List do Kazimierza Tokarskiego

Tadeusz Głodowski

List do Kazimierza Tokarskiego w Krakowie,
jako rozważania na tle jego listu do nas (maj 1975 r.)

Posłużę się obrazowym porównaniem.

Nenufar wyrasta z ciemności mulistego dna, długim pędem łodygi przebija się przez męty ku górze, na powierzchni wody rozwija się w nieskalanie biały wielopłatkowy kwiat i zwraca się nim ku słońcu. Wnętrze kwiatu i płatki są niespodzianką, przeciwieństwem dolnej części rośliny, wyrosłej z błota. Można by je uznać za cudowne zjawisko, godne długiego trwania; tak są piękne, inne niż wszystko dokoła. Ale wkrótce zwiędną, odpadną i zginą, są wszak cząstkami przemijającego ciała. Zostanie w nas po nich ślad zachwytu – echo z innego świata.

 I nasze najwspanialsze osiągnięcia odpadną, nie staną się nieśmiertelne. Zasmuca to, dopóki pragnie się utrwalić na zawsze osobowość, która je ujawniła i wzbogaciła się nimi.

Co jest celem życia nenufara? Nauka mówi o przedłużaniu istnienia gatunku – zarówno roślin, jak zwierząt, a łącznie z nimi człowieka. Ale co jest celem istnienia „gatunków”?

Nauka odrzuca samo pojęcie „celu” i nie odpowiada na pytanie; słusznie, bo jest to już inna dziedzina. Jednakże i poza biologią, w sferze życia duchowego nie ma odpowiedzi na pytanie „po co istnieje całe przejawienie?”

Mogą nam imponować wielkie osiągnięcia twórcze wybitnych jednostek w dziedzinie artystycznej i naukowej, czy nawet moralne przezwyciężanie własnego egoizmu, ale są one zawsze szczeblami, a nie najwyższymi osiągnięciami. Szczyt jest już poza oddzielną osobowością.

Jedynym rodzajem czynów, wyzwalającym człowieka z mroków oddzielności, a więc egoizmu, są czyny całkowicie bezinteresowne, wyżej zaś ponad nie – każdy odruch poświęcenia pod działaniem bodźca umiłowania istot w innych ciałach jako „innych moich ja”. Tylko miłość coraz szersza wiedzie ku nieśmiertelności. Ale ta nieśmiertelność jest już w nas – i we wszystkim, co żyje (według niektórych szkół buddyzmu również i w minerałach).

Według wedanty nie zdobywa się jej jako czegoś poza nami, lecz odkrywa się ją w sobie; a staje się to, kiedy życie wszystkich istot odczujemy i poznamy z niewzruszoną pewnością jako tożsame z naszym życiem. Wśród wszystkich mitów świata to jedno nie jest mitem, lecz Prawdą rzeczywistości jedynej – Bytu Podmiotowego. Wiemy o tym z doświadczeń wielkich duchowo jednostek we wszystkich epokach. Wszyscy do tego musimy kiedyś dojść, droga jest otwarta.

Czy jednostki przeciętne doskonalą się w skali tak masowej, że można to nazwać procesem dziejowym coraz większej indywidualizacji? Brak na to dowodów. Znane są chwile jaśniejsze w dziejach, ale są też ciemne okresy cofania się. Za życia naszego pokolenia w obozach zagłady doprowadzano nędzą i głodem do ludożerstwa. Jednocześnie żyją obok siebie i korzystają z tej samej techniki zarówno jaskiniowcy, zaczynający bytowanie w ciałach ludzkich, jak i wyzbyci już w znacznej mierze egoizmu, mający za sobą okres chciwego narastania osobowości; ci wiedzą już, albo co najmniej przeczuwają, że „indywidualizacja” nie posłuży im do dalszych przemian, do przeskoczenia wprost w nieśmiertelność. Mrowie ludności Ziemi, a z nią również tępione tak zawzięcie zwierzęta – jest to po prostu szkoła, którą trzeba przebyć po drodze ku innym formom bytowania. Kończący tę szkołę nie chodzą już do niej, toteż nie mogą swą obecnością podwyższać jej ogólnego poziomu. W szkole zawsze są lepsi, gorsi i maruderzy. Raju na Ziemi nie urządzimy. A sekty zapowiadające „powrót Chrystusa” i zaprowadzenie właśnie tu, na Ziemi królestwa bożego w świecie materialnym, są zazwyczaj dywersyjnymi mafiami, mającymi swe cele polityczne, usiłującymi też zawracać naiwnych z drogi życia duchowego.

Ludziom Zachodu bardzo przeszkadza odwrotne niż na Wschodzie wyobrażanie sobie natury człowieka oraz istoty duchowości. Osobowość, żywcem doznająca wniebowstąpienia, ciąży nie tylko nad sumieniami wyznawców chrześcijaństwa, lecz również bezwyznaniowców, szczerze dążących do wolności sumienia. Jedni i drudzy uznają osobowość za końcową fazę istnienia, chrześcijanie jako utrwaloną na wieki w niebie, bezwyznaniowcy bez takiego finału (toteż chętnie poszukują dodatkowych hipotez).

Lęk przed utratą bałwochwalczo uwielbianej osobowości rzuca cień niechęci na wiadomości o Jodze, która nie uznaje takiego bałwochwalstwa. Nieporozumienie zaczyna się od określenia, że „Joga dąży do odrzucenia osobowości”. Jest inaczej –Joga dąży do odrzucenia nie osobowości, lecz przeszkód, oddzielających ją od innych osobowości i od pełni życia. Kiedy joginowi się to udaje, otwiera się przed nim droga ku zjednoczeniu z całością Bytu, nazywając rzecz popularnie – z Bogiem.

Chrześcijanin, przesiąknięty tradycją, boi się potępienia wiecznego, szuka ratunku w odpuszczeniu grzechów, pociesza się nadzieją na łaskę Boga, pasożytuje na zasługach Chrystusa i wierzy w swe zbawienie pomimo przekonania, że jest z natury grzeszny i zły, bo od początku ciąży na nim grzech pierworodny. Stara się więc wzbogacić swą osobowość w zasługi, bez których pozostałby grzesznikiem beznadziejnym … Wartości duchowe są dla niego czymś spływającym na duszę z zewnątrz za zasługi.

Wschód inaczej widzi wędrówkę duszy ludzkiej przez przejawienie. Jest w niej zawarta „iskra boża” od samego prapoczątku (przeciwieństwo „grzechu pierworodnego”), a całe dzieje przez niezliczone wcielenia są rozwojem równoznacznym z rozbieraniem się z pancerzy i skorup ochronnych jednostki, oddzielających ją od innych jednostek. Dopiero kiedy wszystkie osłony zostaną odrzucone, osobowość dozna wyzwolenia z samotności, włączy się w wiekuiste Życie Całości. Osobowość przestanie istnieć oddzielnie.

Czy ginie cokolwiek po wydostaniu się osobowości z jej osłon? Nic nie ginie! Wiedzą o tym i dają temu świadectwo również ci, którzy niespodzianie dla siebie samych znaleźli się poza ciałem i czasoprzestrzenią, jak nasz Mickiewicz. W takich przeżyciach ich Jaźń czuje wszystko przedmiotowe jako włączone w siebie, w ich podmiot („I światłem byłem i źrenicą razem” – wiersz „Widzenie”).

Lęk biologiczny, dyktowany przez ciało, wpycha nas w obawę unicestwienia, skłania do przyjmowania na pociechę wyobrażeń wizji nieba. Dla tłumów jest to kotwica nadziei. Trzeba śmiało odkotwiczyć, odczepić od siebie te złudy. Rzeczywistość jest wspanialsza ponad ludzką wyobraźnię! Każdy z nas jest – w głębi swej istoty – kroplą Ducha. Ale kropla ta, powlekana wciąż marzeniami naszymi o zacisznym schronie w osobowości „własnej” nie może wpłynąć w ocean Boskości. Oddziela ją błonka lęku osobowości przed czymś nieznanym, co ma być wspólne, a więc z pewnością uciążliwe. Droga poszukiwania Prawdy jest dostępna tylko odważnym.

Wtrącę tu pewne uwagi o narzędziach osobowości.

Aparat mózgowy działa bardzo nieudolnie: w polu świadomości pojawia się zawsze jedna tylko treść i tę zestawiamy z inną. Komputer działa podobnie, ale z jaką szybkością! Wyobraźmy sobie, że mamy inny aparat myślenia i w polu świadomości zestawiamy setki lub tysiące myśli jednocześnie. Czy to by nas zaniepokoiło? Nie. Otóż po wydostaniu się z ograniczeń osobowości uczestniczymy w „cit[1]– w nieskończoności bezpośredniego poznawania Bytu, bez mozolnego rozumowania. Niczego nie straciliśmy, zdobyliśmy wszystko, a stało się to jako skutek zniknięcia ścian, zacieśniających nas w małej oddzielnej osobowości.

Kultura śródziemnomorska wyhodowała wzorce marzeń o trwaniu przez wieki wieków doskonałych osobowości, wzbogaconych w ciągu jednego żywota przez wielkie osiągnięcia aż do stanu świętości. Kult świętych chrześcijańskich kurczowo trzymał się tych marzeń, chociaż częściowo zmieniał we wzorcach rodzaje skutecznie działających osiągnięć. Do nieba chrześcijańskiego jednostki dostają się z bagażem osiągnięć i trwają tam jako oddzielne istoty wiecznie (według wierzeń popularnych, a nie według spekulacji teologicznych).

W świadomościach ludzi ścierają się odmienne wizje rodem z dwóch wielkich kultur religijnych. Zachód przyjmuje, że człowiek zaczyna od zera i wzrasta, rozwija się wszechstronnie aż dojdzie do nieśmiertelności; na czym ma polegać dojrzałość do wieczności, nie jest jasne, a jedynym czynnikiem decydującym staje się łaska Boga, oczywiście Boga Osobowego, łaska niezbędna, bo życie – według tych wierzeń – jest jedno i nie ma już czasu na poprawki.

Wschód inaczej widzi naturę człowieka: rdzeń istoty żywej (nie tylko w postaci ludzkiej) jest duchowy. To, co przemijające i „złe”, jest otoczką, ciałem fizycznym i związanymi z nim popędami. Nikt nie może być potępiony ani unicestwiony, nikt nie zginie. I to nie tylko ludzie, lecz cały świat zwierząt i roślin, chociaż muszą wielokrotnie zmieniać się i ginąć ich ciała.

Co można by uznać za „nieśmiertelne” w ludziach? Zależy, skąd się spojrzy na długą skalę osiągnięć: od dołu, czy z góry; od strony ludzi zwykłych, drżących na myśl o możliwości utraty osobowości, czy od strony ludzi „wiedzących”.

Ze stanowiska ludzi zwykłych granica wielkości, godnej tytułu nieśmiertelności, wciąż się zmienia, zależnie od epoki, kraju, narzuconej ogółowi ideologii, jest więc względna, ideałem bywa z reguły bohater, przezwyciężający w sobie instynkt samozachowawczy przy służeniu sprawom ojczyzny, chociażby czyny jego nie były czyste etycznie. Wyższym stopniem jest twórca, sięgający w świat wyższy i przemieniający wartości nieuchwytne dla szarych ludzi na widzialne, słyszalne i łatwiej uchwytne dla wielu. Wyjątkowe jednostki twórców i żywych świętych są cudownymi aparatami takiej przemiany. Szopen był cudowną struną, na której „nieśmiertelne”, ponadludzkie, wzbudzało fale przenikające wrażliwszych ludzi; sam więc Szopen był narzędziem tego, co działa już ze świata boskiego. I to jest nieśmiertelne. Najwspanialsze osiągnięcia człowieka są zawsze zaledwie echem i odblaskiem wspaniałości świata wyższego ponad nasz – ludzki. Od góry widziana skala „elementów nieśmiertelnych” nie sięga wysoko, kończy się w świecie ludzi jeszcze niedojrzałych do wyjrzenia poza nasz świat czasoprzestrzeni.

Każdy, kto chociaż raz znalazł się w świecie wyższych wymiarów, wie z niewzruszoną pewnością, że wszystkie nasze pojęcia i cała nasza logika nie mogą tam być stosowane. Świata boskiego mierzyć niczym nie można! W nieskończoności wszystko jest nieśmiertelne, ale nie ma tam niczego znanego nam w świecie przejawienia. Przenikamy „tam” świadomością, nie ciałem i żadnych ciał tam nie postrzegamy, bo nic nie jest oddzielne, nic nie jest przedmiotem. Różnica jest olbrzymia, niezmiernie trudna do uchwycenia i nazwania naszymi pojęciami (po powrocie do ciała); właściwie jest to niemożliwe.

Określenie „niewątpliwy proces stawania się”, jasne w potocznym znaczeniu, traci swą na pozór bezwzględną wartość w zestawieniu z twierdzeniem taoizmu: „Dla Tao żadna chwila w czasie nie jest odległa”. Są to dwie prawdy – każda z innego świata, obie słuszne, chociaż nie do przyjęcia w jednakowych warunkach. Kto poznał prawdę taoizmu własnym doświadczeniem, zgodzi się, że zdarzenia z chwili obecnej i sprzed tysiąca czy dwóch tysięcy lat bywają ściśle powiązane ze sobą. A wtedy cały „rozwój” wygląda inaczej.

 

* * *

  Najważniejsze wtajemniczenie

 Słowo joga zaciekawia mnóstwo ludzi, wielu też próbuje poznać je w praktyce. Niestety treść pojęcia zawartego w tym słowie zaciemniona jest przesądami. Jednakże nawet po najdokładniejszym poznaniu rzetelnych objaśnień, czym jest joga, tysiączne próby kończą się niepowodzeniem. Przyczyną tego bywa najczęściej fałszywie wybrany punkt i kierunek startu, czyli lekceważenie lub pomijanie zupełne warunku wstępnego: czystości intencji. Co znaczą ściśle te słowa, też nie zawsze jest rozumiane. Potrzebne więc jest „wtajemniczenie” w treść warunku.

Chmary ludzi chcą dostać się do Nieba na wieczne luksusowe wczasy! Ci uważają siebie za bardzo religijnych, a posługują się umartwieniami, modlitwami, pieniędzmi, przypominają też sobie niekiedy o dobrych uczynkach, podejmowanych również w tym samym celu, a nie z potrzeby serca. Jest to handel, nie religia; toteż skutki będą przeciwne zamierzeniom – utrwalą ich w sobkostwie. W podobnym celu wielu próbuje jogi; tacy w ogóle nie ruszą z miejsca. Daleko im jeszcze do bezinteresowności.

Są inni – uprzejmi dla ludzi, ale tylko swej rasy i ze zbliżonego środowiska, pogardzają kolorowymi, a za istoty bez duszy uważają wszystkie zwierzęta. Niektórzy z nich próbują jogi jako najwygodniejszej drogi do szybkiego wywyższenia się ponad pospólstwo. Są to maruderzy, pozbawieni współczucia. Muszą jeszcze przejść przez cierpienia, zanim staną się wrażliwi na to uczucie.

Trzeci gatunek, bardzo liczny, stanowią fanatycy wierzący w skuteczne działanie obrzędów, magię ceremoniałów, szczególne postawy ciała i w ogóle „sposoby” działań najzupełniej zewnętrznych, mających – według nich – przemieniać wewnętrznie człowieka bez potrzeby stawiania mu jakichkolwiek wymagań natury moralnej i bez odwołania się do jego świadomości. Ten typ psychiczny lubuje się często w niedorzecznych praktykach, jeżeli zainteresuje się jogą.

Ważnym przeto „wtajemniczeniem wstępnym”, dla każdego starającego się poznać istotę jogi, będzie zawsze zorientowanie się w tych niebezpieczeństwach i pomyłkach. Trzeba też wiedzieć i pamiętać, że – według opinii psychiatrów – połowa ich pacjentów uważa się za okultystów, jasnowidzących, bardzo wtajemniczonych w „wiedzę tajemną” i powołanych do nauczania innych. Tacy i z najczystszej jogi uporczywie usiłują stworzyć karykaturę, a jeżeli natrafią spryciarzy, węszących dobry interes, stają się założycielami sekty pod szumną nazwą. Jest tego w USA wiele.

 Człowiek bezinteresowny, czystego serca, współczujący – uniknie podobnych pułapek.

 

* * *

„Religia nie jest dla mas. To nie jest możliwe. Klękanie, wstawanie, siadanie –  taka gimnastyka może podobać się masom. Ale religia nudzi masy, bo niewielu

 jest ludzi przebudzonych, zwracających się ku Bogu. W każdym kraju jest niewięcej niż kilka setek ludzi naprawdę religijnych”.

 

Swami Vivekananda Bhakti Joga.


[1] Termin sanskrycki, oznaczający świadomość.

Zostaw komentarz