Maja

Tadeusz Głodowski

Myśl filozoficzna Wschodu dała pojęcie najbardziej niepokojące ze wszystkich, określane jednym słowem maja (māyā).

Jest to znikomość, ale nie nicość. Cała przyroda postrzegana naszymi zmysłami, jak również jej część uchwytna tylko przyrządami stworzonymi przez człowieka – jest to maja. Nie tylko nasze ciało, lecz umysł nasz ze wszystkimi jego tworami – jest to również maja. Dopóki działamy w czasie, przestrzeni, dopóki zmuszeni jesteśmy najlogiczniej rozpatrywać wszystko według praw przyczynowości – obracamy się i krążymy w obrębie maji.

Czy wobec tego nie ma wyjścia z zaczarowanej kuli, poza której niewidzialne granice nie możemy się wydostać?

Różne stare wyznania religijne dają swoje rozwiązania, oparte najczęściej na nielogicznych twierdzeniach, których brak sensu usprawiedliwiany jest słabością rozumu, niezdolnego pojąć wyższej mądrości. Ale przecież i te dogmaty są tworami umysłów. Błędne koło zamyka się w obwód bez wyjścia.

To błędne koło obejmuje nie tylko świat fizyczny. Religie dają na pocieszenie wizje nieba, jako dziedziny wolnej od znikomości, niepodlegającej już maji. Dostanie się do „nieba” ma być zbawieniem, uwolnieniem z zaczarowanego kręgu maji. Przydaje się ta pociecha ludziom o tyle, że łagodzi lęk przed śmiercią i znacznie uspakaja (jeżeli wyznanie nie nastraszyło zbytnio swych wiernych „piekłem”). Ale wszystkie te „nieba” są niestety pułapkami – i to w dosłownym znaczeniu. A dzieje się to w taki sposób:

Świat snów jest znikomością, świat jawy „twardą” rzeczywistością. Są jednak ludzie, którzy w stanie snu dostają się w sferę rzeczywistości innej niż nasza jawa, lecz tak samo dotykalnej i twardej jak nasz. Wiedzą, że są we śnie, lecz stwierdzają też, iż istoty przebywające tam nie orientują się w znikomości owego niby-bytu i są przekonane o pełnej rzeczywistości otoczenia. I taka rzeczywistość jest mają!

Wszystko jedno, czy nazwie się to astralnym, czy inaczej – jest to świat znikomy. Wszystkie  nieba są niejako zbudowane w tym świecie. Każde wyznanie dba o trwałość swego nieba i stara się dopilnować, żeby wyznawcy w ostatniej godzinie zwrócili się wszystkimi myślami i całym najgorętszym pragnieniem ku owemu niebu; wtedy wejdą w nie i zasilą swoimi energiami ten znikomy twór! Pułapka będzie umocniona. Czy to pułapka muzułmanów, czy chrześcijan, czy mormonów czy innych. Powrót z pułapki do świata trzech wymiarów jest koniecznością. Oczywiście wyznania reklamują swoje nieba jako najwyższą i wiekuistą rzeczywistość, chociaż przy tym nadają im cechy najzupełniej ziemskie. Z wyższą rzeczywistością ma to tyle wspólnego, że w każdym wyznaniu są mistycy, którzy za życia mieli chwilę przebywania poza wymiarami naszego świata nazywając rzeczy po imieniu – weszli w stan samadhi. A jest to już wydostanie się poza względność i znikomość, poza maję. W islamie są to sufi, zaledwie tolerowani; w chrześcijaństwie – dawni niektórzy mnisi z Atos, św. Jan od Krzyża, św. Franciszek i bardzo nieliczni, którzy szczęśliwie uniknęli stosu; byli też tacy wśród kwakrów. Wyznania przypisują sobie ich zasługi, zniekształcając istotę ich doświadczeń religijnych w wersji urzędowej.

Jakiż jest więc ratunek, jaka możliwość wydostanie się poza maję? Żadne „niebo” nie jest ratunkiem, lecz przeciwnie utknięciem nawet na czas po śmierci w obrębie znikomości maji. Ale każdy człowiek ma w sobie iskierkę Bytu Rzeczywistego lub inaczej to nazywając – Światłości Boskiej i może ją w sobie rozniecić i poznać Ją swą świadomością, która wtedy dosięga i wtapia się w Świadomość Kosmiczną.

Dopóki jesteśmy w ciele, musimy podlegać maji, znikomości. Jesteśmy świadomi, że życie doczesne, pełne radości i cierpień, kończy się zawsze klęską nie do uniknięcia – śmiercią. Szukamy sposobów poprawy losu, szukamy świata bez maji, rzeczywistości innej niż to wszystko znikome, niedające się naprawić na stałe. Wiemy już od dawna, że wszelkie naprawianie tego świata jest, jak owe znane w piśmie św. Augustyna, przelewanie morza łyżeczką do kałuży. Ale wiemy też, że przed każdym jest wolna droga ku wyjściu poza maję i że droga ta wiedzie przez własne „ja” każdego człowieka. Wiemy ponadto, że każdy musi przejść tę drogę o własnych siłach, że żadna księga nie jest przepustką do Jedynej Rzeczywistości. Poznali to buddyści zen i dlatego pozbyli się kanonów. Poznali to taoiści i dlatego przyjmują konieczność wytrwania do końca życia w dziedzinie maji, a przygotowania się do wejścia w tao bez złudnego liczenia na pomoc z zewnątrz.

Jedno jest ważne: nie cała istota nasza podlega maji.

Stwierdzili to własnym doświadczeniem wielcy ryszi (ṛṣi) i mistycy wszystkich epok i krajów.

Dlaczego musimy przechodzić przez świat maji, na to nie ma odpowiedzi; możemy to tylko stwierdzić jako fakt. Ważne jednak jest, że znane jest wyjście – prawdziwe wyjście, bez wplątania się w mity takiego, czy innego „nieba”, bez tracenia czasu na nie. Droga ku Jedynej Jaźni otwarta jest dla wszystkich.

Droga jest otwarta, ale zagradzamy ją sobie sami, stawiając na niej zapory z wyobrażeń należących do świata maji. Jeżeli chcemy za życia wyjrzeć świadomością poza maję, powinniśmy usuwać wciąż te zapory. Nie jest to łatwe, bo wymaga odwagi zerwania ze wszystkimi przesądami świętości i nietykalności pojęć, odziedziczonych po wielu pokoleniach przodków. Takim pojęciem jest słowo „Bóg”, uświęcone i zbezczeszczone rzekami krwi. Jest ono tak ogólnikowe, że daje się używać jako hasło braterstwa i jako usprawiedliwienie zbrodni: Niemcy mieli na pasach żołnierskich napisy „Gott mit uns” – Bóg z nami, katolicy francuscy urządzali rzezie templariuszy, albigensów i hugonotów wołając „Bóg tak chce”. Hasło: „w imię Boga” nie utoruje nam drogi poza niedole świata maji, lecz przeciwnie – uwikła nas w nich.

Powtarzającą się tragedią Wielkich Nauczycieli było i jest robienie z nich bogów przez czcicieli; zamyka to drogę następnym pokoleniom czcicieli, którzy nie stykali się bezpośrednio z żywym prorokiem. Budda na pytanie o Boga odpowiadał milczeniem, zwalczał kult Boga osobowego; w wielu krajach Azji zrobiono z niego Boga! Zwalczający bałwochwalstwo sam stał się przedmiotem bałwochwalstwa! Na szczęście nie wszędzie; w Japonii, również w Chinach utrzymał się wśród istnego morze przeróżnych sekt buddyzm zen, wprowadzający na ścieżkę duchową z pominięciem zupełnym kultu Boga osobowego – ku Boskości Bezosobowej. Lao-Tse i Czuang-Tse w Chinach wskazali ścieżkę poza niedolę maji bez posługiwania się tym kultem, słowa Tao użyli po prostu na oznaczenie Absolutu, jednakże z zastrzeżeniem, że jest ono umownym terminem, a nie może być przedmiotem kultu.

Prorokiem naszych dni, oczyszczającym ścieżkę duchową ze wszelkich pojęć bałwochwalczych jest Krishnamurti; zamiast słowa Bóg, wywołującego tyle nieporozumień, używa – i to niezbyt często – słowa życie.

A jak jest z chrześcijaństwem? W jednej z wytępionych w IV stuleciu ewangelii (Ewangelia doskonałego życia Jezusa-Marii), rozdz. 55 wiersz 12 są słowa: „Żydzi odpowiedzieli mu mówiąc: «Nie za dobre dzieła chcemy cię ukamienować, lecz za bluźnierstwa i za to, że ty, człowiek, robisz siebie równym Bogu». Jezus odpowiedział im: «Czy powiedziałem, że jestem równy Bogu? Nie, ale jestem zjednoczony z Bogiem. Czyż nie jest w piśmie: Rzekłem, bądźcie Bogami?»”

W świetle tego wersetu całe chrześcijaństwo „urzędowe” jest oszustwem. Z proroka Jezusa, zjednoczonego z Jaźnią Nieskończoną uczyniono Boga osobowego.

U nas w Polsce, bracia polscy (arianie) zerwali śmiało  z dogmatem Trójcy jako dziwacznym tworem teologii, utrudniającym dostęp do spraw życia duchowego; niektórzy z nich ośmielili się pójść dalej i zbliżyć postać Jezusa sercom człowieczym jako wielkiego nauczyciela, którego możemy czcić i miłować, ale nie ubóstwiać. Ci jednak z Szymonem Budnym Białorusinem, jako głównym wyrazicielem kierunku „nonadorantów”, znaleźli się w mniejszości i musieli ograniczyć swą działalność do Litwy i części Białorusi (popierani, a może inspirowani przez niektórych Radziwiłłów i ród Kiszków).

Za naszych czasów dochodzą wieści o przemianie zachodzącej w aśramie Maharishiego pod Arunaćalą. Jest to już jedno ze świętych miejsc hinduizmu, może więc przewidzieć dalszy ciąg: włączenie postaci wielkiego rysziego do panteonu osnutego kultem Śiwy i obrzędowością lokalną. Dobrze się stało, że nauki Maharishiego przekazali w porę liczni pisarze europejscy, którzy mieli szczęście trafić do nauczyciela i dzięki niemu doznać przemiany duchowej, o której pozostawili świadectwo. Tylko dlatego postać Maharishiego nie przepadła dla kultury Zachodu. Z biegiem lat coraz bardziej będzie pochłaniał tę postać „kult” miejscowy, którego utrwalenie i szerzenie będzie w interesie organizacji utrzymującej aśram.

Maharishi otwierał ludziom drogę poza maję. Czynił to bezpośrednio. Każdy, kto wczyta się w pisma o nim i o jego metodzie jogi (drogi) zwanej „wićara”, może sam wejść na ścieżkę, bez uzależnienia się od kogokolwiek z ludzi. Natomiast kto włącza się w organizację, usiłując służyć sprawie życia duchowego, musi podlegać rygorom, początkowo – być może – bardzo potrzebnym do opanowania natury zwierzęcej w człowieku, lecz w dalszym ciągu mogącym pozbawiać samodzielności, jeżeli kierownik-opiekun nie będzie na wyjątkowo wysokim poziomie.

Przy szukaniu wyjścia poza ograniczenia nas przez to, co ogólnie nazywane jest mają, konieczne jest dojście do całkowitej samodzielności, odwagi i poczucia odpowiedzialności za siebie. Żadne wzywanie świętych imion, szukanie opieki, żadne sztuczki mające zepchnąć odpowiedzialność na istoty boskie – nic nie pomagają na ścieżce, lecz wprost przeciwnie – cofną i strącą. Nie można łączyć wejścia na „drogę” z podleganiem rozkazom zorganizowanej religii. O tym winni pamiętać praktykujący chrześcijanie. Prędzej czy później każda połowiczność doprowadzi do rozstajów i konieczności wyboru. Religia zorganizowana w wyznanie ma – jako pierwsze i jedyne – zadanie szerzenia pewnej określonej prawdy religijnej, która z kolei ma służyć jednostkom ludzkim jako droga wydostania się poza całą znikomość maji. Ale każde wyznanie staje się aparatem, złożonym z grupy ludzi, którzy mają już dwa zadania:

1. służenie idei podstawowej, oraz
2. dbanie o całość i moc aparatu.

Rychło to umocnienie aparatu wyznania staje się celem głównym, a idea szyldem i usprawiedliwieniem, środek staje się celem.

Jest to zjawisko po prostu powszechne – ulega mu niemal każde stowarzyszenie ludzkie; jednakże w religii ma to jeszcze stronę dodatkową; aparat sięga poza świat fizyczny i może tak się rozwinąć, że będzie miał dwie kwatery główne: w trójwymiarowym świecie widzialnym i w jego części niewidzialnej. Rzekome niebo nie jest wszak w świecie wieczności, lecz w krainie przybrzeżnej naszego świata, niewidzialnej, ale powiązanej z nami bardzo mocno. Twory wyobraźni wierzących, zasilane ich uczuciami fanatyzmu, żyją w „niebie” dopóki nie zagaśnie ta wyobraźnia i nie wyczerpią się fale energii słane przez wyznawców. „Niebo” silne, zawierające wieli ładunek energii, może działać „stamtąd” na wyznawców i pobudzać ich do działań. Powstaje twór dwubiegunowy o obwodzie zamkniętym. A wszystko to jest w obrębie maji, chodziaż założeniem było stworzenie organizacji mającej służyć wydostaniu się poza maję.

Nawiasowo warto wspomnieć, że Łunaczarski, pierwszy komisarz oświaty z ZSRR, napisał esej, w którym porównał światowy ruch rewolucyjny pod jednym względem z wielkimi wyznaniami: i tu, i tam są męczennicy i święci, ojcowie kościoła i przywódcy, niebo pełnie zasłużonych, o których pamięć daje natchnienie i wytrwałość, co więcej – moc wiary aż do ofiarowania siebie.

Zorientowanie się w maji jest trudne, gdyż wszystkie nasze twory wyobraźni są w jej zaczarowanym kole. Cierpienia nie skończą się przez wcielenie w życie naszych własnych pomysłów. Żeby znaleźć wyjście, musimy – spełniając wszystkie swe obowiązki w tym świecie – zwrócić się poza maję, odsuwając odpowiedzi, dawane przez naszą troistość – ciało, emocje i myślenie, bo nie wiedzą one o Prawdzie Jedynej Rzeczywistości. Prawda jest najzupełniej inna niż mogłaby nam podpowiedzieć wyobraźnia. Z góry da się powiedzieć jedno: Prawda daje pewność i szczęście.

Kiedy ludzie dorastają do śmiałego poszukiwania Prawdy, zbędne im są stare formy kultów. Dawne aparaty kruszeją i nie podtrzymywane rozsypują się. Jedno ze złudzeń maji odpada od ludzi.

Żal jest ludziom opuścić mury świątyń, bo łudzą się, że jednak w nich znajdą Prawdę. Ostrzega przed tym Krishnamurti:

„Myślicie o Prawdzie jako o czymś skończonym, statycznym, zamkniętym w sobie. Ale mogę was zapewnić, iż tym ona nie jest. Odwrotnie, to co jest wiecznie żywe, nie może być zakończone… życie wasze jest nieustanną walką dostosowywania się do rzeczy nieistotnej, do określonego pojęcia, jakie macie o Prawdzie” (Ku wyzwoleniu, str. 110).

Wiwekananda twierdził: „Nie było nigdy religii teologicznej. Religia jest zawsze sprawą doświadczenia”.

Nie ma jednak recepty na wydostanie się poza więzy maji. Wynajdywanie nowych sformułowań, złożonych z najnowszych pojęć nie posunie nas ani o krok naprzód dalej niż uczestniczenie w starych obrzędach, te zaś mają wartość o tyle, o ile rozbudzą w nas uczucie czci, ale to jest zawsze wstęp, tylko wstęp. Do praktyk naprawdę religijnych niepotrzebna jest wiara w cokolwiek, wyruszamy w nich samotnie na odkrywanie nieznanych krain; droga zaczyna się w każdym człowieku i wiedzie przez „Ja”. Jest to droga i jedyny sposób wymknięcia się złudzeniom maji. Wszystkie kulty Boga osobowego są zaporami na tej drodze. Pomaga tylko idea Boga, albo mówiąc nieco inaczej dla odróżnienia – Boskości Bezosobowej. Że jest to zwalczane, nie można się dziwić, ponieważ – jak mówi Wiwekananda: „Idea Boga Bezosobowego jest pod jednym względem destrukcyjna: pozbawia świątynie, kapłanów i kościoły całej ich klienteli”.

Wśród miliardów ludności naszego globu są kroplą w morzu dążący śmiało ku poznaniu prawdy bez uwikłania się w bałwochwalstwo świętych postaci lub świętych ksiąg. Przybywa jednak wciąż pielgrzymów ku Prawdzie. Wschód ma stare tradycje: buddyzm zen w Japonii istnieje od początków ósmego stulecia, tao w Chinach jest podobnie stare. Co było dawniej w Europie, z tego niewiele pozostało śladów, wyniszczyły to ogniem i mieczem prześladowania. Godne uwagi są praktyki kwakrów – zbiorowe medytacje w milczeniu. I w tym gubiono niekiedy wątek, ale zjawiali się mistycy, którzy z własnego objawienia poznawali, o co w tych medytacjach chodzi.

O ile jesteśmy teraz szczęśliwsi od przodków sprzed trzystu, a choćby i stu lat: wiemy o ich wysiłkach, staraniach, niepowodzeniach, a niekiedy o niespodziewanym nagle osiągnięciu, znamy też już dojście do początku ścieżki, wiemy że trzeba omijać fałszywe hasła, możemy też korzystać nie z nakazów, lecz ze słów ostrzeżeń, chociażby tych, jakimi darzą przyjaciele tacy jak Wiwekananda, Krishnamurti, Maharishi i inni. Mamy ułatwioną drogę wyjścia poza maję.

Wiemy dzisiaj, że nie tylko przyroda jest mają, lecz także są nią wszystkie twory ludzkiej działalności, z wyznaniami włącznie. Konserwatyzm wyznań, ich wstecznictwo polityczne i społeczne odpycha od nich jednostki poszukujące bezpośredniej ścieżki ku życiu naprawdę duchowemu, w całkowitej wolności sumienia. Stare przesądy, kultywowane przez wyznania, jak np. wiara w piekło, wypalają się w ogniu zdarzeń takich jak wielkie wojny; wtedy już nie jednostki, lecz masy nie przejmują się tymi straszakami, mającymi dla aparatu władzy wyznaniowej znaczenie środka policyjnego. Po pierwszej wojnie światowej słyszało się często ludzi, którzy przeżyli piekło ziemskie frontów, mówiących z najgłębszym przekonaniem: „Wiemy przecież, że piekło jest na ziemi”. Po drugiej wojnie, po masowym ludobójstwie i upodleniu siepaczy, po obozach i krematoriach, nawet baby spod kościołów wiedzą, gdzie jest „piekło”. Pewna staruszka porządkująca cmentarz w Łęczycy, skarciła eleganckiego pana, mówiącego o piekle, drwiną: „Eee, panie Mądry, bo to kto jeszcze może wierzyć w piekło?”. Najcięższa tępota musi ustępować przed falą życia, niosącą śmielsze, dociekliwe spojrzenie na świat.

Ale wizje „nieba” są trwalsze. Akcje nieba notowane są wysoko i dają miliardowe dochody. Piekło zbankrutowało, ale firma obiecująca żywot wieczny bardzo cielesny prosperuje nadal. Są to właściwie różne firmy, zwalczające się ostro, różnią się zaś prospektami, ukazującymi podobne krainy wiecznego rajskiego odpoczywania. O bilety do nieba ubiegają się, ale zazwyczaj dopiero w ostatniej chwili przed zapadnięciem kurtyny życia, nawet ateiści, afiszujący przedtem swą niewiarę.

(Byłem świadkiem zwrócenia się pracowników szpitala do rodziny ciężko chorego bezwyznaniowca, czy nie trzeba sprowadzić księdza; na pytanie dlaczego proponują coś podobnego, odpowiedzieli, że w takich chwilach każdy najczęściej szuka pociechy).

Wiara w takie czy inne niebo wiąże człowieka z naszym światem, z mają i zatrzymuje w błędnym kołowrocie. Żeby wyzwolić się potrzebne jest co innego: nie „wiara”, lecz przekonanie się doświadczalne, czym jest życie. chodzi o to, żeby odpadł od nas paraliżujący lęk przed śmiercią jako rzekomym unicestwieniem. Jest to najzupełniej możliwe! Każdy może przekonać się, że świadomość nasza trwa po stopieniu się w Jednię z Duszą wszechświata, lecz wtedy jest już Ogromem, a nie maleńką osobowością.

Ezoteryzm prawdziwy, pozawyznaniowy, wskazuje początek drogi ku osiągnięciu tego stanu wolności.

Zostaw komentarz