausta Socyna, z dnia 25 kwietnia 1587 roku:

         „Jakąkolwiek bowiem chwałę lub cześć oddajemy Chrystusowi, należy to odnieść, moim zdaniem, raczej do czci wewnętrznej. Jeżeli bowiem nawet posługujemy się czasem zewnętrznymi gestami, jednakże one same przez się mało lub nic nie znaczą i stanowią tylko pobudkę do bardziej skupionej modlitwy, czyli dziękczynienia bardziej gorącego, którego całe znaczenie polega na wewnętrznym poruszeniu ducha i głębokim uczuciu serca”.

            Czytajmy uważnie te słowa naszego świetlanej pamięci Wielkiego Brata, który całym swym życiem dawał świadectwo wyznawanej przez siebie Prawdzie, a zobaczymy, czym była według niego religijność. Nawet gestów nie uważał za potrzebne, to zaś, co nazywa „głębokim uczuciem serca”, ujawniał na zewnątrz w śmiałym postępowaniu: on to zamienił oznakę stanu szlacheckiego – stalową szablę, na miecz drewniany, on uwolnił z poddaństwa chłopów, a jako kaznodzieja zboru lubelskiego uznał, że nie godzi mu się żyć na koszt braci, zarabiał więc pracą rąk własnych. Takie stanowisko było zaprzeczeniem wszelkiej kościelności, sprowadzaniem religii ze stanu zorganizowanej zewnętrznej instytucji do stanu czystej bezpośredniej religijności w sercach ludzi zwracających się ku Mocy Przedwiecznej, odczuwanej rozmaicie, wedle możliwości i dojrzałości jednostek, to jako Mądrość Nieskończona, to jako Miłość Wszechogarniająca.

            Daleka jest droga od kapłana-czarodzieja, zarzynającego na ofiarę swemu bogu jagnięta, a niekiedy niewolników, do Brata Jana, przypasującego drewniany miecz i wielbiącego Boga-Wszechmiłość w świątyni własnego serca. Są to dwa krańce. Pomiędzy nimi – jak kamienie milowe rozwoju religijności ludów – widnieją piramidy Egiptu, Meksyku, świątynie i ołtarze setek wyznań, gdzieniegdzie misteria, jak w Eleusis, klasztory rozkwitające i upadające – tysiące prób „schwytania gołębicy Ducha w klatkę”. Wszystkiemu zaś temu mają służyć zorganizowane w wyznania religie, zawsze kończące swe istnienie, kiedy ze sług stają się nadmiernie panami, kiedy to, co miało być środkiem, staje się celem samym dla siebie.

            Czy jednak religia niezorganizowana jest czymś trwałym i czy może się utrzymać? – Pytanie takie stawiają często ludzie, urzeczeni błyskotliwością obrzędów, pychą kapłanów i bogactwem silnych liczebnie wyznań na różnych kontynentach. Jest w tym nieporozumienie. Religia jest sprawą doświadczenia wewnętrznego, wielkiego misterium, które odbywa się w świadomości jednostki, w żywym doznaniu Obecności Boga. Nie mieści się to ani w obrzędach, ani w księgach i słowach. Poznali tę prawdę nasi pierwsi Bracia Polscy. Miał ją też na myśli Karol Grycz-Śmiłowski[1], kiedy mówił i pisał o „powszechnym kapłaństwie”. Innej drogi nie ma. Ale ta jedyna droga jest otwarta dla wszystkich czystego serca. Znaleźć ją musi każdy sam, ale nikt na niej nie jest samotny. Drogi tej nie zacieśniają granice wyznań, toteż Bratem i Siostrą jest na niej każdy, kto zdobywa się na odwagę wyjścia poza opłotki nakazów i zakazów „zorganizowanej religii”.


[1] Karol Grycz-Śmiłowski (1885-1959) – polski pastor luterański, następnie wyznawca antytrynitaryzmu, wskrzesił po 280 latach nieistnienia ruch ariański w Polsce, zakładając Jednotę Braci Polskich w 1937.

Zostaw komentarz