Wspomnienia sadhu – część 2

Było w zwyczaju, że gdy ktoś miał zamiar wyjechać, najpierw pytał o pozwolenie Bhagawana, ale sposób, w jaki to czyniono, zakrawał zwykle na farsę. Ktoś mógł wejść do holu, skłonić się przed Bhagawanem i powiedzieć, np. „Jadę do Madrasu”, lub wymienić nazwę jakiejś innej miejscowości. Bhagawan mógł odpowiedzieć: „tak”, lub milczeć. Wtedy uczeń odjeżdżał zadowolony, mówiąc, że otrzymał pozwolenie Bhagawana. Jeżeli wypowiadałeś zdanie twierdzące, Bhagawan przyjmował je jako takie. Jeśli byś powiedział: „mam zamiar zjeść trochę mięsa”, Bhagawan mógłby po prostu skinąć głową na znak, że przyjął do wiadomości twoje zdanie, że usłyszał i zrozumiał, co powiedziałeś. Ale w żaden sposób nie oznaczałoby to jego aprobaty. Jeśli natomiast rzeczywiście pytałeś o pozwolenie, to co innego; mógł się zgodzić lub milczeć. Jeżeli milczał, to z pewnością nie mogłeś interpretować tego jako pozwolenie.

Któregoś wieczoru poprosiłem o pozwolenie wyjazdu do Pondicherry. Bhagawan spytał: „dlaczego?” Odpowiedziałem, że mam kłopot z zębem i chcę jechać do dentysty. Ponieważ milczał, zostałem. Okazało się potem, że mój kłopot sam się rozwiązał, ząb wypadł i dentysta nie był więcej potrzebny. Po kilku miesiącach znów miałem problem, z innym zębem. Gdy poprosiłem Bhagawana, by pozwolił mi wyjechać i wyjaśniłem powód, natychmiast powiedział: „Tak, jedź!” Tym razem wyjazd okazał się konieczny.

Poza tym twierdzili niektórzy, prawdopodobnie, aby uzasadnić sposób, w jaki prosili o pozwolenie wyjazdu, że Bhagawan nigdy wyraźnie nie mówi, czy masz jechać, czy nie. Sprawdziłem kiedyś, że nie jest to zgodne z prawdą. Jeśli byłeś zdecydowany i czekałeś na odpowiedź aż do skutku, Bhagawan mówił ci, co zrobić.

Kiedyś mój służący chciał odwiedzić swego chorego ojca, mieszkającego w Malabarze. Gdybym pozostał w aśramie bez służącego, musiałbym znosić rozmaite niewygody, powiedziałem mu więc, że chciałbym pojechać razem z nim i odwiedzić w tym czasie chorego przyjaciela, o ile tylko otrzyma dla mnie pozwolenie od Bhagawana. Na tyłach mojej chaty była furtka, prowadząca do ogrodu aśramu, zwykle zamknięta. Czasami mieliśmy szczęście i przez tę furtkę zachodził do nas Bhagawan, wracając z popołudniowego spaceru. Mój człowiek wyszedł tamtędy, aby spotkać Bhagawana, powiedzieć mu o planowanym wyjeździe i poprosić o pozwolenie. Bhagawan się zgodził. Ale służący powiedział mu, że to nie wystarczy, bo jeśli sam mi tego nie powie, to ja w ogóle nigdzie nie pojadę. Tak udało mu się zwabić Bhagawana do mego pokoju. Bhagawan powiedział: „Raman chce jechać, by zobaczyć się z ojcem”. „Tak”, odpowiedziałem, ale nie komentowałem tego. W chwili, gdy wychodził, odwrócił się do mnie i rzekł; „Tak, jedź do Warkali, tam będzie trochę chłodniej”.

W nieco innej sytuacji dał mi wyraźny rozkaz. Chinna Swami, zarządca aśramu, a zarazem brat Bhagawana, miał stary policyjny pistolet. Przywiązywał wielką wagę do tego pistoletu, był przekonany, że samo jego posiadanie wystarczy, by skutecznie odstraszyć wszystkich złodziei i bandytów, których się śmiertelnie obawiał. Aby uzyskać pozwolenie na broń posłużył się moim nazwiskiem. Podejrzewam, że broń ta była całkiem bezużyteczna i najprawdopodobniej eksplodowałaby, gdyby ktoś próbował z niej strzelać. Ale nie było takiej obawy, bo nigdy nie było do niej żadnej amunicji. W każdym razie Chinna Swami chciał, abym ja trzymał u siebie tę broń i był jej oficjalnym użytkownikiem, ale się nie zgodziłem. Powiedziałem mu, że opuściłem armię już dawno temu, że jestem teraz sadhu i nie mam zamiaru używać broni. Ale on mocno nalegał. Przysyłał do mnie różne osoby, które próbowały mnie przekonywać, a gdy mnie spotykał, za każdym razem powracał do tego tematu. Zdesperowany, w końcu powiedziałem, że moglibyśmy spytać o zdanie Bhagawana. Chinna Swami z początku w ogóle nie chciał o tym słyszeć. Zawsze trochę bał się Bhagawana i nigdy nie zbliżał się do niego, jeśli nie musiał. W końcu jednak zgodził się, więc któregoś wieczoru wyszedłem na Górę, by spotkać Bhagawana wracającego z przechadzki. Opowiedziałem mu o pistolecie i zapytałem, co powinienem w tej sytuacji zrobić. „Czy nie mógłbyś trzymać go w swoim pokoju?” – zapytał. „Oczywiście”, odpowiedziałem. ”Więc zrób to”, rozkazał. Gdy Chinna Swami usłyszał o wyniku tej rozmowy, nie uwierzył mi. Stwierdził, że Bhagawan nigdy nie wydaje poleceń w taki sposób. Ale ponieważ wcześniej polecił komuś, by mnie obserwował i ten człowiek potwierdził to, co mówiłem, nie miał innego wyjścia, jak tylko uznać moje słowa za prawdziwe. Pistolet nigdy nie okazał się potrzebny ani też nie został nigdy użyty. Przez parę lat nikt go w ogóle nie dotykał, aż do czasu, gdy został przekazany policji.

Piszę o tych różnych incydentach po to, by wykazać, że jeśli podeszło się do Bhagawana w należyty sposób, to doradzał, a nawet wydawał polecenia uczniom, choć większość ludzi, którzy przebywali wokół niego mogłaby temu przeczyć. Nigdy nie próbowali w należyty sposób, albo też, co jest bardziej prawdopodobne, w ogóle nie mieli nigdy zamiaru prosić o pozwolenie. W taki sposób oszukiwali się, że dostali pozwolenie, a naprawdę robili to, co i tak mieli zamiar zrobić.

Ganapati Śastri często spotykał się z różnymi ludźmi z Zachodu, zapraszał, by odwiedzili aśram, a potem, zajęty innymi sprawami przysyłał ich do mnie, mówiąc im, że ja się nimi zaopiekuję. Oczywiście nigdy mnie o tym nie powiadamiał i bywałem kompletnie zaskoczony, gdy niespodziewanie pytali o mnie nieznajomi.

Tak też było z pewnym Holendrem, nie pamiętam jego nazwiska. Podróżował po Indiach, razem z asystentem, ciężarówką pełną aparatury, nagrywając klasyczną muzykę indyjską. Zdaje się, że miał na ten cel stypendium z Oxfordu. W każdym razie żaden z nich nie był zainteresowany Bhagawanem, chociaż obaj jakiś czas spędzili w jego obecności. Prawdziwym celem ich przyjazdu było nagranie Samawedy. Mało jest dziś ludzi, którzy znają Samawedę, a ci, którzy ją znają, są na dodatek bardziej ortodoksyjni niż inni bramini. Ganapati Śastri obiecał chyba Holendrowi, że z łatwością znajdzie to, czego szuka, jeśli przyjedzie do Tiruwannamalai. Ja jednak nie mogłem im w niczym pomóc. Po długich poszukiwaniach znaleźli w końcu dwóch braminów, którzy znali Samawedę, ale ci odmówili zgody na nagrywanie. Oczywiście było to logiczne. Wed nie wolno recytować publicznie (w większości przypadków reguła ta nie jest już dzisiaj przestrzegana), jeśli więc dokonałoby się nagrania, będzie je można potem odtwarzać wszędzie i reguła zostanie złamana.

Po długich negocjacjach bramini zgodzili się w końcu recytować, ale pod jednym warunkiem – że nagranie odbędzie się w obecności Bhagawana. Uradowany ze szczęścia Holender popędził do zarządcy aśramu i poprosił o zgodę na nagrywanie. Nie troszcząc się o konsekwencje zarządca się zgodził. Potem ciężarówka podjechała blisko holu, w którym następnie zainstalowano mikrofony. Bhagawan chciał wiedzieć, co się dzieje. Gdy mu powiedziano, jedynym jego komentarzem były słowa: „Zabierzcie to stąd”, i to był koniec.

Holender się wściekł. W ostatniej chwili, kiedy już pewien był sukcesu, pomieszano mu szyki. Przyszedł do mnie skarżąc się gorzko. Bhagawan nie zdawał sobie sprawy, jak ważne jest to, co robią. W rzeczywistości dla niego miało to o wiele większe znaczenie, niż sam Bhagawan. Nawet nie próbowałem mu tłumaczyć, że nie można zasłaniać się Bhagawanem dla usprawiedliwienia złamania jakiejś reguły. Niechby nagrał braminów gdziekolwiek indziej, a Bhagawan nawet nie pomyślałby, aby mieć coś przeciw. Ale na to, by Bramini mogli potem powiedzieć: „zrobiliśmy to za zgodą Bhagawana”, w żadnym razie nie mógł pozwolić.

Ludzie często żalili się, że w jadalni przestrzega się reguł kastowych i że dlaczego Bhagawan na to pozwala, jeśli on sam jest ponad kastami?

Jadalnia była przedzielona na dwie części ekranem, który rozciągał się prawie na całą długość pomieszczenia. Bhagawan siedział tak, że był widoczny z obu stron. Po jednej stronie siedzieli Bramini, po drugiej pozostali. Wiele osób uskarżało się, szczególnie na to, że Bhagawan pozwala na taki podział, czyż on sam nie był ponad wszystkimi kastami? Tak, oczywiście był, i dlatego jadł z obydwiema stronami. „Ale czemu na to pozwala?” – pytali ludzie. Nie tylko na to pozwalał, ale sam się tego domagał. Bramin mógł przyjść do aśramu, stwierdzić, że przed Bhagawanem wszyscy są równi, i usiąść po nie bramińskiej stronie. Ale Bhagawan się temu sprzeciwiał. „Czy w swoim domu jesz z niebraminami?” – pytał. „Nie, ale w obecności Bhagawana to co innego” – odpowiadali. „A więc chcesz posłużyć się Bhagawanem dla usprawiedliwienia złamania reguł kastowych?” – pytał Bhagawan. „Jeśli nie przestrzegasz tych reguł gdzie indziej, nie ma powodu, byś nie czynił tego również tutaj. Ale nie możesz się usprawiedliwiać, i robić tego, co w domu uważasz za niewłaściwe”.

Bhagawan nigdy nie jadł w czasie zaćmienia słońca lub księżyca. Zwyczaj ten zachowywany jest również dzisiaj, gotować jedzenie można dopiero po zakończeniu zaćmienia. Powiedział mi, że w czasie zaćmienia żołądek nie trawi i dlatego nie jest wtedy zdrowo jeść. Ale nie kąpał się ani na początku, ani przy końcu zaćmienia, jak jest w zwyczaju ortodoksyjnych braminów.

Jego ruchy i gesty były harmonijne i dostojne, a obserwować go przy jedzeniu było czystą przyjemnością. Zawsze pozostawiał swój talerz z liścia czysty, jakby w ogóle nie został użyty. Jeść na sposób indyjski bez sztućców jest prawdziwą sztuką i w tej Bhagawan przewyższał mistrzów.

Był zawsze skrupulatnie czysty, a jego ciało wydzielało przyjemny zapach, chociaż nigdy nie używał pachnącego mydła. Kiedyś zażywał tabaki, ale przestał zanim przybyłem do aśramu. Miał zwyczaj regularnie żuć betel, zaraz po posiłku i przed wyjściem na spacer po Górze; zawsze po tym starannie płukał usta. Jego usta nigdy nie były przy tym zabarwione i żuł tylko parę minut, dla wzmocnienia trawienia.

Któregoś ranka Bhagawan miał właśnie wyjść, czekał tylko, aż usługujący asystent poda mu betel, który zwykle, gdy przychodziła pora spaceru, był już przygotowany. Z jakiegoś powodu tego dnia pomocnik tego nie zrobił. Wszyscy czekali niecierpliwie, ale nie mogli nic zrobić, gdyż zarząd aśramu dopuszczał do obsługiwania Bhagawana tylko osoby wyznaczone. W końcu Bhagawan wstał i wyszedł. Od tej pory nigdy już więcej betelu nie używał. Nie chciał nikomu przysparzać niewygody, nawet asystentowi, którego obowiązkiem było pilnować takich rzeczy, ani też nie był związany żadnym nałogiem, czy przyzwyczajeniem. Wszyscy żałowaliśmy, że się tak stało, czuliśmy bowiem, że betel pomaga mu łatwiej znosić ból. Ale on i tak powiedziałby, że zdrowie ciała nie ma większego znaczenia. „Ciało samo jest najgorszą z chorób.”

Bhagawan emanował zawsze potężnym spokojem, a przy okazji świąt takich, jak Dźajanti, Mahapudźa, czy Dipa, kiedy do aśramu przybywały tłumy ludzi, stan ten wzmagał się niezwykle. Tłumy zdawały się wyzwalać w nim jakieś rezerwy ukrytej mocy i było wielkim przeżyciem siedzieć przy nim w tym czasie. Jego oczy patrzyły gdzieś w dal i siedział absolutnie bez ruchu, jakby nieświadomy otoczenia, co jakiś czas uśmiechał się tylko, gdy go witali jacyś bliscy uczniowie.

Bhagawan nigdy nie zachęcał ludzi do wyznawania swoich grzechów. Przerywał im mówiąc, by nie rozpamiętywali przeszłości, ale starali się odkryć, kim są teraz. Nie czyn jest ważny, lecz przywiązanie do niego. Skupianie się na popełnionym czynie, żal i rozpamiętywanie było najgorszą rzeczą, jaką mogli zrobić. To właśnie było przywiązywanie się.

Po trzech miesiącach przeprowadziłem się do chaty, którą wybudowano dla mnie w odległym końcu aAśramu i Bhagawan przyszedł tam na ceremonię otwarcia. Posiedział chwilę, podczas gdy chłopcy z miejskiej pathaśali recytowali Wedy. Nasza własna pathaśala powstała dopiero w roku 1937.

W marcu 1939 przyjechał do aśramu Sommerset Maugham. Istnieje wiele relacji z jego pobytu, a każda inna. Ponieważ to ja byłem osobą odpowiedzialną, która opiekowała się nim w czasie pobytu w aśramie, zdecydowałem się podać moją własną wersję. Przyprowadziła go do aśramu zaprzyjaźniona ze mną pani Austin, żona poborcy z Madrasu. Poszli najpierw do bungalowu Dak, by zjeść lunch, ale był tam tłok, więc wrócili do aśramu. Prosili, żebym im znalazł jakieś miejsce, gdzie mogliby zjeść to, co przywieźli ze sobą. Załatwiłem im nieduży pokój w pobliżu mojego. Ponieważ byłem już po lunchu, na ich życzenie usiadłem i rozmawiałem z nimi w czasie, gdy się posilali. Sommerset Maugham zadawał mnóstwo pytań o moje życie i o aśram, co chwila przepraszając za swoje wścibstwo. Pod koniec posiłku, który spożywali na werandzie, Sommerset Maugham, siedzący prawie cały czas na słońcu, zemdlał. Krążyło potem na ten temat wiele absurdalnych plotek; że zobaczył Bhagawana i wpadł w stan samadhi i temu podobne. Prawda jest taka, że wtedy jeszcze nie spotkał ani nie zobaczył Bhagawana. Zemdlenie było prawdopodobnie spowodowane lekkim udarem słonecznym; powiedział mi potem, że miewał podobne przypadki od urodzenia.

Zanieśliśmy go do mojego pokoju i położyliśmy na łóżku. Potem poszedłem do Bhagawana, opowiedziałem, co się wydarzyło i poprosiłem go, by zaszedł do mnie, gdy będzie na spacerze około drugiej po południu, by spotkać się z Maughamem, który sam nie mógł teraz przyjść do holu, i Bhagawan się zgodził.

Spotkałem Bhagawana na drodze do mojej chaty i gdy tam przyszliśmy, Sommerset Maugham właśnie wychodził. Czuł się już lepiej i miał zamiar pójść do holu. Powiedziałem mu, żeby raczej pozostał na miejscu, skoro już Bhagawan sam do niego przyszedł. Potem Bhagawan i Sommerset Maugham usiedli naprzeciw siebie i siedzieli tak około pół godziny, nie mówiąc ani słowa. Na koniec Mougham, spoglądając nerwowo w moją stronę, zapytał: „Czy nie trzeba się odezwać?” „Nie” – odrzekł Bhagawan. „Milczenie jest najlepsze. Milczenie samo jest rozmową”. Po krótkiej chwili Bhagawan zwrócił się do mnie i na swój dziecięcy sposób powiedział: „Lepiej już pójdę, oni tam będą mnie szukali”. Ponieważ z wyjątkiem asystenta, który mu stale towarzyszył, nikt w aśramie nie wiedział, dokąd poszedł, tak faktycznie było. Bhagawan wrócił do holu, a reszta towarzystwa została u mnie na herbatę. Potem Sommerset Maugham (nosił wysokie buty) chciał pójść do holu, by zobaczyć, jak Bhagawan mieszka na co dzień. Zamiast tego wziąłem go do zachodniego okna, przez które patrzył przez jakiś czas z zainteresowaniem, coś sobie zapamiętując. W dość miernym i wcale nie natchnionym artykule pod tytułem „Święty”, wydanym wraz z serią esejów dwadzieścia lat później twierdzi, że siedział w holu w obecności Bhagawana, ale to nieprawda, ponieważ nie wpuszczono by go tam w jego wysokich butach. Oglądał tylko hol z zewnątrz. Przypisał również Bhagawanowi pewne poglądy filozoficzne, których Bhagawan nigdy nie uznawał. Ale jest zwyczajem sławnych autorów wkładać własne opinie w usta innych.

W swoim ostatnim artykule Sommerset Maugham wspomina, że z powodu zemdlenia, które niektórzy z hindusów wzięli za wysoki stan samadhi, czemu zaprzecza, otrzymał potem mnóstwo publikacji dotyczących Maharishiego. Być może jest to prawdą, ale prawdą jest również i to, że napisał do Aśramu i poprosił o przysłanie takich materiałów, gdyż zamierzał pisać o Maharishim. W tym samym liście podkreśla również, że wszystko, co napisze, będzie wspaniałą reklamą dla aśramu i dla Maharishiego. Jakby to było w ogóle potrzebne! Pisze o Śankarze i jego filozofii, ale wydaje się, że nie ma o niej jasnego pojęcia. Zmieszał razem kilka teorii, pochodzących z różnych szkół filozoficznych i przypisał je Śankarze i Bhagawanowi. Można tu podejrzewać wpływy teozoficzne. Twierdzi, że dwie główne koncepcje Śankary to koncepcja Brahmana i reinkarnacja. Jest to nonsens, gdyż żadna z nich nie ma nic wspólnego z adwajtą i obie są koncepcjami dualistycznymi. Reinkarnację Bhagawan zawsze odrzucał mówiąc: „Sprawdź najpierw, czy się w ogóle urodziłeś, jeśli nie, to jak możesz narodzić się ponownie?” Mamy tutaj samo sedno zagadnienia. Gdyż ostatecznie każdy z nas odkryje, że istnieje tylko jedno „Ja”, przejawiające się pod postaciami niezliczonych ego, nierzeczywistych i znikających jak cienie.

W innym miejscu Sommerset Maugham pisze: „Gdy się zastanowić nad tym, jak pełen smutku i cierpienia jest ten świat, trudno doprawdy powstrzymać się od myśli, że Brahman zrobiłby lepiej, gdyby pozostał samotny”. Czy rzeczywiście, panie Maugham, takie ma pan pojęcie o adwajcie? W tym miejscu znowu musimy zapytać siebie: „Czyje jest cierpienie?” Czy Rzeczywistość, wieczne „Ja”, będące poza wszelkim przejawieniem, cierpi? Czy też tylko urojonemu, nieistniejacemu „ja” wydaje się, że cierpi?”

I jeszcze: „Dla Maharishiego świat jest miejscem cierpienia i smutku”. Absolutna bzdura! Bhagawan zawsze podkreślał, że ze światem jest wszystko w porządku. Wszystkie trudności tkwią w nas. Czytając Sommerseta Maughama dochodzi się do wniosku, że ponownie osiągnął sukces jako autor opowieści fikcyjnych.

Bhagawan był niezmiernie czuły dla wszystkich zwierząt, choć nie lubił kotów i może mangust, gdyż te polowały na jego ukochane wiewiórki. Wiewiórki swobodnie wskakiwały do holu przez okna i biegały wszędzie, nawet po jego łożu i po nim. Bhagawan karmił je orzechami i głaskał, niektóre miały też swoje imiona. Ich główną ambicją było zrobienie gniazda tuż za jego poduszką, aby młode wzrastały pod jego opieką. Nigdy nie pozwalał, by zabijano węże albo skorpiony. Czasami w nocy spadały z dachu holu węże. Wtedy obowiązkiem służącego było wyprowadzić takiego węża na zewnątrz. Idąc z tyłu za wężem, oświetlał mu drogę lampą. Madhawan, najlepszy sługa Bhagawana, wyprzedzający każde jego życzenie, był ekspertem w łapaniu za ogon skorpionów, tak, by nie mogły użądlić, i wynoszeniu ich na zewnątrz. Dla psów miał zawsze Bhagawan miękkie serce. Kiedyś jeden ze szczeniaków, urodzonych w aśramie, zachorował na krzywicę. Bhagawan bardzo się o niego troszczył. Pod jego kierunkiem zacząłem szczeniaka leczyć, po pewnym czasie dzięki pigułkom wyzdrowiał. Dziwne, ale ten pies okazał się niewierny i uciekł. Bhagawan stwierdził, że musiał zostać zabity przez jakieś zwierzę, ale po paru miesiącach wrócił z nowym panem; nie okazywał nami żadnego zainteresowania, nawet Bhagawanem. To było niezrozumiałe.

Jeśli któryś z psów szczekał, chcąc przegonić jakiegoś intruza, a ludziom przeszkadzał hałas, Bhagawan bronił psa, mówiąc, że ten wykonuje tylko swoją pracę dla aśramu. Był też kiedyś mały szczeniak, który stale załatwiał się w eksponowanym miejscu, koło biura. Chinna Swami bardzo się na to złościł i próbował psa z aśramu usunąć. Ale Bhagawan przyszedł zwierzęciu na ratunek mówiąc, że gdyby zrobiło to jakieś dziecko, nikt by się przecież nie denerwował, a szczeniak jest jak małe dziecko.

Zdawał się szczególnie lubić małpy i często powtarzał, że pod wieloma względami są lepsze od ludzi. Żyły z dnia na dzień, nie planowały swojej przyszłości, a w szkodach, jakie wyrządzały swymi psotami nie było premedytacji. Bardzo go bawiło, gdy jakaś małpa, wślizgnąwszy się do holu, kradła banana niczego nie podejrzewającemu uczniowi, który właśnie przed chwilą otrzymał go jako święty prasad. Często polecał je karmić i ośmielał je na różne sposoby, co było mocno nie na rękę zarządcy, któremu małpy przysparzały wiele kłopotów.

W aśramie było wiele pawi, ale zdaje się, że nie wszystkie czuły się tu dobrze. Dwa przyniósł ktoś ze wsi, ale uciekały, chociaż przynoszono je z powrotem dwa albo trzy razy. Bhagawan stwierdził, że nie były jeszcze przygotowane. To bardzo ciekawe. Wynika z tego, że nie wszyscy byli zdolni przebywać w jego obecności i że nawet zwierzęta przychodziły tu celowo. Bhagawan powiedział nam również, że czasami ludzie rodzą się w ciele zwierzęcia, specjalnie po to, by być blisko niego. Znanym tego przykładem jest krowa Lakszmi.

Księżna Barody podarowała Bhagawanowi białego pawia wraz z dwiema białymi samiczkami. Samiec był szczególnie przywiązany do Bhagawana i chodził za nim wszędzie. Bhagawan mieszkał wtedy w szopie przy starym holu, gdzie przy jego łożu zainstalowano grzędę, na której paw nocował. Ludzie mówili, że jest to Madhawa Swami, dawny sługa Bhagawana, który zmarł jakiś czas przedtem. Bhagawan opiekował się tym pawiem i czyścił jego pióra z wszy. Nauczył go też, by nie zjadał gąsienic i innych owadów, lecz przestrzegał diety wegetariańskiej. Tej nocy, kiedy Bhagawan umierał, paw stał na dachu małego pokoju, w którym leżał i skrzeczał bez przerwy. Zmarł parę lat później w mieście, ponieważ kolorowe pawie odganiały go, gdy próbował zbliżać się do aśramu. Ale samiczki traktowały zupełnie inaczej, a te przysporzyły im licznego potomstwa.

Kiedyś Bhagawan powiedział mi, że myśl przychodzi w błysku, żadna myśl nie jest ciągła. Myśl jest jak prąd zmienny, lecz proces jest tak szybki, że wydaje się, jakby był ciągły, jak światło elektrycznej żarówki. Jeśli tylko można byłoby się skupić na przerwach pomiędzy myślami, a nie na samych myślach, to byłoby to Urzeczywistnienie.

Zawsze nauczał, że myśl i umysł są dokładnie tym samym.

Umysł jest tylko mnogością myśli”.
Upadeśa Saram, V. 18.

I jeszcze: że ego i umysł są identyczne i pojawiają się (powstają) razem.

Gdy ego powstaje, wszystko inne powstaje”
Ulladu Narpadu, V. 26.
Ego, korzeń wszelkiej myśli”
                    Ulladu Narpadu, V. 40.

Tak, z pewnością, ale:

Umysł naprawdę jest tylko myślą ‘ja’”.
Ulladu Narpadu, V. 40.

Ego jest tak samo nietrwałe jak myśl i nie istnieje realnie. Czyż buddyści nie twierdzą, że nie ma czegoś takiego, jak ego? To prowadzi nas prosto do adwajty.

A teraz: adwajta nie jest tym, co się zwykle rozumie przez monizm, nie jest to też słowo-hasło dla uniknięcia trudności. Słowo to znaczy oczywiście „nie dwa”, ale nie jest to równoznaczne z jedynką, chociaż nie każdemu łatwo jest dostrzec różnicę. Ale jeśli nazwiemy to monizmem, to zakładając jedno, możemy wyprowadzać (z niego) całe serie, dwa, trzy i tak dalej. Żadne takie serie nie istnieją, jest tylko „nie dwa”.

Gdy widzimy przedmioty, widzimy dwójnię; w jednym tylko znaczeniu ta dwójnia nie jest nierealna: że istnieje „nie-dwa”. Jest w przejawieniu (w obrazie), ale jest nietrwała i przemijająca. Tę przemijającą manifestację nazywa się mają. Słowo to faktycznie oznacza „to, co nie istnieje”, a nie jak się zwykle uważa, iluzję (złudzenie), a w rzeczywistości wszystko, co odbieramy przy pomocy zmysłów, czyli wszystko, co jest w umyśle, podczas gdy same zmysły są tylko narzędziami umysłu. Gdyż w rzeczywistości nie ma iluzji, a tylko przemijanie.

U podstawy wszystkiego jest jedna i ta sama prawda. Jakie mamy zatem wyjście, widząc, że wszystko to jest nietrwałe i jest tylko obrazem (pozorem, odbiciem, zjawiskiem)? Bhagawan nauczał, że odnosi się to również do naszych ciał i naszych ego, uważanych przez nas za najważniejsze, a teraz okazuje się, że mamy je jako zbyteczne odrzucić. Nie trzeba jednak wpadać w przygnębienie, gdyż za najbardziej nawet przelotnym zjawiskiem musi kryć się coś, co je wywołuje. Odskakujemy przestraszeni, ponieważ myślimy, że zobaczyliśmy węża, aby dopiero po chwili odkryć, że jest to tylko sznur. Zatem najprostszy sposób na rozwiązanie naszej zagadki to zacząć szukać i poza przemijającymi zjawiskami odnaleźć to, co trwałe i niezmienne. To było rozwiązanie Bhagawana i uczył nas, jak to robić przy pomocy jego metody poznawania siebie (atma-vićara). Chociaż ego zmienia się z minuty na minutę, chociaż w różnych etapach naszego życia jesteśmy zupełnie innymi ludźmi, zawsze było z nami „Ja”. Teraz nie chodzi już oczywiście o ego, ponieważ zauważyliśmy już wcześniej, że ego zmienia się w każdej chwili, podczas gdy „Ja” jest z nami cały czas jako obserwator. Idźmy zatem za nim aż do jego źródła. Stosując tę metodę dociekania „Kim jestem?” dojdziemy ostatecznie do Jaźni.

Kiedy się mówi o Bhagawanie i przytacza różne jego wypowiedzi, zawsze pojawiają się sprzeczności. Ale jest tak tylko dlatego, że zmuszony był mówić z dwóch różnych punktów widzenia. Jego prawdziwa nauka, od której nigdy nie było żadnego odchylenia, była następująca: istnieje tylko Jaźń. Wszystko widział jako Jaźń i nic poza nią. Ale przeważająca większość ludzi nie była zdolna tego przyjąć. Oczekiwali wyjaśnień, więc pewne wyjaśnienia były niezbędne i aby ich udzielić, musiał dostosować się do ograniczonej perspektywy pytającego. Stwierdziłem wcześniej, że Bhagawan nigdy nie nauczał o reinkarnacji i jest to prawdą, choć z naszego punktu widzenia przyjmował ją, przypuszczam, że podobnie jak Buddha. Jak mógł Bhagawan mówić o reinkarnacji, jeśli widział tylko Jedno? Ale w Rozmowach objaśnia, w jaki sposób ego odradza się w kolejnych ciałach; dopóki trwa indywidualna świadomość, musi przybierać jakąś formę aż do czasu, kiedy zakończy swój indywidualny byt i proces ten polega na ciągłej zmianie formy. Dzieje się tak, ponieważ gdy usunie się jakąś grupę wasan, inne zajmują ich miejsce. Tego typu rzucające się w oczy sprzeczności będą zawsze towarzyszyć tym, którzy nie urzeczywistnili Jaźni. Bhagawan uczył nas, aby zawsze być zwróconym ku teraźniejszości, odkrywać, kim jesteś teraz, natomiast przyjęcie reinkarnacji może skutkować tendencją do odkładania spraw na później. „Nie przejmuj się, masz przed sobą niezliczoną ilość wcieleń, aby wszystkie swoje sprawy uporządkować.” Naturalnie jest to fatalne dla rozwoju duchowego i być może dlatego właśnie chrześcijaństwo nigdy nie pozwalało, by nauczać o reinkarnacji, chociaż są o niej wzmianki w Nowym Testamencie i u niektórych Ojców Kościoła.

Po kilku miesiącach medytacji w obecności Maharishiego doszedłem do pewnego stadium, w którym zacząłem odczuwać lęk. Zapytałem o to Bhagawana. Wcześniej inne osoby obecne w holu, oczywiście nie Bhagawan, zapewniały mnie, że to nieprawidłowe i absurdalne. Śmiali się z mojej głupoty. Bhagawan natomiast nie był taki rozbawiony. Wyjaśnił, że to ego odczuwało strach, ponieważ czuło, że traci swoją siłę. W rzeczywistości ego zaczynało umierać i naturalnie oburzało się na to. Zapytał mnie: „Kto czuje strach? Wszystko to z powodu zwyczaju identyfikowania Jaźni z ciałem. Powtarzane doświadczenie oddzielenia od tej idei przyzwyczaja do tego stanu i wtedy strach automatycznie znika”. Wtedy odkryłem, że Bhagawan wspomina o tym strachu w drugim wersecie Ulladu Narpadu:

Tylko ci, którzy bardzo boją się śmierci szukają ratunku u stóp Pana.”

Krótko potem ci, którzy się ze mnie wyśmiewali, zaczęli po cichu przychodzić do mnie, przyznawali się do podobnych trudności i pytali o radę. Ta moja rozmowa z Bhagawanem musiała zostać gdzieś opisana, bo ludzie do tej pory pytają mnie o to. Metoda, której nauczał Bhagawan, daje na to tylko jedną receptę: zbadaj, czyj jest strach (kto się boi), znajdź świadka, który jest poza tym, a lęk automatycznie sam zniknie.

W suplemencie do Ulladu Narpadu czytamy, że jedno spojrzenie Mahatmy wystarcza, by dać nam inicjację, i że jest ono o wiele bardziej skuteczne aniżeli liczne pielgrzymki, czczenie obrazów bóstwa, czy inne praktyki religijne. Zapytałem o to Bhagawana, mówiąc przy tym niezbyt mądrze, że jestem już u niego od paru miesięcy, a przecież, jak do tej pory, nie odczuwam w sobie żadnej zmiany. Bhagawan potwierdził, że spojrzenie Mędrca ma moc oczyszczającą, ale oczyszczenie to nie jest odczuwalne. Aby podpalić węgiel potrzeba czasu; węgiel drzewny zapala się znacznie łatwiej, a proch strzelniczy momentalnie. Podobnie działa na różnych ludzi pełne mocy spojrzenie Mędrca.

Około trzydziestu lat temu w pewnych kręgach okultystycznych modna była seria książek o Mistrzach himalajskich. Książki te zostały przetłumaczone na różne języki i odniosły spory sukces w Niemczech. Jeden z moich niemieckich przyjaciół twierdzi, że były sensacją w jego środowisku. Ja również dawno temu czytałem te książki i dziś słabo je sobie przypominam, pamiętam tylko, że wtedy uważałem je za bezwartościowe śmieci, rodzaj okultystycznych sensacji, które pewien typ ludzi myli z duchowością. Pomiędzy innymi absurdalnymi historiami opisano tam, jak to Mistrzowie żyli w schronach, ukrytych we wnętrzu góry. Był wśród nich również Mistrz Jezus, do którego, jeśli dobrze pamiętam, można był dojechać automatyczną windą, zamontowaną wewnątrz litej skały. Dlaczego akurat Mistrzowie zamykali się w tym skalnym więzieniu, nigdy się właściwie nie dowiedziałem. Autorem tych książek był Amerykanin, Bierce Spaulding. W roku 1936 przyjechał do aśramu wraz z grupą swoich rodaków, wszyscy oni ze Spauldingiem jako przewodnikiem zamierzali udać się w Himalaje na poszukiwanie Mistrzów. Ich historia jest zdumiewająca, o ile nie tragiczna.

Grupa amerykańskich entuzjastów, którzy rzeczywiście uwierzyli Spauldingowi i nigdy wcześniej nie byli w Indiach, zorganizowała ekspedycję, której zamiarem było dotarcie do Mistrzów. Głównym organizatorem był jeden z uczestników wyprawy. Firma Dollar Line sprzedała im specjalne bilety, do których doliczono opłatę dla przewodnika, którym był Spaulding. Powiedziano im, aby nie kupowali biletów powrotnych, gdyż nie będą im potrzebne; kiedy już dotrą do Mistrzów, będą otoczeni opieką, będą mieć wszystko, czego zapragną i naturalnie wcale nie będą chcieli wracać do Ameryki i do swoich domów. Niektórzy z nich tak mocno w to wierzyli, że aby móc przyłączyć się do wyprawy sprzedali cały swój dobytek. Czyż nie zapewniano ich, że kiedy dotrą do miejsca przeznaczenia, nie będą potrzebowali już pieniędzy?

Cała grupa, ze Spauldingiem na czele, w wyznaczonym czasie przybyła do Kalkuty. Kiedy w końcu przyjechali do Tiruwannamalai, pozostało ich dwanaście osób, gdyż po drodze niektórzy zrezygnowali. W Kalkucie zatrzymali się w hotelu, podczas gdy Spaulding kontaktował się z Mistrzami i dowiadywał się co robić dalej. Co dzień rano ulatniał się, prowadząc swą tajemniczą misję i co wieczór wracał z jakimiś wymówkami. Ludzie naturalnie zaczęli się niecierpliwić i coś podejrzewać. Wszyscy bardzo chcieli się dowiedzieć, kiedy wreszcie przystąpią do ostatniego etapu ich pielgrzymki. Napięcie wzrosło do tego stopnia, że Spaulding nie był już w stanie kontrolować sytuacji. Któregoś dnia wrócił i ogłosił, że spotkał Paula Bruntona, który zaprosił ich wszystkich do złożenia wizyty w aśramie Śri Ramany Maharishiego na południu Indii. Nigdy nie sprawdziłem, czy rzeczywiście spotkał wtedy Bruntona, zapomniałem go o to spytać. Wtedy właśnie część osób opuściła grupę, a pozostali wraz z przewodnikiem udali się do aśramu. Dla przedsięwzięcia, które okazało się kompletnym fiaskiem, takie pomyślne zakończenie było rzeczywiście wielkim szczęściem, ponieważ inaczej nikomu z tych ludzi nigdy nie przyszłoby do głowy, by dotrzeć do Maharishiego. Tutaj zatrzymali się jakiś czas, po czym powoli zaczęli się rozjeżdżać.

Właśnie w tym czasie w aśramie Śri Aurobindo w Pondicherry zapowiedziano darśan. Spaulding zabrał tam wszystkich pozostających z nim jeszcze podopiecznych. Przypadek zdarzył, że zatrzymali się w tym samym hotelu co Paul Brunton, który również przyjechał na darśan. Brunton powiedział mi potem, że pewnego wieczoru po kolacji Spaulding został przyparty do muru; członkowie grupy jeden po drugim oskarżali go o oszustwo twierdząc, że cała historia o Mistrzach jest czystym wymysłem, a on sam nigdy przedtem nie był w Indiach. Spaulding jednak pomimo liczebnej przewagi grupy bronił się dość dzielnie. Jednemu z uczestników zarzucił nieuczciwy zarobek na sprzedanych grupie biletach, pozostałym zaś kolejno inne wykroczenia, tak że udało mu się w końcu wszystkich uciszyć. Z Pondicherry ci, których rzeczywiście pociągało życie duchowe, wrócili do Bhagawana, między innymi również Spaulding. Dostrzegłem w nim coś, co sprawiło, że go polubiłem. Wyglądał na człowieka uczciwego, lecz rzucało się w oczy, że ulega omamom. Opowiedział mi kilka fantastycznych bajek, w które sam z pewnością wierzył, wiec raczej nie powinno się go za nic winić. Gdyby nie był lekko szalony, na pewno nie miałby odwagi, by poprowadzić ekspedycję, która z góry skazana była na klęskę.

W grupie było kilka osób bardzo miłych i skromnych i czuło się, że zostali specjalnie przyprowadzeni do Bhagawana, choć w taki dziwny sposób. Pamiętam dobrze małżeństwo Taylorów. Pan Taylor był emerytowanym urzędnikiem pocztowym. Oboje bardzo przywiązali się do Bhagawana. Pewnego dnia pani Taylor, siedząc w holu przy Bhagawanie powiedziała do niego: „Bhagawanie, ja chcę Urzeczywistnienia Jaźni”. „Czekaj” – odpowiedział Bhagawan – „ono przyjdzie w swoim czasie”. „Nie!” – odpowiedziała – „tak nie jest dobrze. Ja chcę teraz i tutaj”. Bhagawan próbował jej tłumaczyć, że gdy będzie gotowa, wtedy wszystko odbędzie się prawidłowo. Lecz ona nalegała. Musi to dostać teraz i Bhagawan musi to dla niej zrobić. Bhagawan nie powiedział nic, tylko spojrzał jej w oczy i patrzał tak jakieś pięć minut. Nagle wybuchnęła płaczem i wybiegła z holu, lecz nie chciała potem nikomu powiedzieć, co się z nią stało.

Był jeszcze inny starszy gentleman, dr Hands. Zdaje się, że pozostał jeszcze w aśramie, gdy wszyscy pozostali już wyjechali. Ostatniego wieczoru przed swym odjazdem wygłosił w holu odczyt na temat Indii i indyjskiego rolnictwa, poruszał w nim wiele zagadnień, o których miał zaledwie blade pojęcie. Pisał książkę, która miała dać rozwiązanie wszystkich problemów indyjskich, lecz nie wiem, czy została kiedykolwiek opublikowana.

W czasie wojny w ogóle nie czytałem gazet. Zresztą przestałem je czytać jeszcze przed wybuchem wojny. Przyznaję, że była to pewna forma ucieczki, ale nie udało mi się uciec zbyt daleko, gdyż nawet najbardziej uprzejmi i sympatyczni Hindusi nie pomijali żadnej okazji, by przyjść do mnie i krakać, że alianci przegrają. Niezwłocznie zawiadamiali mnie o każdej ich klęsce. W ten sposób moim kosztem pozbywali się swoich zadawnionych uraz, z których wiele było skutkiem politycznej propagandy ich przywódców, nie mówiąc już o wrodzonym poczuciu niższości, spowodowanym ich pozycją rasy podbitej. Jednak pod koniec wojny stali się znacznie mniej komunikatywni. Wielu z nich zdało sobie sprawę z tego, co mogłoby się stać z Indiami, gdyby wygrały państwa Osi. Kraj zostałby ogarnięty chaosem. Ale chociaż ja nie czytałem gazet, Bhagawan czytał. Bardzo dokładnie informował mnie o każdej wzmiance, dotyczącej rezydentów brytyjskich, na przykład o tym, aby zgłaszać się do British Society, która to instytucja była odpowiedzialna za rekrutację obywateli brytyjskich. Naturalnie pozostawał niewzruszony w stosunku do tego, co działo się na wojnie. Prawdopodobnie patrzył na nią jako na jeszcze jeden obrót kołowrotu karmana. Podobno miał kiedyś powiedzieć: „Kto wie, a może Hitler jest Mędrcem, narzędziem boskim?” Hitler był na pewno człowiekiem przeznaczenia. Błędem byłoby stwierdzenie, że jego czyny nie były złem. Dla mędrca nie istnieje dobro ani zło. Jest tylko działanie – spontaniczna aktywność, lub inaczej bezczynna aktywność Tao. W takim przypadku nie powstają więzy karmiczne. Bardzo wątpliwe, aby czyny Hitlera były tak bezinteresowne, chociaż nie jest to niemożliwe.

Przed przyjazdem do Indii czytałem o ludziach takich, jak Edward Carpenter, Tennyson, oraz o innych, którzy mieli przebłyski czegoś, co nazywają Świadomością Kosmiczną. Zapytałem o to Bhagawana. Czy to możliwe, aby raz osiągnąwszy Urzeczywistnienie Jaźni, ponownie je utracić? Oczywiście, że tak. Na poparcie tego stwierdzenia Bhagawan wziął tekst Kaivalya Navanitam i poprosił tłumacza, by przeczytał mi wskazany przez niego fragment. W początkowych etapach sadhany było to całkiem możliwe, a nawet należało się tego spodziewać. Dopóki nie zniknie ostatnie pragnienie bądź przywiązanie, człowiek będzie ponownie wciągany do świata zjawisk, wyjaśniał. Przecież to tylko nasze wasany nie pozwalają nam przebywać zawsze w naszym naturalnym stanie, a wasan nie możemy się pozbyć wszystkich naraz momentalnie, ani też w błysku Świadomości Kosmicznej. Ktoś mógł zlikwidować znaczny ich zasób w poprzednim wcieleniu, pozostawiając niewiele do zrobienia w tym życiu, ale zawsze muszą najpierw zostać zniszczone.

Przypomniał mi się Ramakrishna, który powiedział, że tak długo, jak choćby jedno pragnienie pozostaje niespełnione, człowiek musi się narodzić, by je zaspokoić. Opowiadał, jak sam miał kiedyś pragnienie by założyć jedwabną szatę i złoty pierścień na palec, usiąść i zapalić fajkę. Któregoś dnia poprosił Mathurę Natha, by zdobył dla niego te przedmioty. Gdy je dostał, zasiadł nad brzegiem Gangesu ubrany w jedwabną szatę, ze złotym pierścieniem lśniącym na palcu i zapalił fajkę. Wówczas powiedział sobie: „Teraz jestem ubrany w jedwabną szatę, popatrzcie na mój złoty pierścień, tak, i palę sobie fajkę”. Przez jakiś czas rozkoszował się tym, po czym wstał, wrzucił pierścień do rzeki, zdarł z siebie jedwabną szatę, podeptał ją i napluł na nią i połamał fajkę. Zaspokoił już swoje pragnienie i nie miał zamiaru robić tego ponownie.

Ale przypuśćmy, że ktoś już pozbył się prawie wszystkich swoich wasan; w jaki sposób faktycznie zachodzi wtedy osiągnięcie Jaźni? Na to pytanie Bhagawan odpowiedział mi, że w początkowym stadium sadhany osoba, która medytuje regularnie, zwykle najpierw wchodzi w trans, trwający około pół godziny. Jeśli potem kontynuuje swój tapas w sposób prawidłowy, to takie samadhi będzie się powtarzać coraz częściej. W ten sposób prowadzony przez nie uczeń może dojść do tego, że będzie myślał tylko o tym, by usunąć się w jakieś spokojne miejsce i medytować bez przeszkód. Do czasu, kiedy ugruntuje się w stanie Jaźni, całkiem straci zainteresowanie wszystkimi innymi sprawami. Potem medytacja nie będzie już potrzebna, ponieważ osiągnie on sahadźa-samadhi, czyli swój naturalny stan. Ale nie ma tutaj ścisłych reguł. Niektórzy mogą osiągnąć ten stan cicho, niepostrzeżenie, nawet bez potrzeby medytacji. Tym niemniej, tłumaczył Bhagawan, chociaż nie wyróżnia się stopni urzeczywistnienia Jaźni, to zachodzi pogłębianie się czyjejś sadhany, tak, jak to wyjaśniono powyżej.

W indyjskiej terminologii duchowej spotykamy terminy takie jak: manolaja, sawikalpa- samadhi, nirwikalpa-samadhi i sahadźa-samadhi. Osoby nie obyte z tą terminologią mogą się w tym miejscu poczuć zakłopotane.

Manolaja to po prostu czysty (pusty) umysł. Adwajtystom często zarzuca się, że dążą do osiągnięcia tego stanu, co jest zupełnie absurdalne, choć zdarzało mi się spotykać ludzi, którzy twierdzili, że jest to ich celem, a osiągniecie tego byłoby dla nich największym szczęściem. Zwracałem ich uwagę na to, że przecież mogą wchodzić w ten stan każdej nocy, gdy śpią głębokim snem. Po cóż więc podejmować rozmaite wysiłki i spędzać wiele godzin na medytacji, jeśli można po prostu położyć się do łóżka?

Aby to zilustrować Bhagawan zwykle przytaczał opowieść o joginie, który praktykował tapas nad brzegiem Gangesu. Polecił kiedyś uczniowi, by poszedł po wodę, a sam w tym czasie wszedł w stan manolaji. Po upływie tysiąca lat wyszedł z transu i natychmiast zażądał wody. Ale przy nim leżał już tylko szkielet ucznia, Ganges zmienił swój bieg i cała okolica wyglądała inaczej. Jaki pożytek przyniósł tak długotrwały trans? Była to tylko pustka, w której czas się zatrzymał.

Sawikalpa-samadhi jest stanem głębokiej kontemplacji, gdy jest się zatopionym w spokoju, ale wciąż pozostaje świadomość własnej tożsamości. Jest się świadomym tego, że się kontempluje i można świadomie kontynuować swoją sadhanę.

W nirwikalpa-samadhi osiąga się stan, w którym indywidualne poczucie „ja” ginie i jest się całkowicie zatopionym / zanurzonym w najwyższej Jaźni. Niezależnie jak długo trwa, jest to tylko stan tymczasowy, w końcu powraca się do zwykłej świadomości. W tym stanie człowiek nie może normalnie funkcjonować i tak długo, jak stan ten trwa, jest się w transie. Zwykle jest to przygotowanie do ostatecznego, najwyższego stanu. Ale Bhagawan osiągnął sahadźa-samadhi pomijając wszystkie pośrednie stany. Wiele osób uważa nirwikalpa-samadhi za stan najwyższy i kiedy już go osiągną, nie szukają dalej.

Sahadźa-samadhijest ostatecznym i najbardziej błogosławionym stanem, celem wszystkich joginów. Tutaj indywiduum całkowicie zlewa się / łączy się z Najwyższą Jaźnią. Jego poczucie siebie, które znikło w nirwikalpa-samadhi, potężnieje i jest teraz Najwyższą Jaźnią i człowiek rozpoznaje siebie jako Najwyższą Jaźń. Transowe stany nie są już potrzebne, człowiek może nadal prowadzić zwykłe, codzienne życie, ale już nie utożsamia się z tym, co robi i patrzy na wszystko jak na sen. Nie ma już nic więcej do zrobienia, nie pozostało nic, co można by osiągnąć. Jest to Najwyższy Stan Absolutnego Szczęścia. Ale w prostych słowach Bhagawana jest to JAŹŃ, i każdy może ją urzeczywistnić poprzez poznanie samego siebie.

Słowo joga znaczy połączenie, ma wspólny źródłosłów ze słowem jarzmo. Są cztery podstawowe szkoły jogi: dźńana, bhakti, hatha i karma, lecz istnieje także znaczna liczba szkół pomocniczych (uzupełniających), które są zwykle kombinacją dwóch z wyżej wymienionych. W przypadku każdej z tych szkół prawie niemożliwe jest wydzielenie którejś z głównych szkół jako podstawy sztywnego systemu. Jak mówił Bhagawan, by poznać Boga (dźńana, ścieżka mądrości), trzeba Go pokochać (bhakti,ścieżka miłości). By Go z kolei kochać, trzeba Go poznać, a tutaj pomocne są w pewnej mierze praktyki hatha-jogi i karma-jogi. Na hatha-jogę składają się różne ćwiczenia, postawy ciała (asana) i pranajama, natomiast karma-joga to joga bezinteresownego działania, które polega na recytowaniu Wed, odprawianiu pudźi oraz codziennych rytuałów oczyszczających. Istnieje też wiele pomniejszych szkół, takich jak tantra, kundalini i inne.

Bhagawan oczywiście nigdy nie nauczał żadnej z nich, chociaż, co było wyjątkowe, byłem raz świadkiem, jak dawał instrukcje do jogi pewnemu hindusowi z Północnych Indii, praktykującemu jakąś odmianę kundalini-jogi. Można to wytłumaczyć jedynie w ten sposób, że Bhagawan musiał być przekonany, iż tylko w taki sposób człowiek ten jest w stanie osiągnąć postęp. Lecz z reguły radził ludziom, by nie tracili czasu na podobne praktyki, ale zmierzali prosto do celu praktykując atma-wićarę.

Wspomniany wyżej jogin z północy pojawił się w aśramie któregoś wieczoru na kilka miesięcy przed odejściem Bhagawana. Dostał specjalne zezwolenie na prywatną audiencję. Oczywiście musiał z Bhagawanem rozmawiać przez tłumacza, i to od tłumacza właśnie dowiedziałem się o tym zdarzeniu, choć widziałem rozmawiających przez okno.

Człowiek ten powiedział Bhagawanowi, że praktykuje kundalini-jogę; że potrafi podnieść energię do wysokości którejś z kolei ćakry, ale że w tym miejscu utknął i nie może posunąć się dalej. Co powinien w tej sytuacji zrobić? Bhagawan udzielił mu szczegółowych wskazówek i jogin pożegnał się całkowicie usatysfakcjonowany.

W naszych czasach klasycznymi przedstawicielami tych czterech rodzajów jogi są: dźńana – Śri Ramana Maharishi; bhakti – Śri Ramakriszna Paramahamsa; joga – Śri Aurobindo z Pondicherry i karma – Śri Śankaraćarja z Kanćipitam, jedyny, spośród nich, jeszcze żyjący.

Bhagawan wychodził na spacery kilka razy dziennie i czasami opowiadał nam, że widział wewnątrz góry wielkie miasto z okazałymi budynkami i ulicami. Wszystko to było bardzo tajemnicze. W mieście tym widział wielkie zgromadzenie sadhu, recytujących Wedy. Obecni byli wśród nich prawie wszyscy regularni uczniowie Bhagawana, mówił również, ze i ja tam byłem. Ktoś zauważył, że była to tylko wizja. „Wszystko to jest tylko wizją” – odpowiedział Bhagawan, mając na myśli nasz świat – „Tamto jest tak samo realne, jak to”.

Wiemy, że Mędrzec jest poza czasem; że przeszłość i przyszłość mieszczą się całe w jego teraźniejszości, więc intrygowało mnie, czym właściwie była ta wizja sadhu. Czy było to coś, co zdarzyło się w przeszłości? Nie czułem, żeby tak było, chociaż Bhagawan mówił, że byłem tutaj niegdyś. A może było to coś, co dopiero wydarzy się w następnym wcieleniu? Któż może to wiedzieć? Bhagawan w tym miejscu nie pomagał. „Nie wiem, co to znaczy” ­– mówił.

Jak już wspominałem, dla adwajtysty nie ma czegoś takiego jak reinkarnacja. Jeśli ego jest kompletnie nietrwałe, to cóż może się ponownie wcielać? Bhagawan zawsze zaprzeczał temu, żeśmy się w ogóle urodzili, więc w jaki sposób ktoś nie narodzony miałby się narodzić ponownie? „Dociekaj i sprawdź, czy jesteś narodzony teraz” – instruował nas. Jednak potwierdzał istnienie reinkarnacji tym, którzy wierzyli w realność ego.

Któregoś wieczoru w holu rozmawialiśmy o reinkarnacji. W chwili, gdy Bhagawan właśnie wstawał, by pójść na kolację, powiedziałem żartem „Ale Alan Chadwick nigdy przedtem nie był się narodził”. „Co? co on powiedział?” – zapytał ostro Bhagawan. „Powiedział, że nigdy przedtem się nie rodził” – przetłumaczył ktoś błędnie. Oczywiście nic takiego nie powiedziałem. Miałem na myśli tylko to, że jakąkolwiek formę przybierało ego w przeszłości, nigdy nie nosiło nazwy ani formy obecnego Alana Chadwicka, ale było jakąś zupełnie inną osobą. Ale Bhagawan, odpowiadając na błędne tłumaczenie, powiedział prędko: „O, tak, rodził się, cóż bowiem przywiodło nas tu wszystkich ponownie?”

Nigdy nie pytał, co przywiodło nas do niego, ale co przywiodło nas do ponownie do Arunaćali. Tak całkowicie utożsamił się z Górą. Ta odpowiedź, chociaż wywołana pomyłką tłumacza, była dla mnie bardzo przyjemna, bo Bhagawan potwierdził dawną znajomość między nami. Muszę więc stale być przy Nim, aż do Urzeczywistnienia Jaźni, po którym nie będzie już więcej odrębnego „on” i „ja”. Często powtarzałem, że muszę osiągnąć Urzeczywistnienie w tym wcieleniu, albo Bhagawan będzie musiał narodzić się ponownie, żebym mógł być przy nim. Więc dla swojego własnego dobra musi dopilnować, abym osiągnął swój cel w tym życiu. Bhagawan tylko się uśmiechał. Chociaż było to mówione półżartem, kryła się za tym fundamentalna prawda.

Bhagawan bardzo interesował się pracami przy budowie świątyni, wznoszonej nad grobowcem jego matki. Towarzyszył pracującym przy każdej nowej czynności, związanej z budową, często kładł ręce i błogosławił rozmaite przedmioty, umieszczane w murach świątyni. Nocami, w samotności, wielokrotnie okrążał wznoszoną budowlę. Fakt, że w tak widoczny sposób angażował się w tym przedsięwzięciu, musiał mieć bardzo głębokie znaczenie. Było to tak wyjątkowe, że wiele osób nie chciało w to w ogóle uwierzyć, ale sam byłem naocznym świadkiem tych zdarzeń i mogę zaświadczyć o ich prawdziwości.

Bhagawan osobiście doglądał wycinania z bloku granitu Śri Meru-ćakry, która została umieszczona wewnątrz świątyni po zakończonej budowie i jest obiektem, któremu wierni regularnie oddają cześć. Jej krawędzie mają długość około 1,5 stopy. W noc poprzedzającą wigilię święta kumbhabhiszeku osobiście nadzorował jej zainstalowanie. Noc była wyjątkowo upalna, a dodatkowo paliły się trzy ogniska, potrzebne do przygotowania cementu, co sprawiało, że było duszno i gorąco nie do wytrzymania, a jednak Bhagawan przez półtorej godziny siedział tam i mówił robotnikom, co mają robić.

Ostatniej nocy przed świętem Bhagawan wyszedł w procesji otwierając drzwi do holu i świątyni, i udał się wprost do świątyni wewnętrznej, gdzie stał około 5 minut i położywszy dłonie na Śri-ćakrę, błogosławił ją. Tak się złożyło, że tej nocy byłem cały czas przy nim, choć zwykle w czasie podobnych ceremonii trzymam się na uboczu. Dziwne to, ale wówczas coś kazało mi trzymać się blisko Bhagawana. Dzięki temu mogłem lepiej zrozumieć jego głębokie zainteresowanie świątynią, a w szczególności Śri-ćakrą. Pozwoliło mi to później, po odejściu Bhagawana, przyczynić się do przekonania kierownictwa aśramu, aby Śri-ćakra-pudźa była odprawiana regularnie sześć razy w miesiącu. Trudno mi wytłumaczyć tak niezwykłe dla Bhagawana działanie. Może chodzi o to, że Śiwa musi zawsze przebywać w towarzystwie śakti, inaczej świat stanie w miejscu. Za życia Bhagawana odprawiono tę pudźę tylko raz, krótko po otwarciu świątyni. Pamiętam, że Bhagawan odmówił wtedy pójścia na wieczorny posiłek, lecz pozostał do końca nabożeństwa. Ktoś zauważył, że było to wspaniałe i że dobrze byłoby odprawiać tę pudźę regularnie. „Tak” – odpowiedział Bhagawan – „ale komu będzie się chciało podjąć ten trud?” Trud został podjęty i z pewnością ma błogosławieństwo Bhagawana.

Myślę, że nikt z piszących o Bhagawanie i o aśramie nie zwrócił dotąd uwagi na niezwykły fakt, że mamy oto tutaj świątynię poświęconą przez Mędrca; takie miejsca są w świecie wyjątkowo rzadko spotykane i prawdopodobnie są bardzo ważne. Liczni przybysze, odwiedzający aśram mają zwykle czas tylko na odwiedzenie grobu Bhagawana. Osobiście nie mam pretensji do tego, by zrozumieć, dlaczego Bhagawan to zrobił, ani jakie będą tego skutki; pewien jednak jestem, że skoro w taki sposób poświęcił świątynię, to musi być ona miejscem wyjątkowym, z którego duchowa moc promienieje na całe Indie.

Zostaw komentarz