O niezbędności religii

Swami Wiwekananda

Spośród wszystkich sił, które wpływały i nadal wpływają na kształtowanie się losów rasy ludzkiej, najpotężniejszą jest bezsprzecznie siła, której przejawom nadajemy nazwę religii. U podłoża wszelkich form organizacji społecznych czynna jest w pewnej mierze ta szczególna siła: to ona staje się największym czynnikiem przyciągania, skupiającym jednostki w grupy społeczne. Wiemy wszyscy, iż w bardzo wielu przypadkach więzy religii okazywały się mocniejsze niż wspólnota rasowa, łączność przez pochodzenie z jednego kraju, a nawet niż więzy krwi. Jest to fakt dobrze znany, że czciciele tego samego Boga, wyznawcy tej samej wiary, dochowują sobie wierności z większą mocą i wytrwałością niż ludzie, których łączy tylko pokrewieństwo rodzinne, chociażby byli braćmi.

Wiele było już prób odkrycia pochodzenia religii. Wszystkie religie starożytne, które przetrwały do naszych czasów, przypisują sobie tę samą cechę: pochodzenia nadnaturalnego; twierdzą o sobie, że zrodziły się nie z umysłu ludzkiego, lecz ze źródła poza umysłem.

Dwie teorie znalazły łaskę w oczach uczonych nowoczesnych. Według jednych początkiem religii był kult duchów, według innych – ewolucja idei Nieskończoności. Pierwsi utrzymują, że punktem wyjścia idei religijnych był kult przodków; drudzy widzą zaczątki religii w personifikacjach sił przyrody. Człowiek pragnie zachować pamięć o zmarłych osobach z rodziny, myśli, że one żyją jeszcze po rozpadnięciu się ciał, pragnie dawać im posiłki, słowem – czcić je; z tego powstaje to, co nazywamy religią. Kiedy studiujemy religie starożytne Egiptu, Babilonii, Chin oraz wielu innych ras w Ameryce i gdzie indziej, znajdujemy w nich wyraźne dowody, że ów kult przodków był pierwszą formą religii. Starożytni Egipcjanie najpierw wyobrażali sobie duszę jako sobowtóra; całe ciało ludzkie zawiera w sobie inną istotę, bardzo podobną do ciała; kiedy człowiek umiera, ten sobowtór opuszcza ciało i żyje nadal. Ale życie tego sobowtóra trwa, dopóki ciało pozostaje nienaruszone; dlatego Egipcjanie tak starali się o zabezpieczenie zwłok przed uszkodzeniem. Żeby to osiągnąć budowali ogromne piramidy. Zwłoki – według nich – powinny być chronione, bo każde ich zadraśnięcie kaleczy sobowtóra. Jest w tym najwyraźniej kult przodków. U Babilończyków znajdujemy to samo pojęcie sobowtóra, ale już w wariancie. Stracił on tam zdolność kochania; zmusza żyjących, strasząc ich – do dawania mu jadła i napoju, do służenia mu na różne sposoby. Nie ma w nim już ani śladu uczuć, nawet dla własnych dzieci i żony. U starożytnych Hindusów również znajdujemy ślady kultu przodków. Co do Chińczyków – można powiedzieć, że podstawą ich religii jest ów kult, który nasycił sobą całą tę olbrzymią krainę wzdłuż i wszerz; jest to w rzeczywistości jedyna religia, rozkwitająca w Chinach. Zdawałoby się więc, że mnóstwo argumentów przemawia za tym, iż kult przodków jest początkiem religii.

Przeciwne stanowisko zajmują uczeni, którzy – biorąc za punkt wyjścia starożytną literaturę aryjską – dowodzą, że początkiem religii jest kult przyrody. W Indiach, aczkolwiek znajdujemy wszędzie świadectwa kultu przodków, najstarsze teksty pism nie wykazują ani śladu tego kultu. W najstarszym pomniku rasy aryjskiej, samhicie Rygwedy, nie ma o nim ani słowa. Uczeni nowocześni oświadczają, że znajdują tam tylko kult przyrody. Cały wysiłek umysłu ludzkiego zwrócony jest na przebicie się poza zasłonę przyrody, na wyjrzenie poza nią. Zorza, wschód  Słońca, huragan, tytaniczne siły natury, jej piękno – wszystko to zaciekawiało umysł ludzki, starający się zrozumieć coś, spojrzeć poza same zjawiska. Szukając wyjaśnień umysł obdarza te zjawiska cechami osobowości, wyposaża je w dusze i ciała, niekiedy piękne, niekiedy transcendentalne. Każde usiłowanie zmierza do wyjaśnienia tych zjawisk przez abstrakcje, uosobione lub nie. To samo widzimy u starożytnych Greków: cała ich mitologia jest po prostu kultem przyrody, wyrażonym w formach abstrakcji. Tak samo było u starożytnych Germanów, starożytnych Skandynawów i innych ras aryjskich. Znajdujemy więc mocne argumenty na poparcie tezy o pochodzeniu religii od uosabiania sił przyrody.

Te dwa punkty widzenia, na pozór sprzeczne, można pogodzić na podstawie trzeciego stanowiska, które według mnie jest rzeczywistym zarodkiem religii, a nazwę je walką o wyzwolenie z ograniczenia przez zmysły. Człowiek – albo wyrusza na poszukiwanie duchów przodków, duchów zmarłych, to znaczy chce dowiedzieć się, co dzieje się po zniknięciu ciała – albo pragnie zrozumieć, jakie to moce działają poza cudownymi zjawiskami przyrody. W obu tych przypadkach pewne jest, że człowiek usiłuje wydostać się poza ograniczenia zmysłów. Nie może już poprzestać na świadectwie zmysłów. Chce pójść dalej. Można wyjaśnić tę postawę bez nadawania jej znamion misterium. Według mnie – na drogę poglądów religijnych wprowadziły nas w sposób zupełnie naturalny nasze sny. Pierwsze pojęcie nieśmiertelności powstało właśnie z rozważania snów. Czyż nie uważamy niekiedy snów za niezwykłe? Wiemy też, że dzieci i umysły mało rozwinięte słabo rozróżniają stan snu od stanu jawy. Nic przeto dziwnego, iż uważają za najzupełniej normalne i zgodne z logiką całe owe tak skomplikowane działanie umysłu nawet podczas snu, kiedy ciało jest na pozór martwe. Również nie ma nic dziwnego w tym, że ludzie wyciągają zaraz dalszy wniosek, iż ta sama działalność będzie trwała nadal nawet po zupełnym zniknięciu ciała. Jest to – według mnie – wyjaśnienie bardziej jasne i naturalne od nadnaturalnego; wkroczywszy na ścieżkę, wytkniętą z początku przez widzenia senne, umysł ludzki posuwa się dalej do pomysłów coraz wyższych. Z czasem oczywiście większość ludzi spostrzegła, że doświadczenia życia na jawie nie potwierdzają snów i że we śnie nie żyjemy odrębnie, lecz widzimy po prostu odbicia doświadczeń zdobytych na jawie.

Ale poszukiwania już się od tego zaczęły. Skierowane ku wnętrzu psychiki przeorywały ją coraz głębiej, poruszały różne warstwy, aż doprowadziły do odkrycia stanów świadomości wyższych niż jawa i sny. Wszystkie zorganizowane religie świata znają te stany pod nazwą ekstazy albo inspiracji, natchnienia. We wszystkich religiach zorganizowanych założyciele, prorocy, wysłańcy Boga doznawali tego stanu, który nie jest ani jawą, ani snem, a w którym znajdywali się wobec nowych zupełnie faktów, dotyczących tego, co nazywane jest dziedziną ducha. Fakty te były dla nich o wiele silniej rzeczywiste, niż są dla nas zjawiska, otaczające nas w stanie jawy. Weźmy na przykład religię hinduizmu. Wedy, jak głosi tradycja, pisali ryszi – mędrcy, którzy zdawali sobie sprawę z pewnych faktów. Dokładne określenie słowa ryszi (ṛṣi) w sanskrycie znaczy „widzący mantry”, myśli wyrażone w hymnach wedyjskich. Ludzie ci oświadczali, że zrozumieli, odczuli – jeżeli wolno użyć tego słowa na oznaczanie przeżyć ponadzmysłowych – pewne fakty. Takie same świadectwa prawdy znajdujemy i u Żydów, i u chrześcijan.

Można by uznać za wyjątek buddyzm, w szczególności ukazywany przez szkołę południową (hinajanę). Powstaje pytanie: „Jeżeli buddyści nie wierzą ani w Boga, ani w istnienie duszy, to w jaki sposób ich religia wyrosła z owego stanu istnienia ponadzmysłowego?” Odpowiedzią niechaj będzie, że buddyści odkryli prawo moralne wiekuiste i że prawo moralne nie zostało skonstruowane przez rozum, w zwykłym znaczeniu tego słowa. Budda je odkrył wówczas, kiedy był w stanie świadomości ponadzmysłowej. Kto z was czytał żywot Buddy, chociażby krótko naszkicowany w pięknym poemacie „Światło Azji”, przypomni sobie chyba, jak przedstawiają Buddę, siedzącego wytrwale pod drzewem mądrości, aż do osiągnięcia owego stanu świadomości ponadzmysłowej. Wszystkie wskazania swe oparł na poznaniu osiągniętym w ten sposób, a nie na drodze dociekań intelektualnych.

Widzimy więc, iż wszystkie religie dają świadectwo wielkiej prawdzie, że umysł ludzi w pewnych chwilach wydostaje się nie tylko poza ograniczenia przez zmysły, lecz także poza granice zdolności władz rozumowania. Wtedy znajduje się wobec faktów, których nigdy nie zdołał odczuć ani dotrzeć do nich za pomocą rozumowania. Fakty te stanowią podstawę wszystkich religii świata. Mamy oczywiście prawo odmawiania przyjęcia za prawdę tych faktów, dopóki dowód nie będzie dany i poddawania ich sprawdzeniu przez rozum; jednakże wszystkie religie działające na świecie przyznają psychice człowieka tę szczególną moc przezwyciężania ograniczeń, stawianych nam przez zmysły, i wydostawania się świadomością poza granice myśli; moc tę ukazują jako fakt.

Pozostawmy na razie pytanie, w jakiej mierze te roszczenia religii znajdują potwierdzenie w faktach; zajmijmy się pewną wspólną im wszystkim szczególną cechą. Są one w niezgodzie z konkretnymi odkryciami fizyki, na przykład w tym, że wszystkie te twierdzenia są pojęciami abstrakcyjnymi. We wszystkich najwyżej zorganizowanych religiach przybierają one wygląd najczystszej Abstrakcji, Jedni, bądź w formie Obecności Abstrakcyjnej – jako Istność Wszechobecna, jako Osobowość Abstrakcyjna, nazywana Bogiem albo jako Prawo Moralne, bądź w formie Esencji Abstrakcyjnej, będącej podłożem wszelkiego bytu. Tak samo współczesne próby głoszenia religii bez powoływania się na ponadzmysłowy stan świadomości zmuszone są do sięgania po abstrakcyjne pojęcia starożytnych i nadawania im nazw takich, jak „Prawo Moralne”, „Jedność Idealna” itd., to zaś jest dowodem, że te pojęcia abstrakcyjne nie są z zakresu naszych zmysłów. Nikt z nas nie widział jeszcze Idealnej Istoty Ludzkiej, mimo to żądają od nas wiary w nią. Nikt z nas nie widział jeszcze człowieka doskonałego, jednakże bez tego ideału nie byłby możliwy postęp. Ze wszystkich więc odmiennych religii wynika fakt, że istnieje Abstrakcyjna Jednia Idealna, stawiana przez nie przed nami w postaci bądź Osoby, bądź Bytu Bezosobowego, to jako Prawa, to jako Obecności albo jako Esencji. Usiłujemy ciągle dojść do tego ideału. Każda istota ludzka, kimkolwiek byłaby, żywi ideał nieskończonej mocy. Każda istota ludzka żywi ideał nieskończonej, bezgranicznej radości. Większość zabiegliwych prac dookoła nas, nieustannie podejmowane działania – są to wysiłki, związane z dążeniem do osiągnięcia tej mocy nieskończonej albo radości bezgranicznej. Wśród tej krzątaniny mała grupa jednostek spostrzegła nagle, że mocy nieskończonej nie uda się nikomu dosięgnąć zmysłami. Ci odkrywcy dostrzegają wkrótce, że i szczęścia bezgranicznego nie osiągnie się zmysłami, że ciało jest zbyt ograniczone, żeby mogło w nim i przez nie wyrazić się Nieskończone. Niemożliwością jest wyrażenie Nieskończoności przez skończone; wcześniej czy później człowiek przekonuje się, że trzeba zaniechać takiego usiłowania. Takie wyrzeczenie się, takie odrzucenie pokusy jest punktem startu moralności. Wyrzeczenie jest samą podstawą moralności. Nie było nigdy kodeksu moralnego bez zasady wyrzeczenia jako podstawy.

Moralność mówi nam: „Nie ja, lecz ty”. Hasłem jej jest: „Nie ja, lecz nie–ja”. Prawa moralności pouczają, że należy porzucić nadaremne idee indywidualizmu, których zawzięcie trzyma się człowiek, dążący do osiągnięcia za pomocą zmysłów owej Mocy Nieskończonej i Szczęśliwości Nieskończonej. Trzeba usunąć na bok siebie samego i postawić kogo innego przed sobą. Zmysły mówią: „Moje najpierw”. Moralność mówi: „Powinien myśleć o sobie na ostatku”. Toteż wszystkie kodeksy moralności oparte są na wyrzeczeniu – na burzeniu destrukcji, a nie na umacnianiu jednostki w sferze materialnej. Nieskończone nie będzie nigdy wyrażone w sferze materialnej; nie jest to ani możliwe, ani pożądane.

Człowiek powinien opuścić sferę materialną i wznieść się ku innym sferom, aby tam poszukiwać możliwości głębszego wyrażenia Nieskończoności. Tak też opracowywane są różne kodeksy moralności, mające jako jedyną oś zasadę odwieczną wyrzeczenia samego siebie. Całkowite unicestwienie siebie jest ideałem moralności. Żądanie niedbania o swą osobowość przeraża ludzi, tak bardzo lękają się utracić to, co nazywają swą indywidualnością. Jednakże ci sami ludzie uznają jako słuszne najwyższe ideały moralności, nie zastanawiając się przy tym ani przez chwilę, że przedmiotem, celem, samą ideą całej moralności jest nie rozbudowa, lecz destrukcja osobowości.

Moralności w stosunkach międzyludzkich nie da się wyjaśnić miarami użyteczności praktycznej, ponieważ – przede wszystkim – licząc się z użytecznością nie zdołalibyśmy ustanowić jakiejkolwiek normy moralnej. Nie może istnieć moralność bez uznawania sankcji mocy nadprzyrodzonych, jak to jest nazywane albo – jak ja to wolę nazwać – bez dążenia do ponadświadomości. Bez dążenia ku Nieskończoności nie można mieć ideału. Żaden system chcący uwięzić jednostki w granicach grup społecznych nie będzie umiał wyjaśnić praw moralnych ludzkości. Utylitarysta chce, abyśmy zaniechali dążeń do Nieskończoności, do ponadzmysłowego, bo uważa to za niemożliwe i absurdalne, lecz natychmiast, bezpośrednio potem żąda, żebyśmy skłonili się przed etyką i postępowali zgodnie z interesem społecznym. Dlaczego mielibyśmy postępować dobrze? Dobre uczynki wynikają z przyjętej zasady, z postawy moralnej. Najpierw trzeba mieć ideał. Moralność nie jest celem, lecz środkiem do osiągnięcia celu. Jeżeli nie stawiamy sobie celu, po co mielibyśmy być moralni? Po co miałbym służyć innym, zamiast im szkodzić? Jeżeli dobro jest celem ludzkości, czemu nie staram się o dobro dla siebie ze szkodą dla innych? Co mi w tym przeszkadza?

Po drugie – utylitaryzm jest zbyt wąską podstawą. Wszystkie obecne ustroje polityczne i systemy wyrosły ze społeczeństwa istniejącego, ale jakim prawem utylitarysta stawia zasadę, że społeczeństwo jest wieczne? Społeczeństwo nie istniało w innych epokach i być może kiedyś przestanie istnieć. Jest ono prawdopodobnie jednym z etapów przejściowych, stopni, po których zmierzamy do stanu wyższego rozwoju, żadne więc prawo dzisiejszego życia społecznego nie może być wieczne, nie zdoła objąć całej natury człowieka. Teorie utylitarystów w najlepszym razie mogą znaleźć pewne zastosowanie w obecnych warunkach życia społecznego, ale poza nimi są bez wartości. Natomiast etyka, kodeks moralny, wywodzący się z religii i duchowości, obejmuje całość człowieka nieskończonego. Etyka taka ujmuje jednostkę w jej powiązaniach z Nieskończonością, zajmuje się też społeczeństwem, bo jest ono zgrupowaniem jednostek; a że moralność stosuje się do jednostki i jej spraw wiecznych, musi również stosować się do całości społeczeństwa w każdym jego stanie i w każdej chwili. Widzimy więc, że religia jest zawsze potrzebna ludzkości. Człowiek nie może myśleć wciąż tylko o materii, chociażby z niej ciągnął wielkie korzyści.

Mówią, że nadmierne zajmowanie się sprawami ducha zagraża sprawom naszego życia praktycznego tu na ziemi. Od czasu mędrca chińskiego, Konfucjusza, mówiono: „Zajmujmy się doczesnością, później, kiedy nie będziemy już mieli nic do zdziałania tutaj, zajmiemy się innymi światami”. Bardzo to piękne pragnienie – zajmować się sprawami tego świata. Jeżeli jednak nadmiar zainteresowań duchowych ma zaszkodzić naszym sprawom doczesnym, to zbyt wielkie oddawanie się sprawom tzw. praktycznym może zaszkodzić nam i tutaj, i poza tym światem, bo uczyni z nas materialistów. Celem człowieka powinna być nie „natura”, lecz coś wyższego ponad nią.

„Człowiek jest człowiekiem w takiej mierze, w jakiej dąży do wzniesienia się ponad przyrodę”, a ta przyroda jest zarazem zewnętrzna i wewnętrzna. Ona obejmuje nie tylko prawa, rządzące cząsteczkami materii wewnętrznej poza nami i w naszym ciele, lecz także ową naturę subtelniejszą wewnętrzną, która jest po prostu energią motoryczną, kierującą wszystkim materialnym. Ujarzmienie przyrody zewnętrznej jest dobre, jest wspaniałe, lecz jeszcze wspanialsze jest ujarzmienie naszej natury wewnętrznej. Piękne i dobre jest poznawanie praw, rządzących gwiazdami i planetami; nieskończenie lepsze jest i wspanialsze poznawanie praw, rządzących namiętnościami, uczuciami i wolą ludzkości. Podbój człowieczeństwa wewnętrznego, wnikanie w tajniki subtelnych urządzeń, działających w psychice człowieka, odkrywanie cudownych tajemnic umysłu – jest to całkowicie dziedzina religii. Natura ludzka – mówię tu o zwyczajnej naturze człowieka – chce widzieć zwykłe grubo materialne zjawiska. Człowiek pospolity nie może zrozumieć niczego subtelniejszego. Powiedziano o tym trafnie, że tłum podziwia lwa mordującego tysiące jagniąt i nie zastanawia się, że to widowisko oznacza śmierć jagniąt, a dla lwa jest tryumfem przemijającym; tłum potrzebuje zachwycania się wybuchami siły fizycznej, ekshibicją siły. Takie jest zwykłe zachowanie się ludzi. Człowiek rozumie wszystko zewnętrzne i znajduje w tym upodobanie. Ale w łonie każdej społeczności jest zawsze grupka, nie poprzestająca na zadowoleniu zmysłów; ci od czasu do czasu dostrzegają coś wyższego niż zjawiska świata materii i starają się dosięgnąć tego. Jeżeli czytamy dzieje narodów, znajdujemy tam zawsze między wierszami wieści o tym, jak wzrost liczebny grupy ludzi zwiastuje wielkość narodu, upadek zaś nastaje wraz z zanikiem w narodzie poszukiwania Nieskończoności, tak pogardzanego przez utylitarystów. Jest to świadectwem, że każda rasa czerpie swe siły z duchowości, a zaczyna umierać, kiedy duchowość jej słabnie i zdobywa przewagę materializm.

Religia – prócz tego, że odkrywa nam fakty i prawdy istotne oraz umacnia naszą postawę wobec życia – jest jako droga studiów największym i najszlachetniejszym ciągiem ćwiczeń, jakim może poświęcić się dusza ludzka. Poszukiwanie Nieskończoności, to zmaganie się, aby ująć Nieskończoność, ów wysiłek, aby wydostać się poza ograniczenie przez zmysły, wyplątać się z materii i przejawić w sobie człowieka duchowego, to dążenie z uporem, dzień i noc, do stopienia osobowości z Nieskończonością – jest to najwspanialsza i pełna chwały walka, jaką człowiek może stoczyć w swym życiu. Inni rozkoszują się najwięcej smakoszostwem i jadłem; nie mamy prawa mówić im, że mają zmienić upodobania, lecz i oni nie mają prawa powiedzieć „nie” człowiekowi znajdującemu wyższe zadowolenie w myślach o duchowości. Im niższy rozwój jednostki, tym większą rozkosz czerpie ze zmysłów; mało kto z ludzi zjada posiłek z taką żarłocznością jak pies lub wilk, których całe używanie życia nie wykracza poza sferę zmysłów. We wszystkich krajach niższe typy ludzkie poprzestają na uciechach zmysłowych, dopiero kulturalniejsi, z wykształceniem, zwracają się ku filozofii, sztukom pięknym i wiedzy. To, co nazywamy duchowością, jest w sferze jeszcze wyższej. Dotyczy ona nieskończoności, toteż sfera jej jest najwyższa dla tych, którzy umieją ją cenić. Również ze stanowiska utylitaryzmu, twierdzącego, że człowiek powinien szukać zadowolenia, powinniśmy przyjąć, iż należy kultywować myśl religijną, ponieważ otwiera ona drogę ku najwyższemu zadowoleniu i rzeczywistej radości.

Studiowanie, poznawanie religii uważam za bezwzględnie niezbędne. Przekonać nas mogą o tym wyniki. Jest to najpotężniejszy czynnik wprawiający w działanie umysł ludzki. Żaden inny ideał nie mógłby wyzwolić w nas tak wielkiego ładunku energii, jak to czyni ideał religijny. Całe znane nam dzieje ludzkości świadczą, że tak było i że moc tego ideału jest nadal żywa. Nie przeczę, że ludzie mogą być bardzo dobrzy i bardzo moralni z powodów czysto utylitarnych: było na świecie wielu dobrych wielkich ludzi, którzy swą moralność i doskonałą czystość w postępowaniu opierali na racjach utylitaryzmu. Lecz ci, którzy wstrząsnęli światem, którzy dali mu – rzec można – nowy ładunek magnetyzmu, których umysł wywiera wpływ na tysiące ludzi, których życie zapala w innych płomień duchowości, – oni, stwierdzamy to zawsze, mają w sobie ów fundament duchowości.

Religia jest największym źródłem energii, wyzwalającej ową moc nieskończoną, która jest dziedzictwem i naturą człowieka. Kiedy chodzi o kształtowanie charakteru, o skierowanie człowieka ku wszystkiemu, co jest dobre i wielkie, o spokój dla innych i dla siebie – religia jest źródłem energii najwyższej i powinna być oceniana i poznawana z tego punktu widzenia. Religię należy poznawać, nadając jej zasięg szerszy niż dawniej. Należy usunąć z religii wszelkie pojęcia zaborcze, ciasne, sekciarskie – wszystko, co nadaje charakter nacjonalistyczny. Idea, że każdy naród lub każde plemię musi mieć swego Boga, który nakazuje uważać innych za fałszywych jest przesądem, godnym odesłania do przeszłości. Trzeba odrzucić wszelkie takie idee.

W miarę, jak umysł ludzki poszerza swe możliwości, jego działalność duchowa zwiększa się również. Nadszedł już czas, w którym myśl wypowiedziana przez jednego człowieka, rozpowszechnia się po całej ziemi; środkami czysto fizycznymi uzyskujemy łączność z całym światem; również religie przyszłości muszą stać się uniwersalnymi, tak samo dalekosiężnymi.

Ideały religijne przyszłości muszą objąć wszystko, co jest dobrego i wielkiego na świecie, muszą mieć zarazem nieograniczoną zdolność rozwijania się w przyszłości. Wszystko dobre z przeszłości musi być zachowane, a wszystko, co przyszłość wniesie nowego do ideałów teraźniejszości, musi być przyjęte. Religie tym bardziej nie mogą być ekskluzywnymi, traktującymi siebie wzajemnie z odrazą, w związku z odmiennymi pojmowaniami boskości. Widziałem w życiu swoim bardzo wielu ludzi uduchowionych, nie wierzących wcale w Boga, w znaczeniu nadawanym temu słowu. Być może zrozumieli oni Boga lepiej, niż my zdołamy go pojąć kiedykolwiek. Idee Boga Osobowego lub Bezosobowego, Nieskończoności, Prawa Moralnego, Człowieka Idealnego – wszystkie one powinny mieścić się w definicji religii. A kiedy religie zostaną w ten sposób poszerzone, ich zdolność czynienia dobra będzie ustokrotniona. Religie, posiadające moc niezmierną, wyrządzały światu często więcej zła niż dobra, po prostu dlatego, że były ciasne i ograniczone.

I za naszych dni widzimy wiele sekt i zrzeszeń, opanowanych przez takie same poglądy, ale zwalczających się wzajemnie za to, że te same idee żadna z nich nie chce wyrażać w taki sam sposób jak inne. Dlatego religie muszą poszerzyć się. Idee religijne muszą zostać doprowadzone do uniwersalności, bezgraniczności; dopiero wtedy religia zacznie działać w pełni, gdyż obecnie moc jej ukazuje się światu zaledwie w pierwszych słabych przejawach.

Słyszy się niekiedy, że religia zanika, że idee o duchowości znikają z oblicza ziemi. Mnie się zaś zdaje, że przemiany tak nazywane są czymś przeciwnym, że to zaczyna się dopiero prawdziwy wzrost religii. Moc religii, oczyszczonej i poszerzonej, zaczyna przenikać we wszystkie dziedziny życia ludzkiego. Dopóki religia była w ręku małych grupek elitarnych i kleru, ograniczano ją i była tylko w świątyniach, książkach, dogmatach, wyrażano ją rytuałami, ceremoniami i w ogóle w formach. Lecz kiedy dojdziemy do rzeczywistego, duchowego, uniwersalnego ujmowania religii, wtedy i dopiero wtedy religia stanie się żywą rzeczywistością, stanie się naszą naturą; będziemy wyrażali ją każdym swym gestem, ona przeniknie we wszystkie warstwy społeczeństwa i zacznie wpływać na nie uszlachetniająco z mocą nieskończenie większą niż kiedykolwiek.

Potrzebny jest nade wszystko zmysł braterstwa między wyznaniami, ponieważ one wszystkie razem albo zatryumfują, albo poniosą klęskę; zmysł braterstwa zrodzony z wzajemnego poszanowania i pomocy wzajemnej, a nie wyrażanie słów niemal łaski w tonie protekcjonalnej wyższości, tak częstym niestety u wielu obecnych działaczy. Potrzebne jest też bardzo, żeby ów zmysł braterstwa doprowadził do porozumienia między typami religijności, przyjmującymi za punkt wyjścia badania zjawisk mentalnych (one zaś, niestety, uzurpują sobie i dziś jeszcze prawo wyłączności do nazywania swego stanowiska religią), i między typami religijności, które głową sięgają coraz dalej w tajniki nieba, nogami zaś stoją mocno na ziemi (mam tu na myśli nauki o materii).

Ażeby taka harmonia zapanowała, potrzebne są ustępstwa z dwóch stron, niekiedy duże, może nawet bolesne; lecz każda ze stron poczuje się lepiej po dokonaniu takiej ofiary i posunie się bliżej ku prawdzie. Aż wreszcie poznanie, skrępowane warunkami czasu i przestrzeni, dojdzie tak daleko, że stanie przed obliczem Tego, co jest poza czasem i przestrzenią, tam dokąd nie dotrą ani rozum ni zmysły, przed Tym, z czym mamy się stopić w Jednię – przed Absolutem, Nieskończonością, Jednem bez drugiego.

Zostaw komentarz