Każdy może być wielki tam, gdzie się znajdzie

Swami Wiwekananda

Według filozofii sankhji w przyrodzie działają trzy siły nazywane w sanskrycie słowami: sattwa, radźas i tamas. Wobec tego, że przejawiają się one we wszechświecie fizycznym, możemy uznać, że odpowiadają temu, co nazywamy: stanem zrównoważenia, stanem aktywności i stanem bezwładu. Tamas jest to typ ciemności i braku działania; radźas jest ruchliwym działaniem, a wyraża się przez przyciąganie i odpychanie; sattwa jest zrównoważeniem tamtych sił.

Te trzy siły działają w każdym człowieku. Niekiedy tamas zyskuje przewagę; stajemy się ociężali, nie stać nas na decyzję, siedzimy bezczynnie, przygnębieni przez ponure myśli albo po prostu obojętni. Kiedy indziej opanowuje nas pęd do działania; nachodzą nas wreszcie chwile spokoju, głębokiego zrównoważenia obu tamtych sił. W każdej jednostce najczęściej jedna z tych sił góruje nad pozostałymi. Znamy ociężałych, leniwych, którym trudno jest zdobyć się na czyn samodzielny; inni ruchliwi, czynni, szukają okazji przejawienia swej mocy, wyładowania energii w działaniu; w jeszcze innych zadziwia nas łagodność, słodycz, uprzejmość – równowaga czynu i powściągliwości. Tak też w całym dziele stworzenia, we wszystkich istotach – w ludziach, zwierzętach i roślinach możemy obserwować przejawienia mniej lub więcej wyraźne tych sił tak odmiennych.

Karma-joga bardzo poważnie traktuje te trzy czynniki, poucza nas, czym one są, jak sobie z nimi radzić, a przez to pomaga nam we władaniu sobą, swym postępowaniem. Społeczeństwa ludzkie są organizacjami wielowarstwowymi i wielopionowymi. Każdy z nas zna pojęcie moralności i obowiązek, ale widzimy też, jak moralność jest pojmowana rozmaicie w różnych krajach. To, co w jednym kraju jest uznawane za moralne, będzie uważane za najzupełniej niemoralne w innym. Są na przykład krainy, w których dopuszczalne jest zawieranie małżeństw między bliskimi krewnymi, w innych uważane jest to za bardzo niemoralne. Są ludy, u których zakazane jest mężczyźnie poślubienie wdowy po bracie; w niektórych krajach małżeństwo dozwolone jest raz w życiu, w innych wiele razy, itp. W innych sprawach dotyczących moralności różnice są nie mniejsze. Mimo to jesteśmy przekonani, że powinny istnieć powszechne, uniwersalne zasady moralności.

To, co nazywamy obowiązkiem jest również najrozmaiciej pojmowane przez różne ludy. Bywa tak, że niewykonywanie pewnych czynów oceniane jest u jednych jako zaniedbanie obowiązków, u innych zaś dokonanie takiego czynu uznane będzie za zły postępek. A jednak wiemy, że musi istnieć jakieś powszechnie uznane pojęcie obowiązku. Jest też tak, że pewna klasa społeczeństwa uważa za swój obowiązek wykonywanie określonych prac, inna zaś klasa odrzuca ze zgrozą samą myśl o zajęciu się tymi pracami. Dwie drogi otwierają się przed nami: droga ignoranta, wyobrażającego sobie, że jest jedno jedyne dojście do prawdy, druga zaś droga mędrca, stwierdzającego, że moralność i pojęcie obowiązku ulegają zmianom w zależności od nastawienia umysłowego i warunków życia, w których tkwimy. Ważne jest stwierdzenie, że są różne stopnie moralności i pojmowanie obowiązków, że w określonych warunkach bytowania, w określonej serii okoliczności ustala się swoista norma obowiązku, w innych zaś warunkach zakres obowiązku nie może być taki sam.

Rozpatrzmy taki przykład: wszyscy wielcy nauczyciele mówili, że nie należy sprzeciwiać się złu, że niesprzeciwianie się jest najwyższym ideałem moralności. Cóżby się jednak stało, gdyby znalazła się poważniejsza grupa ludzi, usiłująca wprowadzić w życie tę zasadę bez najmniejszych kompromisów?! Wszelki ład społeczny uległby rozbiciu, złoczyńcy zawładnęliby naszym życiem i naszym dobrem, poniewieraliby nami jak im się spodoba. Zastosowanie takiego niesprzeciwiania się złu chociażby przez jeden dzień doprowadziłoby do katastrofy. Jednakże czujemy intuicyjnie, w głębi serca, słuszność pouczenia: „Nie sprzeciwiajcie się złu”. Czujemy, że jest to ideał najwyższy, ale nauczanie tej doktryny równałoby się skazaniu na zagładę znacznej części ludzkości. Poza tym wpoiłoby to u ludzi przekonanie, że wciąż postępują źle, doprowadziłoby ich do nieustannych wyrzutów sumienia przy byle okazji, przy każdym postępku, osłabiłoby, a nieustanne niezadowolenie z siebie wyrządzałoby więcej szkody niż jakakolwiek inna niemoc. W kim się pojawia wstręt do siebie samego, przed tym otwiera się śliska pochylnia zwyrodnienia, a dotyczy to nie tylko jednostek, lecz także całych narodów.

Pierwszym naszym obowiązkiem jest nie dopuścić do pogardzania sobą, ponieważ do postępu na drodze życia potrzebna jest najpierw wiara w siebie, następnie wiara w Boga. Wobec tego musimy przyjąć, że moralność i obowiązek zmieniają się zależnie od okoliczności; człowiek sprzeciwiający się złu nie popełnia czynu złego, to znaczy czyn jego nie jest zły sam przez się; zależnie od okoliczności, w jakiej człowiek się znajdzie, sprzeciwianie się złu może stać się jego bezwzględnym obowiązkiem.

Wielu ludzi Zachodu, czytających Bhagawadgitę, ogarnia zdumienie, gdy trafiają w rozmowie drugiej na słowa Śri Kryszny zarzucającego obłudę i tchórzliwość Ardźunie, kiedy ten chce zaniechać walki i oporu. Ardźuna powołuje się na to, że przeciwnicy są krewniakami i przyjaciółmi, a niesprzeciwianie się jest najwyższym ideałem miłości. Jedną z wielkich lekcji, której wszyscy musimy się nauczyć, jest prawda, że we wszystkich zjawiskach i sprawach dwa krańce są do siebie podobne. Pozytyw i negatyw są – w swej krańcowości zawsze podobne. Tak jest ze światłem i dźwiękiem, które są dla nas nieuchwytne w swych najwyższych i najniższych częstotliwościach. Tak jest z oporem i z niesprzeciwianiem się. Słaby i leniwy nie sprzeciwia się, bo nie może; silny może zadać cios potężny, gdyby zechciał, ale nie uderza i – być może – błogosławi przeciwnika. Kto nie opiera się wskutek słabości, popełnia grzech, a niesprzeciwianie się w takich warunkach nic mu nie daje, drugi – przeciwnie – zgrzeszyłby uderzając.

Kiedy Budda zrzekł się tronu, było to wyrzeczenie prawdziwe, ale nie można mówić o wyrzeczeniu się żebrakowi, który już nie ma czego się wyrzec. Powinniśmy przeto zawsze dobrze zważać, co chcemy powiedzieć, kiedy mówimy o tym niesprzeciwianiu się i miłości idealnej. Powinniśmy najpierw zbadać, czy mamy w sobie tę moc oporu, czy też jej nie mamy. Jeżeli ją mamy i nie użyjemy tej siły, oszczędzimy przeciwnika, może to być wielki akt miłości. Jeżeli zaś jesteśmy słabego ducha, nie stać nas na opór, ale chcemy wmówić w siebie, że to wyższe pobudki miłości skłaniają nas do ustępowania, popełniamy czyn krańcowo przeciwny i niegodny. Widok potężnej armii w szyku bojowym przejął lękiem Ardźunę, rzekoma „miłość” każe mu zapomnieć o obowiązku wobec kraju i króla, dlatego Śri Kryszna strofuje go jako obłudnika: „Przemawiasz strofami mędrca, ale twoje zachowanie się zdradza cię i wskazuje, że strach cię obleciał; powstań i idź w bój!”

Taka jest idea przewodnia karma-jogi. Karma-jogin jest to człowiek, który wie, że ideałem najwyższym jest niesprzeciwianie się: wie, że to niesprzeciwianie się jest przejawieniem najwyższej mocy, którą w rzeczywistości posiadamy, wie również, iż to, co nazywamy zwalczaniem zła, jest etapem na drodze wiodącej ku przejawieniu swej mocy najwyższej, ku „niesprzeciwianiu się”. Ale przed dojściem do tego najwyższego ideału człowiek ma obowiązek sprzeciwiania się złu. Niechaj działa, niechaj walczy, niechaj uderza mocno, bez wahań! Dopiero później, kiedy nabędzie sił i zdolności wytrwania w walce ze złem, kiedy znajdzie w sobie ostoję, wówczas dopiero niesprzeciwianie się stanie się dla niego cnotą.

Spotkałem pewnego dnia w mej ojczyźnie znanego mi już człowieka o tępym umyśle, ciemnego, beznadziejnie nieudolnego, a żyjącego po prostu jak bydlę. Zapytał mnie, co trzeba robić, żeby poznać Boga, i w jaki sposób można dojść do wyzwolenia. Zapytałem go: „Umiałbyś co zełgać?” – Nie. – „To się naucz. Lepiej jest łgać niż być jak bydlę albo pień. Jesteś przerażająco bezwładny, to nie jest z pewnością stan wyższy ponad wszelkie działanie, stan ciszy i pogody; pogrążyłeś się już w tak senny bezwład, że nie stać cię nawet na złe czyny!” Był to, oczywiście przypadek wyjątkowy, toteż ironizowałem, ale chciałem dać do zrozumienia, że człowiek powinien być czynny, żeby przez działanie dojść do ciszy i spokoju.

Wszelkimi sposobami należy starać się zawsze o uniknięcie ugrzęźnięcia w bierności i bezwładzie. Czynne działanie jest zawsze pokonywaniem oporu. Stawiajcie opór wszelkiemu złu, mentalnemu czy fizycznemu, a kiedy będziecie je pokonywać dzięki takiej postawie, osiągniecie spokój. Łatwo jest mówić: „Nie żywcie nienawiści do nikogo, nie sprzeciwiajcie się złu”, ale wiemy dobrze, co to zazwyczaj oznacza w praktyce! Śledzeni bacznym okiem społeczeństwa moglibyśmy dać z siebie widowisko niesprzeciwiania się, ale w głębi serca wzdrygamy się przed tym. W niesprzeciwianiu się czujemy zupełny brak spokoju; odpowiedniejsze byłoby dla nas stawianie oporu. Jeżeli pragniecie wzbogacenia się, ale wiecie, że wszyscy dookoła uważają pogoń za bogactwem za złe, być może nie ośmielicie się zacząć walki, jednakże we dnie i po nocach będzie was zaprzątała myśl o pieniądzach. Będzie to obłuda i nic wam nie da takie zahamowanie! Zanurzcie się w wiry świata, potem, po jakimś czasie, kiedy nasycicie się doznaniami cierpień i radości, które on daje, zrodzi się w was wyrzeczenie, dopiero wtedy ogarnie was spokój. Wtedy też, kiedy zaspokoi się wasze pożądanie mocy i spełnią się wasze marzenia, nadejdzie chwila przekonania się, że są to drobiazgi, ale dopóki pragnienia niezaspokojone dręczą was, dopóki nie pozbyliście się pola zmagań, niemożliwością jest dla was wejście w spokój, w ciszę, w pogodę – dar Jaźni. Od lat tysięcy prawią kazania o pogodzie uciszenia się i o wyrzeczeniu; znamy to wszystko od dzieciństwa, ale widzimy też, jak mało ludzi doszło do tego stanu. W swym życiu nie spotkałem ani dwudziestu osób, które by naprawdę osiągnęły spokój i zdolność niesprzeciwiania się złu, a przewędrowałem już pół świata.

Każdy powinien być wierny swemu ideałowi i przykładać sił do urzeczywistnienia go; jest to pewniejszy sposób posuwania się na ścieżce niż hołdowanie ideałom obcym, których urzeczywistnienia w swoim życiu nigdy byśmy się nie doczekali. Jeżeli na przykład kazalibyśmy małemu dziecku przebiec trzydzieści kilometrów na raz, albo by umarło, albo – w przypadku jednym na tysiąc – dobiegłoby półżywe. A w taki najczęściej sposób chcemy stawiać wymagania wszystkim. Nie ma takiej grupy społecznej, w której wszyscy, zarówno kobiety jak i mężczyźni, byli jednakowo pojętni, mieli te same talenty; ideały ich muszą być rozmaite, a nam nie wolno wyśmiewać się z nich z żadnego powodu. Niechaj każdy z nas stara się jak najlepiej urzeczywistniać swój własny ideał. Nie byłoby sprawiedliwe ocenianie was według mojej miary, ani mnie według waszej. Nie należy oceniać jabłoni według cech dębu, ani od dębu żądać tego, co dają jabłonie. Trzeba je oceniać według cech ich gatunków.

Plan dzieła stworzenia jest to jednia w różnorodności. Pomimo rozległej różnorodności mężczyzn i kobiet wszystkich łączy podstawowa jednia. Odmienne charakterystyki jednostek i grup mężczyzn i kobiet są w dziele stworzenia wariantami naturalnymi. Nie powinniśmy przeto osądzać ich według jednakowych norm, ani narzucać im takich samych ideałów. Kiedy się to czyni, wywołuje się sprzeciwy i walkę, zaś to uniemożliwia ludziom wytrwanie w religijności i dobroci. Obowiązkiem naszym jest dodawanie ludziom odwagi do życia w zgodzie z najwyższym ideałem i w wysiłkach ich do zbliżenia swego ideału ku prawdzie.

W systemie moralności hinduskiej takie zróżnicowanie było przyjęte od czasów pradawnych. W pismach i księgach moralności wymieniane są odmienne reguły dla różnych klas: dla głów rodzin, dla sanjasinów (którzy wyrzekli się świata) i dla uczących.

Według ksiąg świętych hinduizmu każdej jednostce ludzkiej przypadają szczególne zadania w życiu ponad to, co jest jej udziałem jako średnia z obowiązków całej ludzkości. Hindus zaczyna życie jako uczeń, potem żeni się, ma dom i rodzinę, na starość wycofuje się z czynnego życia, zrzeka się świata i staje się „sannjasinem”. Każdemu z tych okresów odpowiadają inne obowiązki. Żaden z tych kolejnych stopni nie jest wyższy nad pozostałe; życie mężczyzny żonatego jest tak samo poważane jak życie zajętego wyłącznie sprawami religii, a pozostającego w celibacie. Zamiatacz ulic spełnia pracę dającą tyleż godności, co i obowiązki panującego. Każcie władcy zejść z tronu i zamiatać, a zobaczycie jak się zachowa; weźcie zamiatacza, a zobaczycie, jak będzie rządził. Przesądem jest mniemanie jakoby człowiek usuwający się z życia społecznego był wyższy ponad to życie społeczne, ponad uczestniczących w nim; dzielniejszy jest ten, kto działa w wirze spraw świata i czci Boga, niż usuwający się, aby wieść życie wolne i łatwe. Cztery tryby życia w dawnych Indiach sprowadzone później do dwóch: głowy rodziny i mnicha. Pierwszy, żonaty, bierze na siebie obowiązki obywatela, misją drugiego jest poświęcenie swej energii całkowicie sprawom religii, nauczania, adoracji Boga.

Przeczytam Wam wyjątki z księgi „Maha-nirwana-tantra”, orzekającej w tych sprawach, abyście dowiedzieli się, że głowa rodziny ma niełatwe zadanie, jeśli chce doskonale spełniać swe obowiązki.

Będący głową rodziny powinien poświęcić się Bogu; poznanie Boga musi być celem jego życia. Powinien mimo to nieustannie pracować i spełniać swe ziemskie obowiązki, powinien też ofiarować Bogu owoce swej działalności.

Jakże trudne jest takie nastawienie się moralne, żeby nie troszczyć się o wyniki; pomagać ludziom bez spodziewania się, że będą za to wdzięczni; zdobyć się na wielkie czyny bez dbania, czy to da sławę i zaszczyty, czy też ominie nas uznanie. Największy tchórz popisze się odwagą, kiedy go gawiedź podnieca. Głupiec zdobędzie się na bohaterstwo, jeżeli jest podziwiany przez naród, jednakże najwyższym poświęceniem ze strony człowieka jest spełnianie zawsze czynów dobrych bez zabiegania o uznanie przez otoczenie. Poważnym zadaniem głowy rodziny jest zarobkowanie, lecz bez posługiwania się kłamstwem, oszustwem i złodziejstwem; a stale powinien pamiętać, że życie jego jest poświęcone Bogu i służeniu potrzebującym pomocy.

Ojciec i matka są żywymi posłami Boga, toteż głowa rodziny musi zaspokajać ich potrzeby wszelkimi środkami; kiedy rodzice są zadowoleni z syna, Bóg również mu błogosławi. Prawdziwie dobre dziecko nigdy nie traktuje rodziców szorstko.

Wobec rodziny popełniłby grzech, gdyby postarał się najpierw dla siebie o odzież, strawę i napój, zanim zaopatrzy w to wszystko rodziców, swe dzieci, żonę i biednych. Rodzice dali mu ciało, toteż człowiek musi być gotów na tysiączne wyrzeczenia, by im się dobrze przysłużyć.

Takie same są obowiązki względem żony; nikt nie ma prawa sprawiania żonie przykrości wymówkami, każdy powinien traktować jej potrzeby, jak gdyby to była własna matka. Nawet gdyby znalazł się w położeniu najtrudniejszym i najbardziej przykrym, nie wolno mu nigdy okazywać gniewu żonie.

Kto w wyobraźni swej zniewala obcą kobietę, pogrąża się w ciemnościach piekła. Wobec kobiet mężczyzna nie powinien nigdy mówić rzeczy nieprzystojnych, nie powinien chwalić się swą siłą, ani pysznić się: „Zrobiłem to, zrobiłem tamto”.

Głowa rodziny powinien zawsze okazywać uczucia swej żonie przez podarunki, szaty, miłość i wierność, mowę łagodną i unikanie wszystkiego, co mogłoby ją wzburzyć. Człowiek, który zdobył miłość czystej małżonki, osiągnął wiele pod względem religijnym i jest cnotliwy.

A oto obowiązki względem dzieci:

Syna należy pielęgnować serdecznie przez cztery lata dziecięctwa, dbać o jego naukę aż do szesnastu lat. Kiedy skończy lat dwadzieścia, powinien podjąć pracę, ojciec wtedy ma go traktować serdecznie jako równego. Córka powinna być wychowywana w taki sam sposób, a nauka jej ma być jak najstaranniejsza; kiedy wychodzi za mąż, ojciec powinien dać jej klejnoty i bogactwa.

Dalej wymieniane są obowiązki względem braci i sióstr, dzieci braci i sióstr, jeżeli one są biedne, względem innych krewnych, przyjaciół i domowników. Następnie są też obowiązki względem współobywateli miasta lub wsi, biednych i wszystkich proszących o pomoc. Jeżeli głowa rodu jest dość zamożny, a nie pomaga krewnym i biedakom, można być pewny, że jest to brutal, niegodny miana człowieka.

Upodobanie w jedzeniu, strojach, wykwintnych fryzurach, podkreślanie uroków ciała – nie jest to godne ojca rodziny; musi być schludny, o czystym ciele i sercu szczerym. Powinien być nastawiony na działanie i zawsze gotów na pokonywanie trudności.

Wobec nieprzyjaciół głowa rodziny musi okazać się przeciwnikiem na miarę bohaterstwa; stawianie czoła jest jego obowiązkiem. Nie wolno mu zostać w zakątku, lamentować i pleść bzdur o niesprzeciwianiu się. Jeżeli nie zachowuje się godnie w obliczu wroga, nie spełnia swego obowiązku. Lecz dla przyjaciół i krewnych musi być łagodny jak jagnię.

Głowa rodziny obowiązany jest nie okazywać poważania ludziom złych czynów, żeby nie utwierdzić ich w złym postępowaniu. Ciężki zaś błąd popełniałby lekceważąc ludzi godnych poważania, dobrych. W okazywaniu przyjaźni powinien być nie przesadnie wylewny i nie spoufalać się z byle kim; powinien pierwej dobrze przyjrzeć się postępowaniu człowieka, z którym chce zawrzeć przyjaźń, zobaczyć, jak tamten traktuje innych, rozważyć to, i dopiero potem zdecydować się na przyjaźń.

O trzech rzeczach nie powinien mówić: nie celebrować publicznie własnej chwały; nie pysznić się tym, czego mógłby dokonać, ani opiniami o sobie; nie chlubić się swym bogactwem ani niczym, co mu powierzono w sekrecie.

Nikt nie powinien mówić sam o sobie, że jest biedny albo bogaty, ani przechwalać się powodzeniem. Zajęcie się kłopotami i odpowiedzialnością jest wyłącznie jego własną sprawą i jest to jego obowiązek religijny; taka postawa podyktowana jest nie tylko mądrością światową, lecz także tym, że inne zachowanie się byłoby poczytane za niemoralność.

Stanowisko głowy rodziny jest podstawą i wspornikiem całego społeczeństwa, on jest głównym zarobkującym i dawcą chleba. Biedni, słabi, dzieci, kobiety, w ogóle nie pracujący wytwórczo są utrzymywani przez niego; toteż musi podołać licznym obowiązkom, do tego zaś z kolei musi mieć w sobie dość sił moralnych, żeby nie posłużyć się środkami niegodnymi ideału. Jeżeli stał się winny słabości lub popełnienia błędu, nie powinien oskarżać się o to ani kajać publicznie; jeżeli przedsięwziął coś i jest pewien, że to się nie powiedzie, nie powinien o tym mówić. Nie ma on wcale obowiązku publicznego przyznawania się, praktykowanego gdzie indziej, a tak obezwładniającego człowieka i pozbawiającego zdolności normalnego spełniania najzwyklejszych obowiązków swego życia.

Głowa rodziny powinien gorliwie zabiegać o zdobycie dwóch rzeczy: najpierw potrzebnej wiedzy, potem bogactwa. Taki jest jego obowiązek, a jeżeli go zaniedba, będzie w pogardzie u ludzi. Jeżeli nie walczy o zdobycie pieniędzy jest uważany za niemoralnego. Jeżeli jest leniwy i zadowoli się życiem próżniaczym, jest niemoralny, ponieważ setki ludzi zależą od niego. Jeżeli zdobywa fortunę, żyją z tego setki innych.

Gdyby w tym mieście nie było setek ludzi, którzy walczyli o bogactwo i wzbogacili się, czy byłaby tu cywilizacja, te wielkie domy i szpitale?

Pogoń za bogactwem nie jest w tym przypadku złą rzeczą, ponieważ to nagromadzenie musi być wydane i rozdane. Głowa rodziny jest osią życia grupy społecznej i społeczeństwa. Ta jego działalność, zdobywania pieniędzy i uczciwe ich wydawanie, jest rodzajem kultu, ponieważ on stara się wzbogacić w sposób uczciwy i w celach szlachetnych, w praktyce więc robi to samo, co pustelnik modlący się o własne zbawienie. Obaj praktykują, chociaż w odmienny sposób, tę samą cnotę: ofiarowanie siebie działaniu w imię oddawania czci bogu i wszystkiemu, co do Niego należy.

Powinien starać się wszelkimi sposobami o dobre imię, nie powinien oddawać się grom hazardowym, nie powinien zadawać się ze złoczyńcami, nie powinien kłamać ani przyczyniać się do wprowadzenia innych w ciężkie położenie.

Często ludzie podejmują się czegoś, do czego brak im środków i nie mogą tego wykonać rzetelnie. Postępując tak, szkodzą innym. Trzeba też we wszystkich sprawach uwzględniać czynnik czasu – co w danym czasie zagraża niepowodzeniem, może w innym terminie skończyć się pomyślnie.

Głowa rodziny powinien mówić prawdę. Mowa jego ma być niebrutalna, wysławianie się uprzejme, a nie powinien wdawać się w sprawy cudze.

Głowa rodu zmierza do tego samego celu, co największy jogin, lecz podejmując prace takie, jak budowa zbiorników wodnych, sadzenie drzew przy drogach, aby dawały cień podróżnym i zwierzętom, budowanie dróg i mostów.

Działalność głowy rodziny, pozostająca w zgodzie z jego obowiązkami, jest częścią doktryny karma-jogi. W dalszej części tejże księgi jest zdanie: – „Jeżeli głowa rodziny umrze na polu bitwy w obronie kraju, albo religii, osiąga ten sam cel, do którego jogin dochodzi przez medytację”. Widać z tego, że obowiązki jednego z nich są inne niż obowiązki drugiego. Ponadto tekst ten wcale nie mówi o tym, żeby praca jednego z nich miała być poniżająca, a drugiego szlachetniejsza – każdy rodzaj działania bywa właściwy, ma odpowiednie miejsce, toteż musimy spełniać swe obowiązki w sposób dostosowany do okoliczności, w których nam żyć przypadło.

Jako idea ogólna wynika z powyższego potępienie wszelkiej słabości. Lubię tę ideę. Odnajduje się ją we wszystkich naszych (wedantyjskich) pouczeniach, dotyczących filozofii, religii czy działania. Gdybyście studiowali Wedy, znajdowalibyście w nich ciągle słowa „bez wahań” – nie lękajcie się, nie krępujcie się niczym. Wahanie jest przejawem sła­bości. Powinniśmy czynić, co mamy do zrobienia, nie zważać na drwiny i ryki śmiechu tłumów. Kto porzuca świat, aby w odosobnieniu czcić Boga, nie powinien myśleć, że pracujący wśród mas narodu niezdolni są do zwracania się ku boskości; ci zaś, którzy trudzą się pracą, aby utrzymać żonę i dzieci, nie powinni traktować porzucających świat jak zwyczajnych włóczęgów. Każdy jest wielki na swoim miejscu. Ażeby zilustrować tę myśl, opowiem wam pewną legendę.

Onego czasu pewien król zadawał takie oto pytanie wszystkim sanjasinom odwiedzającym jego kraj: – „Kto jest szlachetniejszy: czy porzucający świat sanjasin czy człowiek światowy, pełniący obowiązki ojca rodziny?” Wielu mędrców starało się znaleźć odpowiedź. Tym, którzy dochodzili do wniosku, że godniejszy jest sanjasin, król kazał to udowodnić, skoro zaś nie umieli, zmuszał ich do ożenku i założenia rodziny. Innym, którzy przyznawali pierwszeństwo rodzinie, a nie umieli tego udowodnić, król na­kazywał również urządzić się jako głowom rodzin.

Wreszcie znalazł się młody sanjasin, który na pytanie królewskie, odpowiedział:

– Każdy z nich, Panie, jest jednakowej godności na swoim miejscu.

– Udowodnij mi to – zażądał król.

– Dam ci dowody, ale musisz mi towarzyszyć i żyć jak ja przez szereg dni.

Król zgodził się i wyruszył z sanjasinem. Poszli w świat, przemierzali wiele krain, aż doszli de stolicy dużego królestwa. Trafili na wspaniałą uroczystość. Z dala już było słychać dudnienie bębnów i muzykę. Ludność odświętnie strojna gro­madziła się na ulicach, żeby słuchać głośnych obwieszczeń, wykrzykiwa­nych przez heroldów. Oto księżniczka, córka królewska, wybierze małżonka spośród godnych, zgromadzonych przed nią. Był w dawnych Indiach zwyczaj, że królewna wybierała sobie męża w taki właśnie sposób. Każda księżnicz­ka urabiała sobie ideał człowieka, którego pragnęłaby poślubić: jedne chciały najpiękniejszego, inne najmądrzejszego, jeszcze inne najbogatszego i tak dalej. Książęta okoliczni, przybrani w szaty uroczyste, przybywali na dwór królewski: niektórzy mieli własnych heroldów, sławiących ich za­lety przed księżniczką. Ona zaś, niesiona na tronie, cała w klejnotach, spoglądała dokoła i słuchała chwalby ubiegających się o nią. Dopóki nikt się jej nie spodobał, nakazywała skinieniem nieść siebie dalej i pominięci zostawali w tłumie. Skoro znalazła wybrańca uszczęśliwionego, zarzucała na niego wieniec kwiatów i ten miał zostać jej mężem.

Sanjasin i król byli widzami takiej niezwykłej uroczystości. Księżniczka jaśniała najpiękniejszą urodą świata, a wybrany przez nią miał władać królest­wem po śmierci jej ojca. Chciała znaleźć człowieka najpiękniejszego, ale nikt jej się nie podobał. Już kilkakrotnie od lat powtarzano ceremonię, a nie mog­ła wypatrzeć upragnionego. Tym razem tłumy zebrały się ogromne. Księżniczkę smutną, z wysoka spoglądającą na mijanych obnoszono z miejsca na miejsce. Zdawało się, że i teraz ceremonia odbędzie się bez zakończenia. Nagle zjawił się sanjasin, piękny jak słońce młodzieniec, przystanął na uboczu, w tłumie, i przyglądał się pochodowi. Tron z księżniczką przybliżył się. Kazała zatrzy­mać się i bez wahania rzuciła wieniec na sanjasina! Młodzieniec chwycił gir­landę i odrzucił ją wołając:

– A cóż to za kpiny? Jestem sanjasinem. Czymże jest dla mnie małżeństwo?

Król ojciec pomyślał, że ten młody człowiek jest z pewnością biedakiem i dlatego nie śmie przyjąć wyboru księżniczki, rzekł wiec:

– Wraz z córką daję ci połowę królestwa, a całe po mej śmierci!

Mło­dzieniec odmówił ponownie:

– To nie ma sensu, wcale nie pragnę małżeństwa. – I oddalił się szybko.

Królewnę ogarnęła taka fala uczucia ku młodzieńcowi, że zawołała:

– Muszę go poślubić albo umrę!

I pośpieszyła za nim. Wtedy ów sanjasin, który wiódł ze sobą króla, rzekł:

– Panie, śpieszmy i my za tymi młodymi.

Poszli więc, ale w pewnym oddaleniu.

Sanjasin, który odmówił poślubienia królewny, przewędrował kilka mil, wreszcie zagłębił się w las: królewna podążała za nim, oni zaś obaj szli jej śladem. Oddalający się sanjasin znał wszystkie zakątki lasu, toteż zniknął w nim, a królewna nie umiała go odnaleźć. Poszukiwała go długo błądząc, wresz­cie zmęczona usiadła pod drzewem i zaczęła płakać. Sanjasin z królem zbliżyli się do niej i rzekli:

– Nie płacz, wyprowadzimy cię stąd, ale jest już późno, ściemnia się. O poranku znajdziemy drogę, a teraz trzeba spocząć pod tym wiel­kim drzewem.

W koronie drzewa, w gniazdku, tuliła się para ptaszków z trojgiem piskląt. Tata-ptaszek dojrzał trzy osoby u stóp drzewa i mówi:

– Ukochana, co robić? Mamy gości, jest chłodna noc, nie ma ognia.

Pofrunął, przyniósł płonącą drzazgę i upuścił ją przed spoczywającymi. Ci dołożyli gałązek i zajaśniało ognisko. Mały ptaszek mówi do towarzyszki:

– Kochana, co czynić? Nie mamy nic do dania tym ludziom, a oni są głodni. Oni są u nas; naszym obowiązkiem jest nakarmić ich. Muszę czynić to, co mogę: dam im swoje ciało.

Rzucił się w og­nisko. Nocujący już go nie uratowali. Ptaszynka postanowiła uczynić to samo,1 żeby ofiara jej męża nie była nadaremna, i również zginęła w płomieniach. Pisklęta uznały, że ciała ich rodziców to za mało dla trzech osób, i ofiaro­wały siebie.[1]

Trzy osoby, zdziwione czynem ptaszków, nie ruszyły ich ciał i spędziły noc bez posiłku. Nazajutrz król i sanjasin odprowadzili królewnę do domu jej ojca.

Po tych zdarzeniach sanjasin rzekł do króla:

– Panie, widziałeś, że każdy jest szlachetny, kiedy jest na swoim miejscu. Jeżeli chcesz żyć świecko, bądź jak te ptaszki wciąż gotowy poświęcić się za innych. Jeżeli chcesz wyrzec się świata, bądź jak ten młody synjasin, dla które­go najpiękniejsza kobieta i królestwo nie mają wartości. Jeżeli chcesz być dobrym ojcem rodziny, niechaj twe życie będzie poświęcone dobru innych; jeżeli wybierzesz drogę wyrzeczenia, nie patrz na piękności, na złoto, ani nie pożądaj władzy, Każdy jest szlachetny, kiedy znajdzie się na swym właściwym miejscu, ale obowiązki jednych nie są takie same jak obowiązki innych.


[1] Przypowieść o samopoświęceniu się ptaszków jest w stylu buddyjskich opowieści ze zbioru pod tytułem „Dźataka-mala”, czyli „Wieniec przypowieści o żywotach poprzednich”. Niektóre z nich tłumaczył z angielskiego na polski Jan Hempel w roku 1915 podczas pobytu w Austrii. Pozostały w rękopisach (moją ręką, bo byłem „żywą maszyną do pisania” w trudnych warunkach). (Przypis tłumacza)

Zostaw komentarz