Tadeusz Głodowski – autobiografia 1895-1908

„Urodziłem się…” Stwierdzeniem tego faktu bezspornego zaczynają się wszystkie urzędowe życiorysy, muszę więc i ja tak zacząć. Ale napiszę prawdę, a z tej nie mogę się wylegitymować, bo podaję datę Prima Aprilis roku 1894, natomiast metryka i dowód osobisty temu przeczą. To nie ja łżę, lecz dokumenty są nieco lewe – i tak już pozostało. Urzędowo byłem zawsze młodszy okrągło o cały rok. Stało się tak z woli rodziców, którzy uznali, że lepiej jest pod zaborem rosyjskim dać chłopcu – później – rok czasu do namysłu, czy ma zostać w „Poiwistinju (?)” i służyć wrogom w armii carskiej, czy wiać za granicę.

 Topola Królewska - kościół2Zacząłem więc swe istnienie anonimowo, niemal konspiracyjnie. Nie byłem też jako niemowlę przypisany do żadnego z wyznań – aż – przez trzy lata. Poszedłem do chrztu w kościele katolickim[1], we wsi Topoli Królewskiej pod Łęczycą w czerwcu roku 1897. Nie była to dla mnie podróż daleka, lecz przechadzka, bo urodziłem się w domu odległym o nie więcej o 50 metrów od bocznego ołtarza, przed którym stałem się nagle niezwykle ważną osobą. Ceremonię pamiętam. Może dlatego, że staruszek ksiądz Gorczyński dał mi łyżeczkę cukru i nalał mi wody na głowę! Spodziewałem się, że to samo spotka wuja Wacława i Amandę Krengel (chrzestnych), i że im tak samo będą kapały krople wody z czubka nosa – ale tak się nie stało. Trzymali mnie za ramiona, żebym się nie wiercił, i coś mówili księdzu w białej szacie.

Na chrzcinach własnych musiałem długo siedzieć wśród samych dorosłych i to mnie nudziło. Siostrzyczki mojej Mani już nie było, zmarła wcześniej. Udokumentowane życie ochrzczonego bezwolnie zaczynałem jako jedynak.

Następne zdarzenia zatopiły się w mej pamięci. Jak przez mgłę jawiła mi się niekiedy twarzyczka siostry – uczucie tęsknoty za nią wzbudziło się we mnie w latach późniejszych pod wpływem wspomnień matki, buntowałem się wtedy przeciw swemu jedynactwu, bo wszystkie dzieci we wsi miały siostry i braciszków.

Dwa dalsze lata upłynęły mi na żywiołowym samokształceniu. Świt piękny, kolorowy[2] poszerzał się dla radosnego dziecka, odkrywającego mnóstwo istot interesujących: ludzi, psów, krów, ptaków, owadów, robaczków. Wszystko było wesołe lub groźnie, każda rzecz miała szczególny zapach – wiedzą o tym psy i dzieci, dla mnie np. jajko ptasie przez kilka godzin po zniesieniu miało szczególny, przyjemny zapach, inny kury, czajki, wróbla itd.

Topola Królewska - kościół1Hierarchia istot była zawiła i zmienna. Najważniejsi byli rodzice, po nich organista, bo wypełniał dźwiękami zapchane tłumem wnętrze kościoła, po nim najbliższą mi istotą był Burek, wielorasowy pies płowy i kudłaty, on to bowiem czuwał nade mną, a jeżeli zdarzyło się, że wyszedłem na szosę przed domem, zaraz podążał za mną, opierał się nadstawiając grzbiet, a ja chwyciwszy się jego gęstej grzywy śmiało wyruszałem w świat, najczęściej na miód do organistów.

Drugi nasz pies, Trop, czarny wyżeł gładkowłosy, nie zadawał się ze mną, był istotą wyższych zainteresowań i poważał tylko wyżły, a z ludzi wyłącznie takich, którzy wybrali już fach. Dorosłem do przyjaźni z nim dopiero w XX stuleciu, kiedy uczestniczyłem już w wyprawach. Ale i wtedy Trop przodował i był nierzadko dyrygentem akcji, bo wystawiał, bezszelestnie podchodził, padał plackiem po poderwaniu się zwierzyny, a po strzale przynosił triumfalnie zdobycz. Ja zaś zawsze byłem ostatni, też wytresowany w ruchach i nie mniej dumny niż Trop, niosłem aparaty mordu zwanego polowaniem. Ale to się zaczęło w kilka lat później.

Zdarzyło się w lecie, że Burek  towarzyszył mi w wędrówce po szosie, gdy naszło na nas stado krów powracających ze wspólnego wówczas pastwiska dworskiego[3]. Trzeba było stać – z wielkim strachem – pośrodku drogi i czekać, aż te rogate olbrzymy, wszystkie, mijając nas obwąchają, owioną podmuchami z szerokich nozdrzy stulonych w jeden kłębek psa i dzieciaka… na szczęście ani jedno krówsko nie zamierzyło się łbem na Burka ani na mnie.


Wielkie odkrycie wstrząsnęło mną i zmieniło przebieg wolnego samokształcenia. Przy podziale świeżo wyłuskanych kasztanów, tak urzekających dzieci, posprzeczali się chłopcy, czyja rozczapierzona na ziemi dłoń może służyć do podziału kasztanów na kupki. Sądzili, że większa dłoń ma więcej  palców. Wyśmiał to najmądrzejszy Jasiek:
– Wy głupie, każdy człowiek ma po pięć palców u ręki!

To było dla mnie wstrząsające odkrycie. Pobiegłem do domu i liczyłem palce u rąk mamy. Też pięć! Cała hierarchia runęła… i mama grająca na fortepianie, i organista tak pięknie grający na organach… jak im wystarcza po pięć palców? Taka równość z innymi byle jakimi istotami zaledwie pielącymi chwasty oburzała mnie. Ale nie było rady…


Wkrótce dobiło ten bunt nowe rozczarowanie światem, tak pięknym. Mama tłumaczyła mi, że będę musiał się uczyć. Sprzeciwiłem się stanowczo:
– Będę łowił ryby jak Kolibaniu (?), pójdę torf kopać.
Miało to zastąpić naukę. Wtedy mama zaczęła z innej beczki:
– Jak już będę stara, bez sił, kto się mną zaopiekuje?

Roztoczyła taki obraz swej zgrzybiałości, że to mnie przeraziło. Zawołałem niedowierzająco:
– To mama będzie miała taką pajęczynę na twarzy jak matka organisty? – i wybuchnąłem wielkim płaczem.

Wkrótce potem mama przyglądała się jak rysowałem wielkie „Ж”. Podobało mi się, bo podobne było do wielkiej szczypawki czy żuka, a poznałem je z pudełek  papierosowych. Mama mówi:
– A wiesz, jakie jest polskie to samo „Ż”?
I narysowała mi je. Ja wtedy:
– Ż, Ż, Ż… Żaba, jak będzie żaba?
Mama rysuje, ja się cieszę:
– „A” znam, wiem, że to „A”.
– Napisz mi „żaba”.

I tak pierwsze słowo uwiecznione na piśmie ucieszyło mnie, a było to ŻABA. Powtórzyłem je i dodałem komentarz:
– A błota jest tyle, tyle żab i tak pięknie śpiewają.
Mama powiedziała:
– Widzisz, pierwsza lekcja była przyjemna.
– To była lekcja?!
– Tak.
– Eeee… to ja chcę takich lekcji!

Wyszedłem poza naturę. Szczenię ludzkie, zacząłem gromadzić wiedzę człowieka, zaklętą w znaki umowne, same bez barw, zapachu, ale budzące na drogach skojarzeń te same przypomnienia w mnóstwie innych istot ludzkich. To były czary niedostępne dla nie-człowieka. Burek dobry, Trop mądry, a ja teraz poznaję coś, czego oni nie poznają… Czy mam być dumny? Nie, bo od nich dużo jeszcze powinienem się nauczyć. Ich przecież uczy wielka Matka – Natura. I nigdy nie uwierzyłem, że psy nie mają duszy.

Był rok 1900. Skończyłem sześć lat. Wiedziałem już – jak mi się zdawało – bardzo dużo, np. że mieszkamy w środku Europy. Na jesieni ojciec przestał pracować w kancelarii gminnej i tylko chodził do miasta, a tam zajmował się teatrem amatorskim. Mama zaczęła pracę nauczycielki. Przeprowadziliśmy się do małego domku szkolnego w Topoli. Powiedziałem wtedy:
– Teraz już nie mieszkamy w środku Europy – obecni a była i ciocia Helena, pianistka, i panie z Łęczycy, roześmiali się głośno. Zdziwiłem się, że środek Europy jest i w całej Topoli i w Łęczycy i dalej, nawet w Ozorkowie. Tego nie można przecież zrozumieć…

Mama siadywała teraz przez wiele godzin w dusznej izbie szkolnej, przepełnionej mnóstwem dzieci. Ojciec był najczęściej w Łęczycy, ja pilnie ćwiczyłem się w pisaniu i po polsku i po rosyjsku – siedząc przy stole w mieszkaniu. Po drugiej stronie drogi była w pobliżu kuźnia. Ciągnęło mnie tam po południu. Zaprzyjaźniłem się z niewiele starszym ode mnie synem kowala Tomaszewskiego, Mietkiem. On wtajemniczył mnie w dziwy kuźni. Próbowałem nawet „dymać” wielkim miechem!

Czas płynął szybko. Nastała zima, a z nią przykry ziąb w mieszkaniu. Domek był zbudowany specjalnie na szkołę „za pierwszych czasów pruskich” na początku XIX stulecia. Ściany były drewniane, z belek oszczędnych. Trzeba się było przyzwyczaić.

Rok się kończył. O północy z 31 grudnia 1900 na 1 stycznia 1901 nie spałem. Nie pamiętam kto mnie zbudził. Ubrany wyszedłem z rodzicami na drogę. Bicie w dzwony słychać było z dzwonnicy w Topoli, z kościołów w Łęczycy, w Tumie, podobno i z dalszych wsi. Nad miastem wykwitło światłem kilka rakiet. To witano początek nowego stulecia. Ludzie stali na drodze i rozmawiali:
– Taką chwilę przeżywa się tylko raz w życiu.
Myślałem:
– Czym jest czas?… „Tylko raz w życiu…” Co dalej będzie – tak pytali wszyscy.


Trzy lata (1901-1903) trwały szkolne nauki pod okiem matki. Zajętej nadto całodzienną pracą w przepełnionej szkole. Zakończyły się pierwszym w moim życiu ciężkim doznaniem uczuć żałoby z powodu istnej katastrofy narodowej – masowego powoływania rezerwistów na wojnę z Japonią na Dalekim Wschodzie. Odbywało się to w zimie, przed i w samo Boże Narodzenie, bo zaborcy mieli inny kalendarz „starego stylu”, spóźniający się o dwa tygodnie. Zmobilizowanych pędzono tysiącami – we dnie i w nocy – pieszo do Kutna na kolej. Z łęczyckiego przechodzili wszyscy przez Topolę, przed naszymi oknami. Poszło tak wielu znajomych. Ludzie płakali.

Odżyły wspomnienia sprzed czterdziestu lat. Nasłuchałem się wtedy opowieści o Powstaniu Styczniowym, żywo jeszcze pamiętanym przez starszych. Przybyło mojemu rocznikowi wiele pojęć, przedtem nie znanych, na przykład te ze słów dawnej piosenki: „Do Azji precz, potomku Czyngishana!” Dzieci prosiły o objaśnienia, okazało się, że umieli je objaśnić nie tylko moi rodzice, lecz także kowal, stolarz, organista i światlejsi gospodarze, niemal wszyscy. A w świetle wspomnień odzyskiwał godność patrioty stary zapijaczony dróżnik, Wawrzon.

Dzieci nasiąkały patriotyzmem, głęboko i na całe życie, bo wszyscy byli do głębi poruszeni losem swoich bliskich, zabieranych na niemal pewną śmierć za obcą sprawę.

Trzeba się było jednak uczyć – i to po rosyjsku, żeby zdać do gimnazjum. Były przeszkody. Przewaliła się przez nasze strony fala epidemii. Szkarlatyna nie ominęła i mnie. Szkołę na parę tygodni zamknięto. Rodzice opiekowali się mną troskliwie. Przeżycie umierania pozostało mi w pamięci na całe życie, chociaż nie zdołałem przekroczyć progu śmierci… Na wiosnę nie doliczyłem się wielu z najbliższego koła zabaw – chłopców i dziewczynek. Odeszli na drugi brzeg.


W lecie roku 1904 znalazłem się drugi raz w życiu w Warszawie. Teraz nie pytałem mamy o pomnik Mickiewicza, który tutaj był najważniejszy, bo już wiedziałem, że jest dalej, nie koło stacji, ale głównie dlatego, że rozumiałem powagę chwili. Czekające mnie egzaminy były ciężką przeprawą – głównie dla matki. Udało się. Potem odbył się przegląd kandydatów już przepuszczonych przez sito. Stanąłem i ja przed czterema brodaczami w mundurach z różnymi złoceniami  (jak pierniki toruńskie – mówił ojciec).

– skolko dietiej u twajej matieri? – usłyszałem pierwsze pytanie.
– wosiemdziesiat – odparłem szybko.
Cztery wyzłocone postacie zatrzęsły się od śmiechu.
– A ty katoryj?
– Ja adin.
Zdumienie uspokoiło ich, zastanawiali się, wreszcie zapytali.
– A kto twaja mat’?
– Uczitelnica.
– Aaa, w tom to i dieło!


Nie pytali już o nic, tylko podpisali przyjęcie mnie w poczet uczniów wstępnej klasy „Piatoj mużskoj fiłołogiczeskoj gimnazji”.

Tresowali nas pętaczków srogo. Przed lekcjami dyżurny sprawdzał ubiór każdego: guziki u kurtki, pas rzemienny z klamrą, „gałstuk” na szyi pod kołnierzem, a niekiedy – jeszcze w szatni – szynel błękitny, czapkę, znaczek na niej i baszłyk z sierści wielbłądziej do nakładania w razie śnieżycy. Po takim przygotowaniu trzeba było usiąść i położyć obie dłonie na wierzchu ławki. Po wejściu nauczyciela – wstanie na baczność i gromkie: „Zdrawia żełajem…”.

Uczniowie Polacy bali się najwięcej, Żydzi mało, Rosjanie wcale, bo czuli się jak u siebie. Po kilku tygodniach, kiedy podczas dużej przerwy spacerowałem z kolegą Smoleńskim, Polakiem, po szerokim korytarzu zajadając bułkę z serdelkiem, ktoś położył mi ciężko rękę na ramieniu. Obejrzawszy się ujrzałem nad sobą brodę dyrektora Brzezińskiego:
– Ty razgawariwał pa polski – dwa czasa karcjeru. Ty toże – dodał zwracając się do mego kolegi.

Zostaliśmy w klasie zamknięci na klucz, a było nas kilkunastu. Wtedy dopiero zaczął się cyrk! Dwaj rośli, starsi od nas chyba o dwa, trzy lata moskale – chyba Kiczigin, a drugi też podobnego nazwiska – wskoczyli na ławki, zdjęli  pasy z klamrami, chwycili je za luźne końce i wymachując tą bronią nad głowami zaczęli pojedynek. Pochowaliśmy się pod ławkami, ale i tak nie jeden oberwał, a gieroje walczący chwalebnie posiniaczyli się nawzajem. Przy następnych okazjach, a podejrzewaliśmy, że sami starają się o zostanie w kozie, udoskonalili swą taktykę bojową: chwytali co słabszych malców, żeby trzymać ich przed sobą jako żywe tarcze.

Oprócz zastraszania nieustannym terrorem byliśmy poddawani zabiegom rusyfikacyjnym, niekiedy dość skutecznym. Pierwszy sposób to pilnowanie, żebyśmy brali do czytania książki z biblioteki szkolnej, drugi – obowiązek należenia do chóru. W rosyjskim przekładzie poznałem wtedy Marka Twaina: Przygody Tomka Sawyera. Zachwyciłem się treścią, wobec zaś piękna tego utworu na plan dalszy odsunęła się niechęć do mowy zaborców.

W chórze śpiewałem w altach: „(?) Najile-ee-eta prawosla-a-awny ruskij car…”. Na szczęście nie trwało to długo. Któregoś dnia brzęk szyb w oknach klasy, wybijanych kamieniami przez manifestantów z ulicy, przerwał lekcję. Był to znak, że zaczyna się strajk szkolny! Szczerze znienawidziłem rosyjską szkołę, toteż z wielką radością powitałem nagłą zmianę.

Znowu znalazłem się na wsi z rodzicami, zaniepokojonymi zmianą zauważaną w wytresowaną na ponuraka synu. Żeby nie tracić czasu, program szkolny przerabiałem w domu. Na jesieni roku następnego (1905) ponownie znalazłem się w tymże gimnazjum, lecz już w klasie pierwszej. Szkół polskich jeszcze nie wywalczono, rewolucja dopiero się zaczynała. Na „stancji” było nas trzech chłopców i dwóch studentów politechniki. W szkole – znów tenże terror i lęki te same. Teraz posługiwano się uczniami, wykazującymi zamiłowanie do szpiegowania, wyznaczanymi często na dyżury. Wpadłem za brak „gaustuka” już w pierwszym tygodniu – tym razem w kozie było nas z kilku klas ze dwudziestu, ale tylko przez godzinę.

Zaczynaliśmy oceniać nauczycieli, a raczej podpatrywać ich śmiesznostki. Zabawny był historyk, chudy, wysoki eks-oficer uczący geografii. Sam wiedział tylko tyle ile było wydrukowane w podręcznikach. Zdarzyło się, że zadał pytanie, co to jest „bieregowa linia”, a kiedy odpowiadający zaczynali odpowiedź swoimi słowami, przerywał, stawiał dwójkę i natychmiast powtarzał ten sam ceremoniał z następnym – widać było, że upaja się takim tępieniem… Kiedy z kolei zapytał mnie, powtórzyłem słowa z podręcznika: „eto linia sonikosnowienia suszi z moriem”. To go zatrzymało w rozpędzie – zdziwił się, chwilkę milczał, postawił mi piątkę, potem – innym już tonem – kazał zawiesić mapę na tablicy i coś objaśniał – słowo w słowo według podręcznika.

Koledzy byli źli na mnie za przerwanie wybuchu, bo spodziewali się czegoś niezwykłego z tej jego pasji. Tłumaczyłem się, że mam dobrą pamięć i odpowiedziałem odruchowo według podręcznika. Kazali mi dać dowody dobrej pamięci. Wtedy zaryzykowałem i podczas duże pauzy nauczyłem trzech kolegów, oczywiście Polaków, tekstu pieśni Na barykady. Sam usłyszałem ją od studentów politechniki. Nasiąkaliśmy przecież mnóstwem wiadomości poza szkołą.

Był już rok 1905. Ostatni rok siedziałem w karcerze za… trudno powiedzieć za co. Była nas gromada na podwórzu podczas dużej pauzy. Coś rozweseliło wszystkich i głośno, radośnie krzyczeliśmy biegając, w tym zamęcie podrzucaliśmy afisz z napisem „wysoczajszij manifiest”. To już uznano za przejaw buntu. Dyrektor też z pewnością bał się, że oskarżą go, jeżeli nikogo nie ukarze. Badano nas. Jako świadek koronny wystąpił dyżurny „Galhiem”, syn kupca zeznający przy konfrontacji z każdym jednako „on toże kriczał”. Był to mój drugi i ostatni areszt o charakterze politycznym w czasie nauki w szkole rosyjskiej.


rewolucja1905-5 - żandarmi rozpędzają demonstrantów w Warszawie Rewolucja roku 1905 wstrząsnęła krajem i Warszawą. Po krwawej masakrze na Placu Teatralnym, po odwecie bojowców PPS na Placu Grzybowskim – miasto wieczorami wyglądało jak oblężone. Byłem na stancji z synem dyrektora szkoły kolejowej w Skierniewicach, często na niedzielę zabierano nas obu do jego rodziców. Wracaliśmy raz późno  z nauczycielem tamtej szkoły, którego obecność zastępowała nam bilety i to lepszej klasy. Pociąg się spóźnił, mieliśmy więc okazję ujrzenia dziwnej scenerii na ulicy Marszałkowskiej.

Ulica opustoszała, wystawy pozasłaniane deskami, ale mimo to dużo szkła z szyb na chodnikach. Część latarni gazowych porozbijana. Skrajem jezdni po obu stronach suną powoli żołnierze piechoty z karabinami na „gotów broń”. W pustce i półmroku słychać tylko powolne – przytłumione na brukowanych kostkach luksusowego bruku – stąpania tych długich stonogich patroli, pośpieszne staccato kroków nielicznych przechodniów, echa dalekich strzałów i częste nawoływania parowozów. Dla nas jedenastolatków były to pamiętne chwile, zapowiedź niespodzianek i wielkich zdarzeń, tym droższe i świętsze, jeżeli na kwaterze zjawiał się młodzieniec, któremu trzeba było zmieniać opatrunek i przenocować go. Uczyliśmy się wiele, były to jednak najczęściej słowa pieśni, z których fragmenty pamięta się na zawsze, jak np. słowa „Czerwonego Sztandaru”.

rewolucja1905-Krakowskie Przedmieście 27 w Warszawie2Ze szkołą rosyjską zerwaliśmy. Liczba mnoga oznacza tu większość społeczeństwa polskiego. Znowu trzeba było wracać na wieś. Przeniosłem się na krótko do ciotecznej siostry matki, pani K., żony cukiernika przy ulicy Podwale 1. Tam z balkonu pierwszego piętra obserwowałem nie do zapomnienia sceny uliczne na Placu Zamkowym, wówczas bardzo ruchliwym, wraz z Placem Teatralnym uważanym za centrum miasta.

Oto wieczór dość ciepły, chyba na wiosnę roku 1906. Plac jasno oświetlony, tłumy mieszkańców dzielnicy snują się dość swobodnie, jakby lekceważąc policję i oddane jej do pomocy oddziały piechoty przeczesujące całe towarzystwo. Policja zatrzymuje niektórych mężczyzn i rewiduje na miejscu, zaglądając statecznym mieszczuchom nawet pod melonik na łysinę. Słychać z oddali histeryczne krzyki, ale nikogo to nie płoszy. Od Nowego Zjazdu wojsko dodane do pomocy policji wlecze jak ryby w niewodzie kilkadziesiąt osób wrzeszczących… Ciągną w Podwale do komisariatu. Gromady opierających się i krzyczących histerycznie popędzano kolbami.

Jeszcze nie ustał zamęt, a w tłum przechodniów wkracza pikolak z cukierni niosący uroczyście wielki tort z piramidą, nakryty jednak starannie białym burnusem papieru. Zmierza w stronę Piwnej obok rewidowanych… ciotka zaniepokojona zawołała: „Jasiu!” Ale w tym kalejdoskopie wszystko szybko się zmienia: tort jest już daleko, rewidowani nadal lekceważą policję, a jako ekstra numer wjeżdża na plac kilka odkrytych sześcioosobowych samochodów. Każdy innego koloru. To złota młodzież z bogatych rodzin mieszczańskich przybyła pysznić się i nadawać tonu. Ciotka ucieszyła się: „Mają rację, muszą przecież pokazać się w salonie, a nasz plac to salon Warszawy”. Auta były jeszcze nowością i świadectwem bogactwa. Ich właścicieli nie rewidowano, ani nie popędzano kolbami.

Tamże, na rogu Podwala i Senatorskiej, przed domem już nie istniejącym usłyszałem z ust weterana z roku 1863 strzępy opowieści o masakrze pochodu patriotycznego w roku 1861:

Warszawa_1861-02-1861 kozacy przed kościołem św Anny„…wyszli z Podwala śpiewając… Nowakowski z krzyżem na przedzie, ludzie za nim. Dwurząd żołnierzy na placu… oficer krzyczy: „Rozejść się!”. Szli jak zaczarowani… Salwa! Nowakowski pada… Ale krzyż nie upadł, podchwycił go inny i szedł dalej. Druga salwa. Teraz padł on i krzyż… Tak, tak, było tu krwi gdzie stoicie, zapamiętajcie”.

Powiedział w liczbie mnogiej, bo już był obok mnie kolega Więckowski ze starego miasta i ktoś z porannych gości z cukierni. Wiele lat później dowiedziałem się, że tym drugi,  który  padł razem z krzyżem był Landy, ze znanej warszawskiej rodziny tego nazwiska.  Czy to nie dziwne miasto nasza Warszawa, i czyż nie są dziwni ludzie tej stolicy, lekceważący okupantów do ostatniej chwili życia?!

Zapamiętaliśmy – i to, i wiele innych już naocznych dla nas zdarzeń. A malcy, głuptaski zaśmiecali sobie pamięć byle czym. Przykład: Do ciotki mej, przyszła znajoma z malcem pięcioletnim, wychuchanym, wystrojonym. Ciotka wspomniała, że mąż zajmuje się głównie „górką z bilardem”. Malec odruchowo wtedy wyrecytował: „A Suworow z Katarzyną grają w bilard pod pierzyną!” Efekt był wspaniały. Nabytek ten pochodził z twórczości Starego Miasta warszawskiego, przenikającej i do sfer bogatszych.


Wróciłem na wieś. Znowu znalazłem się w Topoli wraz z rodzicami. Otrząsałem się z przykrych wspomnień i cieszyłem się myślą o szkole polskiej. Ale szkoła miała zacząć się na jesień roku 1906. Czasu było jeszcze sporo. Zmieniło się moje otoczenie, inne były przyjaźnie. Przyjaciele wczesnego dzieciństwa – Trop i Burek – już nie żyli, rówieśników moich też wielu pochłonęła szkarlatyna.

Towarzyszami moimi byli chłopcy z rodzin gospodarzy – wszyscy pracujący, bo spełniali różne obowiązki w gospodarce rodziców. Najłatwiej było spędzić parę godzin w lecie na błotach tj. na pastwiskach z rówieśnikami pasącymi krowy – w sierpniu piekliśmy ziemniaki podbierane bez pytania z pobliskich zagonów. Te znajomości uczyły mnie i złego i dobrego. Nabrałem ambicji żeby przydawać się do czegoś w domu, toteż chętnie przynosiłem z pola szkolnego odległego o pół kilometra duże płachty chwastów dla krowy, cierpliwie też siekałem w korycie marchew pastewną i buraki dla drobiu.

Ale z wiekiem zmieniały się też zainteresowania. Naprzeciw szkoły była kuźnia – poznawałem jej tajniki z zapałem, a dzięki zaprzyjaźnieniu się z Mietkiem, synem kowala, dostąpiłem godności zastępcy dymającego wielkim miechem i sam opanowałem tę umiejętność. Poznałem rozległą gamę dźwięków kucia – od głuchego, ustępliwego stękania żelaza rozpalonego do białości, przez coraz śmielsze sprzeciwy, aż do poszczekiwania przy coraz twardszym oporze stygnięcia. Kucie koni, naciąganie obręczy na bose koła, mozolne gwintowanie śrub, wstawianie zębów bronom i szereg innych robót poznałem z wielokrotnego przyglądania się im, a niekiedy i drobnej pomocy, oraz ze skutków, do których wliczałem – oprócz samego dzieła – także zmęczenie, ociężałość i pot na czołach wykonawców. Cieszyła też mnie każda okazja drobnej pomocy. Już samo dymanie pouczyło mnie czym jest dłuższy wysiłek. Wspominam te chwile, bo dały mi podstawę do ocen pracy człowieka na dalsze lata, po prostu na całe życie.

Przyjaźń z Mietkiem, starszym o dwa lata, ceniłem sobie bardzo i poważałem go. Wzbierało w nas obu pragnienie dokonania czegoś ważnego. Szara powszedniość nasunęła nam okazję. Było to w roku bodajże 1906, kiedy to tysiące robotników łódzkich nękanych nędzą z powodu tzw. „lakantu”, czyli zamknięcia fabryk włókienniczych przez właścicieli w odpowiedzi na ruch strajkowy, snuły się po kraju szukając ratunku.

Nie przyłączyliśmy się do akcji rewolucyjnej, nie – to przerastało nasze możliwości, ale postanowiliśmy zdziałać coś na miarę własnych sił. Oto szosa przez Topolę – z Łęczycy do Kutna – była straszliwie dziurawa, pełna głębokich wyboi, pomimo udekorowania jej pięknie ułożonego w pryzmy tłucznia z granitu. Te pryzmy, bielone wapniem po krawędziach, czekały nie wiadomo na co.

Pięknego dnia spotkałem się z Mietkiem na drodze.
– Wiesz – mówił do mnie – widziałeś wójta, organistę i tych gospodarzy, co tak rozprawiali na zakręcie? Biadają, że jest tak źle, że nawet ta szosa jest już do niczego. No i powiedzieli, że dopiero synowie zmienią coś na świecie.

To nas olśniło: Jak synowie to przecież i my?! Po co czekać? Można dać przykład i zrobić chociaż trochę. I przystąpiliśmy do dzieła: Zapełniliśmy tłuczniem najbliższą dziurę, zdradliwą, bo zamaskowaną rzadkim błotem.

Mietek fachowo dosypywał miałkiego kruszywa między większe kamienie i ubijał całość wyciągniętym skądciś drągiem. Dumnie przyglądaliśmy się wygładzonej drodze. Był to nasz pierwszy w życiu czyn społeczny, najzupełniej bezinteresowny, jeżeli nie liczyć marzenia, że stanie się przykładem, że inni ruszą do ataku na te setki pryzm kamieni i naprawią całą drogę. Lecz stało się inaczej. Przeraził nas krzyk rozpaczy organisty, pokazującego gestem tragicznym najbliższą pryzmę, naruszoną przez nas:
– Nie wolno! Kara! Bez rozporządzenia… nie wolno!

Zbaranieliśmy! Z trudem daliśmy się nastraszyć, że cała nasza robota jest to coś za co spadnie kara i na nas i na innych. Trzeba było załatać pryzmę tak, żeby nie znać było ubytku. Potem obaj dowiadywaliśmy się od rodziców, jak to jest w świecie dorosłych, że ani dziury w szosie, ani w moście nie wolno naprawić bez papierka z któregoś urzędu, chociażby ludzie i konie nogi łamali. Pozostało w nas przekonanie, że głupie i złe są takie zwyczaje, zabraniające bezinteresownemu zapobieganiu nieszczęściom.


Witaj, szkoło polska! Radosne, piękne dwa lata przeżyłem od jesieni roku 1906 do lata 1908. I w domu i w szkole polskiej w Łęczycy. Po udręce w szkole zaborczej, tu czułem się w ojczyźnie. I nauczyciele byli wspaniali, cieszyli się z nami tą szkołą polską, nawet nie tylko Polacy, lecz również „inni”, np. spolszczony Kostienko, a drugi – Niemiec – lecz jakże dla nas dobry nauczyciel Gutke. Nikt się nie bał niczego, ani nikogo, wszyscy uczyli się ile mogli. Najwspanialszy był dyrektor Niedziałkowski, kaliszanin. Traktował nas jak starszych o pięć lat i wpajał w nas godność i ambicje łęczycan. Sam wstąpił do straży pożarnej, ochotniczej, i karnie spełniał rozkazy dowódcy pododdziału, rzemieślnika. To wzburzyło kołtunów miejscowych, to też ten dzielny człowiek wychowywał nas zaledwie przez rok. Musiał ustąpić, a z nim cześć nauczycieli. Zmienił się cały kierunek wychowania.

Te dwa lata dały nam, tj. mnie i kolegom, bardzo dużo. Był to start do uczenia się i do poważnie traktowanego życia. W domu jeszcze ćwiczyłem się w grze na fortepianie, ale ważniejsza się stała inna „gra”: dykcja i swobodne poruszanie się po scenie. Tego uczył ojciec. Stylu wysławiania się strzegła matka. Podziwiam, skąd tyle kultury sama nabrała i przekazała swym uczennicom, a wśród nich mej matce, panna Laurysiewicz, kierowniczka „pensji” w Łęczycy. Pisanie gęsimi piórami, po wyciągnięciu z nich „duszy”, nie pozbawiało ówczesne panny polotu, ani dość dużej wiedzy o świecie.

Poznałem wtedy Odę do młodości Mickiewicza – szczegółowo i musiałem przekazywać tę bogatą treść subtelnościami dykcji. Zamiast nudnych rozbiorów treści była to umiejętność rzemiosła recytatorskiego. Zaborcy jednak czuwali. Raz tylko szkoła polska mogła w zimie 1907/8 wystąpić na scenie. W czerwcu 1908 władze carskie nie dały już zezwolenia. Utrwaliło to w nas opór.

Od września 1908 r. znalazłem się znowu w Warszawie, tym razem już w szkole polskiej bez praw. W przeddzień rozpoczęcia nauki spotkałem dawnego  nauczyciela z Łęczycy, Adamczewskiego, który nam pierwszy mówił o Wyspiańskim. Gdy się dowiedział, że mam być w szkole W. Górskiego zasępił się:
– Taka reakcyjna szkoła… szkoda…



[1] Kościół św. Bartłomieja Apostoła w Topoli Królewskiej. Zdjęcie z: http://lodzkie.fotopolska.eu/

[2] To nie fantazja. Kolorów wschodów i zachodów słońca w tamtych latach na przełomie stuleci już obecnie nigdy się nie widuję. Był to skutek wybuchu Krakatau, po którym w stratosferze unosiły się wielkie ilości pyłów rozszczepiających światło (przypis autora).

[3] Część wsi miała dawne uprawnienia tzw. starostowe do posyłania krów na rozległe pastwiska dworskie. Nauczyciel, pisarz gminny i organista korzystali z tych uprawnień za minimalną opłatą (przypis autora).

Zostaw komentarz