Rozdział VI – Dhjana i samadhi

Swami Wiwekananda – Radźa-joga

Dokonaliśmy pobieżnego przeglądu różnych stopni radźa-jogi, z wyjątkiem najsubtelniejszych, mianowicie praktyki koncentracji, w którą wprowadza nas praktyka radźa-jogi.

Jako istoty ludzkie stwierdzamy, że całe nasze poznanie rozumowe opiera się na świadomości. Świadome ujmowanie obecności waszej i tego stołu przekonuje mnie, że i stół, i wy istniejecie tutaj. Jednakże istnienie dużej części mej własnej istoty fizycznej wymyka się mojej świadomości; wszystkie narządy wewnętrzne mego ciała, wszystkie tak zróżnicowane części mego mózgu działają poza zasięgiem mej świadomości.

Kiedy posilam się, czynię to świadomie, ale kiedy organizm mój trawi, odbywa się to bez udziału mej świadomości. Wchłanianie cząstek pokarmu przez krew odbywa się poza zasięgiem naszej świadomości, tak samo dzieje się przy zasilaniu przez krew wszystkich części naszego ciała. A przecież to ja sam czynię to wszystko, nie może być dwudziestu osób w jednym ciele. Skąd wiem, że to ja sam działam, a nie jakaś inna istota? Można by przypuszczać, że moja rola ogranicza się do spożywania i przyswajania pokarmów, a ktoś inny trudni się pokrzepianiem mego ciała tymi pokarmami. Jest to jednak niemożliwością, ponieważ można udowodnić doświadczalnie, że niemal każdy akt z tego, co dzieje się poza naszą świadomością, może być objęty polem naszej świadomości. Serce bije na pozór zupełnie niezależnie od naszej woli; nikt z nas nie może kierować naszym sercem – ono bije, jak chce. Ale znane są ćwiczenia, których praktykowanie umożliwia takie opanowanie serca, że będzie biło według naszej woli – prędzej, wolniej, bardzo powoli, aż niemal przestanie bić. Można zawładnąć tak niemal wszystkimi narządami ciała. Czego to dowodzi? Że czynności pozaświadome są również wykonywane przez nas, lecz że spełniamy je nieświadomie.

Otóż mamy dwa plany działalności umysłu ludzkiego. Najpierw plan ogarnięty świadomością; wszelkim działaniom na tym planie towarzyszy poczucie ego – osobowości, a więc egoizmu. Część pracy myślowej, której nie towarzyszy to poczucie egoizmu, przebiega jako działanie nieświadome. Ta praca nieświadoma u zwierząt niższych nazywana jest instynktem. U zwierząt wyższych i u człowieka, który jest najwyżej rozwinięty ze wszystkich, przeważa to, co się nazywa działaniem świadomym.

Ale to nie jest wszystko. Istnieje wyższa sfera, na którą umysł może działać. Umysł może sięgnąć dalej, poza pole świadomości osobowej[8]. Podobnie jak istnieje działanie nieświadome w sferze niższej od objętej świadomością, tak samo są działania odbywające się powyżej sfery świadomości i tym również nie towarzyszy poczucie egoizmu – osobowości. Poczucie związane jest tylko ze sferą środkową. Kiedy znajdziemy się poza tą sferą – wyżej czy niżej – znika nasze poczucie odrębności „ja”, jednak umysł działa nadal. Kiedy umysł wydostanie się poza granice działalności osobowej, stanowi takiemu nadajemy nazwę samadhi albo ponadświadomości.

Skąd wiemy, że w stanie samadhi nie schodzi się poniżej świadomości, że nie spadamy w degenerację, zamiast wznoszenia się? W obu przypadkach działaniu nie towarzyszy egoizm. Odpowiedź na to pytanie dają wyniki, skutki działań, według których można odróżnić to, co jest niższe, od tego, co jest wyższe. Po zapadnięciu w głęboki sen człowiek przechodzi na plan poniżej świadomości; wprawia wtedy nadal w działanie swe ciało – ono oddycha, porusza się, może nawet chodzić we śnie, ale nie towarzyszy temu poczucie osobowości; człowiek jest wtedy bez świadomości (na planie fizycznym), a kiedy wynurzy się ze snu, staje się taki sam, jakim był przedtem. Całość świadomości, którą człowiek posiadał przed zaśnięciem, pozostaje bez zmian – nie wzbogaciła się niczym; człowiek nie doznaje wcale oświecenia. Jeżeli natomiast człowiek wejdzie w stan samadhi, wówczas – chociażby był prostakiem – powraca z tego stanu jako mędrzec.

Na czym polega różnica? Pierwszy z tych stanów nie zmienia w niczym człowieka; z drugiego człowiek wynurza się jako prześwietlony – staje się mędrcem, prorokiem, świętym; cała natura człowieka jest przemieniona, życie jego jest przekształcone, przeniknięte światłością. Oto dwa różne wyniki.

Kiedy skutki są różne, to znaczy, że i przyczyny były niejednakowe. Wobec tego, że stan prześwietlenia, w jakim człowiek powraca ze stanu samadhi, jest o wiele wyższy nie tylko od tego, co mógłby dać stan świadomości, lecz także od tego, co mogą dać rozumowania w stanie świadomości, musi to być stan wyższy, toteż samadhi nazywana jest stanem nadświadomości.

Oto kilka uwag o samadhi. Jakie jest jego zastosowanie? Po pierwsze, dziedzina rozumu, czyli świadomego funkcjonowania umysłu jest dość ciasno ograniczona. Umysł może poruszać się tylko w obrębie małego obwodu, bez nadziei na przekroczenie jego granic. Wszelkie próby wydostania się są nadaremne, a wszak dopiero na zewnątrz, poza tym kręgiem rozumu, znajduje się wszystko, co jest najdroższe ludzkości. Wielkie zagadnienia, takie jak nieśmiertelność duszy, istnienie Boga, inteligencji najwyższej, kierującej wszechświatem – wszystko to jest poza zasięgiem rozumu. Rozum nigdy ich nie rozwiąże. Cóż on mówi? Oświadcza: „Jestem agnostykiem – nie mogę rzec ani tak, ani nie”. Ale mimo to, pytania te są dla nas niezmiernie ważne. Jeżeli nie znaleźlibyśmy na nie wcale odpowiedzi zaspokajającej, życie ludzkie byłoby pozbawione racji istnienia. Wszystkie nasze teorie etyczne, wszelkie koncepcje moralne, wszelka dobroć i wielkość w naturze ludzkiej – wszystko to czerpie siły z odpowiedzi, napływającej spoza obwodu koła. Jest więc niezmiernie ważne, abyśmy mieli odpowiedzi na te pytania.

Jeżeli życie jest tylko krótką grą, a wszechświat tylko zmiennym układem atomów, to po cóż staramy się być dobrymi dla bliźnich? Po co współczucie, sprawiedliwość, miłosierdzie? Najlepiej w takim razie byłoby kuć żelazo póki jest gorące – każdy dla siebie. Jeżeli nadzieja jest w pustym słowie, po co miłuję brata, zamiast poderżnąć mu gardło? Jeżeli nie ma niczego tam na zewnątrz, jeżeli nie ma wyzwolenia, a są tylko prawa surowe i martwe, należałoby po prostu starać się tu tylko o zadowolenie i dobrobyt dla siebie.

Są w naszych czasach ludzie, którzy twierdzą, że przyjmują rację utylitaryzmu, korzyści materialnych jako fundamentu moralności. Ale jaka jest podstawa moralności? Starać się o największe dobro dla największej liczby ludzi. Dlaczego mam postępować według tej zasady? Dlaczego nie miałbym jak najwięcej szkodzić największej liczbie ludzi, jeżeli mi to dogadza? Cóż odpowiedzą utylitaryści? Czuję w sobie potrzebę, pragnienie wyświadczenia ludziom dobra i zaspokajam to pragnienie, bo taka jest moja natura; nie wiem nic więcej. Mam takie pragnienie i powinienem je zaspokajać; dlaczego nie chcecie tego po prostu uznać i usiłujecie to skomplikować? Skąd pochodzą wszystkie prawdy o życiu człowieka, o moralności, duszy nieśmiertelnej, Bogu, miłości, współczuciu, dobroci i – nade wszystko – o altruizmie?

Cała etyka, cała działalność ludzka, wszystkie myśli człowieka – opierają się na tej jedynej idei altruizmu; cała najistotniejsza treść życia ludzkiego może być zawarta w tym jednym słowie: altruizm. Dlaczego jesteśmy altruistami? Skąd czerpię potrzebę, siłę, wytrwałość do tego, aby być altruistą? Mówicie, że jesteśmy racjonalistami, utylitarystami; jeżeli jednak nie wskażecie mi racji tego utylitaryzmu, powiem, że wasza postawa jest irracjonalna. Wskażcie mi, dlaczego nie powinienem być egoistą? Żądajcie od kogo chcecie, aby nie był egoistą, bo to będzie bardzo poetyczne; ale poezja niczego nie udowodni. Dajcie uzasadnienie: dlaczego powinienem być altruistą, dlaczego powinienem być dobrym. Fakt, że takie poglądy głoszą pan ów czy tamten, nie ma znaczenia. Na co mi się zda być altruistą? Jeżeli korzyścią nazywa się największą ilość dobroci, dla mnie najkorzystniejsze jest być egoistą. Jaka jest odpowiedź? Utylitarysta nie da jej nam nigdy.

Odpowiedź brzmi: Świat nasz jest kroplą w nieskończonym oceanie, ogniwem w łańcuchu nieskończoności.

Gdzie znaleźli ideę altruizmu ci, którzy ją głosili i nauczali o niej ludzkość? Wiemy, że źródłem jej nie jest instynkt; zwierzęta obdarzone instynktem jej nie znają. Nie pochodzi też od rozumu, bo rozumowi obce są te idee. A więc – skąd one pochodzą?

Dzieje uczą nas, że wszystkich wielkich nauczycieli religii, jakich kiedykolwiek świat poznał, łączy jedno: wszyscy oni twierdzą, ż otrzymali prawdy głoszone stamtąd, spoza naszej sfery; chociaż wielu z nich nie wiedziało, skąd te prawdy pochodzą. Na przykład jeden z nich mówi, że zstąpił ku niemu anioł w postaci ludzkiej ze skrzydłami i rzekł: Słuchaj człowiecze, oto posłannictwo! Inny mówi, że ukazała mu się postać świetlista – dewa. Trzeciego nawiedził w wizji jeden z przodków, aby odsłonić mu prawdy, których nie znał. Wszyscy oni twierdzą, że otrzymali te prawdy z zewnątrz, a nie przez dociekania rozumowe.

Co o tym mówi nauka jogi? Że wszyscy oni mają rację utrzymując, że poznanie prawa zstąpiło ku nim spoza rozumowania, ale że w rzeczywistości wyłoniło się ono z ich własnego wnętrza.

Jogin poucza, że umysł zdolny jest wejść w stan bytu wyższego, ponad rozumem, w stan nadświadomości, i że – kiedy umysł znajdzie się w sferze wyższej – człowiek osiąga poznanie pozarozumowe. Człowiek taki poznaje dziedzinę metafizyki i transcendencji.

Możliwe jest zdarzenie, że człowiek nie znający tej nauki dostaje się w ów stan, w którym wychyla się poza rozum, ponad zwykłą naturę ludzką; kiedy to się zdarza, człowiek mający takie przeżycia, wyjaśnia je sobie zazwyczaj interwencją z zewnątrz. Oto dlaczego natchnienia albo poznania transcendentne, chociaż są jednakowo w różnych krajach, będą wyjaśniane w jednych jako pochodzące od anioła, w innych jako dar dewów, w jeszcze innych jako dar boski. Cóż to znaczy? Znaczy to, że umysł wytworzył takie poznanie według możliwości własnej natury i że to, co się odkrywa przez takie poznanie, jest objaśniane odpowiednio do wiary i wykształcenia człowieka, który zaznał takiego przeżycia. Prawda polega na tym, że wszyscy ci różni ludzie – rzec można – popadali przypadkowo w stan nieświadomości.

Jogin twierdzi, że takie zdarzenie, jeżeli jest przypadkowe, może zagrażać poważnym niebezpieczeństwem. W wielu wypadkach możliwa jest utrata równowagi umysłowej. Zdarzenia pouczają, że z reguły każdy człowiek, choćby był najuważniejszy, jeżeli wejdzie w ów stan nadświadomości nie rozumiejąc go, będzie posuwał się w ciemnościach po omacku i zaćmi swe poznanie domieszką najdziwaczniejszych przesądów. Ludzie tacy wystawieni są na halucynacje. Mahomet opowiadał, jak to ukazał mu się w grocie anioł Gabriel, wziął go na rumaka niebiańskiego imieniem Harak i uniósł do nieba.

Czytajcie Koran, a znajdziecie w nim najwspanialsze prawdy pomieszane z przesądami. Czym to da się objaśnić? Mahomet był bez wątpienia człowiekiem natchnionym, ale dostąpił do tego natchnienia w pewnym stopniu przypadkowo. On nie przeszedł szkoły jogi, toteż nie wiedział, co czyni. Pomyślcie o sumie dobrego, które dał światu Mahomet i o wielkich nieszczęściach, jakie sprowadził jego fanatyzm. Pomyślcie o milionach ludzi, zmasakrowanych dla wymuszenia posłuszeństwa jego przykazaniom, o matkach, którym porywano dzieci, o sierotach z winy islamu, o całych krainach spustoszonych i milionach, wielu milionach ludzi pomordowanych.

Poznajemy to niebezpieczeństwo, kiedy czytamy żywoty wielkich nauczycieli, takich jak Mahomet i inni jeszcze. Widzimy, że jednak i oni wszyscy byli natchnieni. Za każdym razem, kiedy prorok przenika w dziedzinę nadświadomości, potęgując i wznosząc swą naturę emocjonalną, wynosi z niej nie tylko pewne prawdy, lecz także pewną dozę fanatyzmu i przesądów, które wyrządzają światu tyle złego, ile dobra sprowadziłoby błogosławieństwo nauki.

Ażeby rozeznać się w tej stercie absurdów, którą nazywamy życiem ludzkim, potrzebne nam jest wydostanie się ponad nasz rozum, ale powinniśmy uczynić to naukowo, powoli, przez systematyczne ćwiczenie się, odrzucając przy tym wszelkie przesądy. Powinniśmy przystąpić do studiowania stanu nadświadomości tak, jak się studiuje każdą inną gałąź wiedzy. Trzeba zbudować podstawę na rozumie, iść za nim, dopóki może nas prowadzić; a tam gdzie okaże się bezsilny, tam wskaże nam jeszcze ścieżkę, która nas wywiedzie w sferę najwyższą.

Kiedy słyszycie kogoś mówiącego: „jestem natchniony” i mówiącego potem nonsensy, nie słuchajcie go. Dlaczego? Dlatego że trzy stany: instynkt, rozum i nadświadomość – albo: nieświadome, świadome i ponadświadome – należą do tego samego umysłu. Nie ma trzech różnych umysłów w jednym człowieku, to tylko jeden stan rozwija się, przemienia się i staje się stanem następnym. Instynkt przemienia się w rozum, a rozum w świadomość transcendentną; żaden z tych stanów nie przeczy innym. Prawdziwe natchnienie nie przeczy rozumowi, lecz urzeczywistnia jego wytyczne. Wszyscy wielcy prorocy mówili: „Przyszedłem nie po to, żeby burzyć, lecz żeby wypełnić” (Mat. 5,17). Tak samo natchnienie zawsze urzeczywistnia wskazania rozumu i jest z nim w zgodzie.

Wszystkie tak odmienne stopnie jogi mają na celu doprowadzenie nas naukowo do stanu nadświadomości, czyli samadhi. Przy tym ważne jest przyjęcie do wiadomości, że natchnienie jest właściwością natury każdego człowieka, a nie wyłącznie proroków w starożytności. Tamci prorocy nie byli wcale wyjątkowymi istotami; byli ludźmi takimi, jak wy i ja, ale byli wielkimi joginami. Doszli do nadświadomości; i wy, i ja możemy również to osiągnąć. Nie byli ludźmi różniącymi się od innych. Fakt, że ktoś osiągnął ten stan jest dowodem, że każdy człowiek może się na to zdobyć. Jest to nie tylko możliwe, lecz także potrzebne, aby każdy człowiek doszedł kiedyś do tego stanu; i to jest właśnie religia.

Jedynym naszym nauczycielem jest doświadczenie. Możemy pięknie przemawiać i rozprawiać przez całe życie, ale nie zrozumiemy jednego słowa prawdy, dopóki jej nie doświadczymy osobiście. Nie uczynimy z nikogo chirurga, dawszy mu do rąk kilka książek. Nie zaspokoicie mej ciekawości, ukazując mi mapę kraju, który chciałbym poznać; potrzebne mi jest dostanie się tam osobiście i zetknięcie się bezpośrednie. Mapy tylko zaostrzą moje pragnienie poznania bliższego, precz z nimi – są zupełnie bez wartości.

Kurczowe trzymanie się ksiąg doprowadza umysł ludzki do zwyrodnienia. Czyż było kiedykolwiek gorsze bluźnierstwo nad powiedzenie, że wszystko, co człowiek może wiedzieć o Bogu jest zawarte w takiej to a takiej księdze? Jakże się człowiek ośmiela mówić tak o Bogu, że jest nieskończony, a jednocześnie usiłuje zamknąć Go na stronach małej książeczki? Zamordowano miliony ludzi za to, że nie wierzyli temu, co mówią księgi, za to, że wzbraniali się uznać, iż cała prawda o Bogu mieści się na kartach jednej książki. Z pewnością te masakry i rzezie należą do przeszłości, ale świat jest nadal straszliwie spętany więzami wiary w księgi.

Ażeby dotrzeć w sposób naukowy do stanu nadświadomości, niezbędne jest przejście przez różne stopnie radźa-jogi, które tu opisuję.

Po ćwiczeniu się w stopniach pratjahary i dharany przystępujemy do dhjany (dhyānā), czyli medytacji. Kiedy umysł nauczył się już zatrzymywania się na jednym punkcie zewnętrznym lub wewnętrznym, nabywa zdolności napływania ku temu punktowi w swoisty sposób falą ciągłą. Ten stan nazywa się dhjaną. Kiedy spotęguje się moc dhjany aż do zdolności odrzucania wrażeń nadchodzących z zewnątrz i skupienia się w medytacji wyłącznie na części wewnętrznej, stan taki nazywa się samadhi. Wszystkie trzy stany razem – dharana, dhjana i samadhi nazywane są samjamą (saṁyama). Czyli – jeżeli uwaga umysłu może skupić się najpierw na jednym przedmiocie, następnie trwać w takiej koncentracji przez pewien czas, potem – przy przedłużaniu skupienia – zachować w polu świadomości tylko stronę wewnętrzną aktu postrzegania, którego treścią był dany przedmiot, wówczas wszystko jest osiągnięte.

Stan medytacji jest najwyższym stanem bytu. Pragnienie samo nie sprowadzi i nie da nam prawdziwej szczęśliwości. Tylko obserwowanie przedmiotów kontemplacyjne, w roli widza, daje prawdziwą radość i prawdziwe szczęście. Zwierzęta czują się uszczęśliwione przez zmysły, człowiek przez intelekt, bogowie przez kontemplację duchową. Wspaniałość świata dostępna jest w pełni tylko duszy, która osiągnie stan kontemplacji. Temu, kto niczego dla siebie nie pragnie i nie wtrąca się, ciągłe przemiany zachodzące w przyrodzie ukazują olbrzymie widowisko, cudowne i subtelne. Należy to zdobyć w dhjanie, czyli w medytacji.

Słyszymy dźwięk. Najpierw są to wibracje na zewnątrz, potem działanie nerwów, które donoszą o tym umysłowi, wreszcie reakcje umysłu. Przy reakcji zjawia się błyskawicznie rozpoznanie przedmiotu, który był źródłem dźwięku i szeregu przemian kolejnych, od fal zewnętrznych, aż do reakcji myślowych. Jest to przebieg, którego ogniwa nazywane są w jodze śābda (dźwięk), artha (zmysły) i jñāna (poznanie). Według słownictwa fizjologii nazywa się to falami dźwięku, akcją tkanki nerwów i mózgu oraz reakcją myślową.

Otóż te trzy zjawiska, chociaż odmienne, są tak splątane ze sobą, że już nie można ich rozróżnić. W praktyce nie umiemy postrzegać ich oddzielnie, tylko wynik ogólny, i mówimy, że rozpoznajemy przedmiot zewnętrzny. Ale każdy akt postrzegania składa się z trzech faz i nic nie powinno nam przeszkodzić w nauczeniu się ich rozróżniania.

Kiedy już umysł okrzepnie po ćwiczeniach wstępnych i nabędzie umiejętności postrzegania subtelniejszego, można go użyć do medytacji. Treścią medytacji powinny być najpierw przedmioty materialne, potem stopniowo należy wprowadzać do medytacji przedmioty coraz subtelniejsze, aż nauczymy się obywać bez ujmowania świadomością jakichkolwiek przedmiotów. Należy zająć umysł najpierw postrzeganiem zewnętrznych przyczyn wrażeń, potem przebiegiem wewnętrznych wrażeń, wreszcie własnym reagowaniem umysłu. Kiedy umysł nauczy się postrzegać oddzielne źródła bodźców w świecie zewnętrznym, nabędzie zdolności postrzegania wszystkich subtelnych istnień materialnych, wszelkich ciał i form subtelnych. Kiedy nauczy się postrzegania oddzielnie przebiegów zjawisk wewnętrznych, zacznie władać wszystkimi falami myśli – w sobie i u innych – nawet zanim się przemienią w energię fizyczną.

Kiedy jogin będzie umiał postrzegać oddzielnie reagowanie mentalne, na tym stopniu osiągnie poznanie wszystkiego, ponieważ wszystkie przedmioty, dostępne zmysłom, i wszystkie myśli są wynikami tych reakcji. Wtedy sięgnie poznaniem aż do najgłębszego źródła własnego umysłu i stanie się jego władcą doskonałym.

Władanie różnymi mocami przypadnie w udziale joginowi, lecz biada mu, jeżeli skusi go powab którejkolwiek: wrota ku dalszej ścieżce rozwoju zatrzasną się przed nim. Takie są skutki nieszczęsne żądzy władzy. Jeżeli jednak będzie dość silny i nie da się usidlić tym mocom cudownym, osiągnie cel jogi: uciszenie całkowite wszystkich fal na oceanie umysłu. Wtedy dopiero gloria duszy, nie zaćmiona niepokojami umysłu ani lękami ciała, rozbłyśnie w całej swej chwale. A jogin pozna samego siebie, takiego, jakim jest w istocie swej, jakim był zawsze – jądro poznania, kamień mądrości, nieśmiertelny, przenikający wszystko.

Samadhi jest dostępne każdej istocie ludzkiej, a nawet każdemu zwierzęciu. Od najniższego zwierzęcia, aż do najwyższego anioła – każdy będzie musiał kiedyś dojść do tego stanu. Dopiero wtedy i tylko wtedy zacznie się dla takiej istoty prawdziwa religia. Aż do tego dnia czekają nas tylko wysiłki, aby to osiągnąć. Dopóki tego nie osiągniemy, nie różnimy się od ludzi nie znających religii, bo nie mamy jeszcze doświadczenia.

Do czegóż służy koncentracja, jak nie do otworzenia nam drogi do tych doświadczeń? Każdy ze stopni, które musimy przejść, aby dotrzeć do samadhi jest zbadany, uprzystępniony i naukowo objaśniony. Jeżeli będziemy postępowali wiernie, doprowadzą one nas do pożądanego celu.

A wtedy –
wszystkie smutki rozwieją się, wszystkie cierpienia znikną –
zbierzemy żniwo z posiewu i dusza uzyska wolność na wieki.


[8] Jest w tym sprzeczność wynikająca ze słownictwa użytego przez autora. Słowo „umysł” oznacza tu „świadomość”; natomiast pojęcie „umysł” autor określa słowem „rozum”.

Zostaw komentarz