Co to jest obowiązek

Swami Wiwekananda

Ażeby móc studiować karma-jogę, trzeba wiedzieć, co to jest obowiązek. Jeżeli mam cokolwiek zrobić, muszę najpierw dokonanie tego uznać za swój obowiązek i dopiero mogę działać. Sama idea obowiązku jest pojmowana bardzo rozmaicie w różnych krajach. Muzułmanin uznaje za obowiązki nakazy swej księgi – Koranu, Hindus mówi, że Wedy wskazują mu obowiązki, a chrześcijanin przyjmuje jako obowiązki to, co wyczyta w Biblii. Stwierdzamy więc, że nie ma jednej idei obowiązku, przydatnej we wszystkich okolicz­nościach życia, w różnych okresach historii, u różnych narodów. Podobnie jak innych słów z terminologii abstrakcyjnej i uniwersalnej, słowa „obowiązek” nie da się określić jasno i jednoznacznie. Pojęcie to możemy uchwycić dopiero poznając stosowanie go w praktyce i skutki tego stosowania.

Kiedy jesteśmy świadkami jakichś zdarzeń, mamy skłonność – wro­dzoną lub nabytą – reagowania na nie. Kiedy ta skłonność da znać o sobie, umysł zaczyna rozważać sytuację, niekiedy dochodzi do wniosku, że trzeba postąpić w określony sposób; kiedy indziej, w takich samych okolicznoś­ciach, uznaje, że takie zareagowanie byłoby złe. Pospolite pojmowanie obowiązku wyrażane bywa słowami, że każdy człowiek szlachetny powinien słuchać głosu swego sumienia. Ale co czyni dany czyn obowiązkiem? Gdyby chrześcijanin zagrożony śmiercią głodową nie zjadł kawałka woło­winy, będącego jedynym dostępnym mu pożywieniem, ani by nie dał tego mięsa innemu wycieńczonemu, musiałby być przekonany, że nie spełnił obo­wiązku. Gdyby natomiast hindus ośmielił się jeść wołowinę i dać ją współwyznawcy, byłby również przekonany, że postąpił wbrew swemu obowiąz­kowi, taki bowiem obowiązek wpojono mu przez wychowanie. W ubiegłym stu­leciu były w Indiach bandy morderców, nazywanych thugami; ci uważali za swój obowiązek zabijanie i ograbianie wszystkich ludzi, których udało im się dopaść bezkarnie, a za najlepszych wśród siebie uznawali szczycących się najwyższa liczbą ofiar. Na ogół każdy człowiek, któremu zdarzy się zabić innego, żałuje tego i wie, że źle uczynił. Ale ten sam człowiek w mundurze wojskowym zabije nie jednego, lecz dwudziestu ludzi, i będzie zadowolony ze spełnienia w ten sposób obowiązku.

Widzimy wiec, że nie można określić obowiązku według spełnianego czynu. Toteż nie jest możliwe danie obiektywniej definicji obowiązku. Jednakże – subiektywnie rzecz biorąc – istnieje dla nas obowiązek. Każ­de działanie zbliżające nas ku Bogu jest działaniem dobrym i odpowiada naszemu obowiązkowi; każdy czyn, który nas poniża i oddala od Boga, jest zły i nie odpowiada naszemu poczuciu obowiązku. Ze stanowiska subiektywnego możemy stwierdzić, że niektóre czyny wprawiają nas w nastrój pod­niosły, uszlachetniający, inne zaś brutalizują nas i pozbawiają poczucia godności. Ale nie udaje się ściśle określić, jakie czyny działają tak do­datnio, a które ujemnie na wszystkich ludzi, na ludzi różnego pochodze­nia i różnego stanu. Mimo to istnieje jednak jedyna idea obowiązku, uznana i przyjęta przez całą ludzkość, bez różnicy epoki, sekty i kraju, a brzmi ona w przekładzie z aforyzmu sanskryckiego tak: „Nie wyrządzaj zła nikomu. Nieszkodzenie żadnej istocie jest cnotą, szkodzenie którejkolwiek istocie jest grzechem”.

Bhagawad-gita wspomina w wielu miejscach o obowiązkach, wynika­jących z pochodzenia i z sytuacji życiowej. Pochodzenie oraz stanowisko oso­biste i społeczne określają w znacznej mierze postawę moralną jednostki, jej zachowanie się i stosunek do różnych form działania. Ideały społe­czeństwa, do którego należymy, decydują, co nam przypadło jako działanie wywyższające nas i uszlachetniające. Ale musimy pamiętać, że to bynajmniej nie jednakowe ideały uznawane są we wszystkich krajach i we wszystkich społeczeństwach; nieświadomość tego jest jedną z głównych przyczyn niena­wiści miedzy narodami. Amerykanin myśli, że najlepsze jest to, co zgadza się ze zwyczajami jego kraju, jest też przekonany, że ludzie nie stosujący się do tych zwyczajów muszą być zepsuci. Hindus myśli, że jego zwyczaje są jedynie słuszne, a kto nie stosuje się do nich, musi być człowiekiem najgorszym w świecie. Jest to błąd zupełnie naturalny i wszyscy jesteśmy skłonni popełniać go. Ale jest to postawa bardzo szkodliwa i jest – co najmniej w połowie – przyczyną nietolerancji na świecie. Kiedy przybyłem do Ameryki i poszedłem na wystawę w Chicago, ktoś idący za mną szarpnął mój turban. Odwróciłem się i odezwałem do tego człowieka; był to elegancko ubrany jegomość, zmieszał się bardzo, kiedy usłyszał, że władam angielskim. Innego dnia, na tej samej wystawie, inny przechodzień popchnął mnie umyślnie. Na zwróconą mu uwagę, również zmieszał się i wybełkotał: „Po co się pan tak ubiera”? Ci ludzie mogli darzyć sympatią tylko ludzi mówiących ich językiem i ubierających się tak jak oni. Taki przesąd przyczynia się do tym gorszego traktowania ludzi przy ujarzmianiu narodów słabszych przez potężne. Pod działaniem tego przesądu wysycha w ludziach źródło sympatii do podobnych sobie. Człowiek, który zapytał, dlaczego nie ubieram się tak jak on, i chciał bić mnie z powodu mego odmiennego ubierania się, był zapewne dobrym ojcem rodziny i spokojnym obywatelem, ale cała jego uprzejmość zniknęła, kiedy ujrzał inaczej odzianego. We wszystkich krajach cudzoziemcy są wyzyskiwani i nie umieją się obronić, a powróciw­szy do ojczyzny szerzą złą opinię o krajach, w których przebywali. W krajach obcych marynarze, wojskowi, kupcy zachowują się w sposób bardzo swawolny, chociaż nie ośmieliliby się na to u siebie; być może dlatego Chińczycy nazywają Europejczyków i Amerykanów „zamorskimi diabłami”. Nie mogliby użyć tych słów, gdyby poznali Zachód od strony lepszych wartości.

Pamiętajmy, że przy ocenianiu tego, co inne narody uważają za obowiązki, należy starać się postawić siebie na ich miejscu; nie wolno nam własną naszą miarą oceniać wartości obcych zwyczajów. Nie jestem miarą wszechświata. To ja mam przystosować się do świata, a nie świat do mnie. Stwierdzamy przecież, że środowisko wpływa na przemianę naszych obowiązków, toteż najlepsze, co mogę uczynić, to spełniać swe obowiązki, które przypadają w danym czasie i miejscu. Wywiążmy się z za­dań, przypadających nam z racji urodzenia, a kiedy to spełnimy, zajmijmy się obowiązkami stanowiska i uczestniczenia w życiu społecznym.

W naturze człowieka jest pewien wrodzony niebezpieczny błąd; to, że człowiek nigdy nie „egzaminuje” siebie. Wierzy, że jest uzdolniony do rzą­dzenia co najmniej jak król. Nawet gdyby tak było, powinien najpierw poka­zać, że dał sobie radę z tym, co do niego należy; dopiero potem staną przed nim wyższe zadania. Kiedy zaczynamy poważnie działać w szerszym świe­cie, spadają na nas ciosy z różnych stron i szybko trafiamy na swoje miejsce. Nikt nie utrzyma się długo na stanowisku, jeżeli nie ma odpowied­nich uzdolnień. Daremne żale: właściwościami obdarza nas natura. Wykonują­cy pracę mniej ważną może wcale nie być człowiekiem gorszym od innych. Nikogo nie należy oceniać według rodzaju jego obowiązków; wszystkich trzeba oceniać według sposobu, w jaki się z tego wywiązują i nastroju, w jakim pracują (własnej ich oceny pracy).

Zobaczymy dalej, że i ta idea obowiązku ulega przemianie, i że naj­większe dzieła mogą być dokonywane tylko tam, gdzie nie ma już wcale bodź­ca egoizmu. Jednakże to praca z poczucia obowiązku doprowadza nas do tego, że pracujemy bez przymusu, nie pod naciskiem obowiązku; kiedy praca staje się adoracją, a nawet czymś jeszcze wyższym, wtedy będzie wykonywana z samego zamiłowania do pracy. Zobaczymy, że filozofia obowiązku, ocenia­na pod względem wpływu na moralność i uczucie umiłowania, jest taka sama jak w każdej innej jodze: celem jest powściąganie niższego ja, żeby praw­dziwa Jaźń mogła jaśnieć, powstrzymanie trwonienia energii w niższej sferze istnienia, żeby dusza mogła przejawiać się w sferach wyższych. Osiąga się to przez nieustanne odrzucanie pożądań niższych, jak wymaga tego stanowczo obowiązek. Każda organizacja życia społecznego powstawała i rozwijała się w ten sposób, świadomie bądź nieświadomie, przez ogranicza­nie egoizmu jednostek przy udziale w pracach zbiorowych; takie hamowanie egoizmu otwiera drogę poszerzaniu się w nieskończoność tego, co jest rze­czywiste w naturze człowieka.

Obowiązek rzadko kiedy bywa ponętny. Dopiero kiedy miłość wytycza drogę, przestaje się odczuwać jej wyboistość. Cóż innego mogłoby podziałać tak, żeby rodzice znieśli trudy wychowania dzieci, a dzieci pamiętały o rodzicach? Czyż nie widzimy dokoła tarć i zahamowań we współżyciu? Tylko miłość czyni obowiązek przyjemnym i tylko na wolności rozkwita miłość.

Ale czy to miłością jest poddawanie się zmysłom, wybuchom gniewu, zazdroś­ci i stu innym małostkom, atakującym człowieka w życiu codziennym? Najwyższym przejawem wolności jest omijanie i cierpliwe znoszenie zadraś­nięć wszystkimi takimi kolcami, którymi jest najeżona nasza droga. Kobiety, niewolnice temperamentu gniewliwego i naładowanego zazdrością, skłonne są oczerniać mężów i mówić o tym, co uważają za swoją „wolność”, a nie zdają sobie sprawy, że w ten sposób tylko potwierdzają, że są niewolnicami. To samo dzieje się z mężami, którzy zawsze mają coś do zarzu­cenia żonom.

Czystość jest pierwszą cnotą mężczyzny i kobiety. Rzadko to bywa, że­by mężczyzna, choćby najdalej ześliznął się z uczciwej drogi, nie dał się na nią sprowadzić przez miłą, czystą, kochającą małżonkę. Świat nie jest jeszcze tak bardzo zepsuty. Wszędzie słyszy się o mężach brutalnych i rozwiązłych mężczyznach, ale czyż nie ma tyluż złych i brutalnych kobiet? Gdyby wszystkie były takie dobre i szlachetne, jak w nas wmawiają, jestem przekonany, że nie byłoby na świecie ani jednego mężczyzny brutala. Czy istnieje brutalność aż tak dzika, żeby łagodność i czystość nie mogły jej rozbroić?[1]

Dobra żona, o czystych intencjach, dla której każdy mężczyzna poza jej mężem jest jak dziecko, która zachowuje się jak matka wobec wszystkich, zdobywa przez swą czystość taką moc, że największy brutal musi odczuwać jej świętość. Tak samo każdy mężczyzna powinien traktować wszystkie kobiety – oprócz swej żony – jako matki, córki lub siostry. Natomiast każdy mężczyzna, który chce nauczać religii, powinien każdą kobietę poważać jak własną matkę i odpowiednio zachowywać się względem niej.

Matkom przypada w hierarchii świata miejsce najwyższe, to, na którym można nauczyć się i praktykować bezinteresowność najbardziej wzniosłą. Jedynie umiłowanie Boga może przewyższać miłość macierzyńską, wszystkie inne stopnie miłości są niższe. Matka z poczucia obowiązku myśli najpierw o dzieciach, potem o sobie. Jeżeli jednak dzieje się inaczej – jeżeli rodzice myślą zawsze najpierw o sobie, stosunki między nimi i dziećmi układają się jak u ptaków, których pisklęta po wyrośnięciu, już jako zdol­ne do lotu, nie rozpoznają rodziców. Mówię wam:  Błogosławiony mężczyzna, który w każdej kobiecie dostrzega boskie macierzyństwo. Błogosławiona kobieta, która w każdym mężczyźnie dostrzega ojcostwo boskie. Błogosławio­ne dzieci, dla których rodzice są przejawieniem Boga na ziemi.

Jedynym sposobem postępu jest spełnianie najbliższego obowiązku, po nim następnego najbliższego i tak zawsze, aż nabierzemy sił do osiąg­nięcia stanu najwyższego.

Młody sanjasin udał się do pustelni w lesie, oddawał się tam medy­tacjom i praktykowaniu jogi przez czas bardzo długi. Po latach ćwiczeń i starań pewnego dnia, kiedy siedział pod drzewem, spadło mu na głowę parę suchych listków. Spojrzał ku górze i zobaczył kruka i żurawia, walczących na wierzchołku drzewa. Wprawiło go to w złość, toteż krzyknął w gniewie: „Co?! Ośmielacie się rzucać liście na mą głowę!” Mówiąc to, raził spojrzeniem naładowanym gniewem walczące istoty; smuga ognia błys­nęła z jego głowy (była to moc, którą zdobył ten jogin) i spopieliła oba ptaki. Poczuł zadowolenie, niemal radość kipiącą w nim z przejawienia swej mocy: Jednym spojrzeniem spalił kruka i żurawia!

Wkrótce potem musiał pójść do miasta z miseczką po prośbie o strawę, zwyczajnie jak sanjasin. Kiedy przed jednym z domów zatrzymał się, mówiąc:

– Matko, daj mi posiłek. – zza drzwi zamkniętych usłyszał:

– Poczekaj chwilę, synu”

„Przeklęta babo – pomyślał młodzieniec – jak śmiesz mnie zmuszać do oczekiwania; nie znasz mej mocy!” Ledwie to pomyślał, głos zza drzwi znowu przemówił:

– Chłopcze, nie bądź zarozumiały. Nie ma tu ani kruka ani żurawia.

Zdziwiony i przerażony oczekiwał aż wyszła ku niemu gos­podyni domku, wtedy padł przed nią na ziemię i zapytał:

– Matko, skąd wiesz o tym?

Odpowiedziała mu:

– Chłopcze, nie znam twej jogi ani jej praktyk. Jestem zwykłą kobietą. Kazałam ci czekać, bo mój mąż jest chory i pielęgnuję go. Przez całe życie spełniałam gorliwie swe obowiązki. Przed ślubem służyłam rodzicom, teraz jako żona spełniam swe obowiązki względem męża – i to jest cała moja Joga. I tak właśnie spełniając swe obowiązki dostąpiłam prześwietlenia, iluminacji; dlatego mogę czytać w twych myślach i dowie­działam się co uczyniłeś w lesie. Gdybyś chciał dowiedzieć się czegoś wyższego ponad to, co ja znam, idź na targ do miasteczka X, tam znajdziesz rzeźnika z kasty wjadha; on pouczy cię więcej i to da ci szczęśliwość.

Sannyasin rozmyślał: „Po co miałbym pójść do tamtego miasteczka i po co szukać rzeźnika z kasty wjadha?” Ale umysł już mu się nieco otworzył po tym, co go spotkało, toteż udał się do wskazanego miasteczka. Na targu zobaczył grubego rzeźnika odcinającego długim ostrym nożem płaty mięsa i rozmawiającego z kupującymi. „Boże, miej mnie w swej opiece!” – zanie­pokoił się młodzieniec – „Czy ten człowiek nauczy mnie czegokolwiek? Prze­cież to jest co najmniej wcielenie jakiegoś demona!” Ale wjadha już go dostrzegł i odezwał się:

– Swami, czy to tamta kobieta skierowała cię do mnie? Usiądź i poczekaj, aż skończę pracę.

„Cóż się ze mną dzieje?” – zastanawiał się młodzieniec czekając. Rzeźnik skończył robotę, uprzątnął stragan, zgarnął pieniądze i rzekł:

– Chodź, panie, pójdziemy do mnie.

Przed domem podał sanjasinowi matę do siedzenia i prosił o poczekanie, a sam wszedł do wnętrza. Umył i oporządził ojca i matkę, dał im posiłek, służył staruszkom wszystkim, czego potrzebowali, dopiero potem wyszedł przed dom i zwrócił się do gościa:

– Przyszedłeś, panie, zobaczyć się ze mną; czym mogę ci służyć?

Sanjasin zadał mu kilka pytań o duszy i Bogu, a wjadha w odpowiedzi przytoczył pewien tekst z ”Mahabharaty”, nazywany „Wjadha-gita”. Jest to jeden z najwyższych wzlotów ducha wedanty! Kiedy umilkły słowa tej pieśni, sanjasin zdziwiony zapytał:

– Czemu jesteś w tym ciele? Dlaczego jesteś w ciele wjadhy, chociaż posiadasz taką świadomość? Dlaczego zajmujesz się pracą tak straszną i nieprzyjemną?

– Synu, – rzekł wjadha – żaden obowiązek nie jest straszny ani nieprzy­jemny. Urodzenie postawiło mnie w tym środowisku. W latach dzieciństwa nauczyłem się zawodu; nie mam dążeń światowych i umiem dobrze spełniać swe obowiązki. Staram się być dobrym ojcem rodziny i czynić, co tylko mogę dla uszczęśliwienia ojca i matki. Nie znam twej Jogi i nie stałem się sanjasinem, nie porzuciłem też świata, żeby pójść do pustelni w le­sie. Mimo to, wszystko, co widziałeś i słyszałeś, stało się mym udziałem, ponieważ spełniałem – bez dążenia do osiągnięć – obowiązki przypadające mi z racji zawodu.

Jest w Indiach mędrzec, wielki jogin, jeden z najdziwniejszych ze znanych mi ludzi. Jest to człowiek szczególny – nie chce nauczać nikogo. Odmawia wzięcia na siebie roli mistrza. Na pytania nie odpowiada od razu; mija parę dni zanim w rozmowie poruszy zagadnienie i ukaże je z godną po­dziwu jasnością. Pewnego razu ujawnił mi sekret pracy:

– Niechaj cel i środ­ki połączą się w jedno.

Podjąwszy jakiekolwiek działanie, nie myślcie o niczym innym. Dzia­łajcie jakby praca była adoracją najszlachetniejszą i poświęcajcie jej siebie w całości, póki nie skończycie. W taki sposób pracowali kobieta i wjadha z przypowieści, oddawali siebie bez reszty działaniu, a dało im to radość i doprowadziło do prześwietlenia. Jest to pouczeniem, że spełnianie obowiązków z poświęceniem bez wzdragań, w każdej sytuacji, w której stawia nas życie, i bez liczenia na zdobycz, prowadzi do najwyższego osiągnięcia – do doskonałości duszy.

Na uciążliwość obowiązków, które mu przypadają w udziale, uskarża się tylko ten, kto pracuje w celu osiągnięcia zamierzonych zysków; kto zaś wyzbył się tych więzów, temu wszystkie obowiązki podobają się jednakowo, bo są środkami miażdżenia egoizmu, zmysłowości i osiągania wolności duszy.

Wszyscy mamy skłonność do wydawania o sobie zbyt dobrej opinii. Obo­wiązki nasze są uzależnione od naszych zasług w stopniu o wiele wyższym, niż chcielibyśmy się na to zgodzić. Współzawodnictwo budzi zazdrość, tłu­mi i zabija dobroć w naszym sercu. Niezadowolony odczuwa wszystkie obo­wiązki jako nieprzyjemne, nic go nie zadowoli i skazany jest na życie złożone z szeregu niepowodzeń.

Pracujemy wykonując w każdej chwili wszystko, co staje przed nami jako doraźny obowiązek i zawsze gotowi jąć się dzieła ze wszystkich sił. Wtedy – z pewnością –światłość nas ogarnie.


[1] Autor nie znał hitleryzmu! (Przyp. tłumacza)

Zostaw komentarz