Wspomnienia sadhu – część 1

Pierwszy raz przyjechałem do aśramu Śri Ramany 1 listopada 1935 r. Dowiedziałem się o Bhagawanie z książki Bruntona A Search in Secret India i natychmiast uznałem go za swego Guru. Kiedy tylko uporządkowałem swoje sprawy, opuściłem mój dom i posiadłości na Majorce, i pojechałem do domu do Anglii, aby przed ostatecznym wyjazdem do Indii spędzić trochę czasu z moimi siostrami.

Przez kilka lat sporadycznie uprawiałem pewne ćwiczenie medytacyjne, wieczorami, gdy wracałem z pracy (byłem wtedy zatrudniony w Chile), a kiedy w końcu przeszedłem na emeryturę, w moim własnym domu. Ta moja medytacja okazała się bardzo podobna do tej, jakiej później nauczyłem się w Tiruwannamalai. Dowodziłem, że skoro Bóg stworzył świat (musi być gdzieś jakiś początek, stąd konieczność Stwórcy), to mógł go stworzyć tylko z Siebie, bo gdyby było coś innego, odrębnego od Niego, to On nie mógłby być Bogiem wszechmocnym i niezaprzeczalnym.

Uznałem więc, że poszukujący sam jest Bogiem, lub, jak ujmuje to Bhagawan, Jaźnią. Moja metoda polegała na tym, by przestać myśleć jako indywiduum, a tylko spocząć w jego Boskości: „Nie myśl. Bądź!” Rozpoznawałem oczywiście niebezpieczeństwo pustki i nie miałem złudzeń, że taka pustka mogłaby sama w sobie stanowić cel czy kres. Tę formę medytacji praktykowałem sporadycznie od roku 1924 aż do mojego przyjazdu do Tiruwannamalai w jedenaście lat później. Ale w tym czasie zdarzały mi się okresy, kiedy nie medytowałem wcale. Byłem przekonany, że nie mogę prowadzić zwykłego świeckiego życia i w tym samym czasie dążyć do duchowego osiągnięcia; dla mnie te dwie sprawy mieszkały w oddzielnych pomieszczeniach. Nie znałem wtedy jeszcze prawdy, którą głosi adwajta; że nie może być takiego podziału i że życie wśród świata jest tak samo nierzeczywiste, jak życie z dala od spraw ludzkich, lub, jeśli wola, że obie możliwości są jednakowo rzeczywiste. Jest to prarabdha, która w obu wypadkach musi być wypełniona; że w końcu nie ma takich rzeczy, jak dobro i zło, a tylko przywiązanie; że działanie jest działaniem i liczy się tylko to, czy się z tym działaniem identyfikujemy, a nie działanie samo w sobie. Ciągle wierzyłem w znaczenie moralności jako takiej, jako zbioru absolutnych standardów i dlatego moja medytacja nie mogła być niczym więcej, jak tylko spazmatycznym wysiłkiem.

Bez wątpienia z pewnych względów, przynajmniej na początek, było to dobre, gdyż w początkowych etapach trzeba mieć jakąś regułę lub jakiś rodzaj kodeksu, aby utrzymywać należyte skupienie na tym, co się robi, chociaż z czasem ten kodeks stanie się niepotrzebny i automatycznie sam odpadnie. A jednak z biegiem lat nabrałem przeświadczenia, że moje nastawienie nie było prawidłowe i że jakkolwiek wygląda nasze życie, powinno się codziennie choć krótki czas poświęcać praktyce medytacji, najlepiej wcześnie rano.

Bez wątpienia wymyślona przeze mnie metoda uciszania umysłu i skupiania się na mojej własnej istocie, za którą uznałem Boga, niewiele tylko różniła się od metody odkrywania Jaźni poprzez ciągłe dociekanie i poszukiwanie Świadka, której nauczał Bhagawan. Miałem szczęście, że prawda przyszła do mnie tak łatwo. Naturalnie zgadza się to z tym, co powiedział Bhagawan: „Chadwick był z nami przedtem, był jednym z nas. Miał pragnienie, by urodzić się na Zachodzie i teraz to jego pragnienie jest już zaspokojone”. Wygląda więc na to, że pamięć nauki, otrzymanej w poprzednim wcieleniu, przyniosła owoc w obecnym.

Przyjechałem do Tiruwannamalai porannym pociągiem. Był początek zimy, poranek był jasny i czysty, i natychmiast uderzyła mnie cudowna atmosfera tego miejsca. Czułem, że chciałbym tu pozostać, tak była silna. Na stacji przywitał mnie Ganapati Śastri. Prosiłem aśram, by kogoś po mnie przysłał i oczywiście pomyślałem, że jest to ta osoba. Okazało się jednak, że chociaż kiedyś był z nimi zaprzyjaźniony, w międzyczasie wypadł z łask i nie był upoważniony, by po mnie wyjść. Wysłannik aśramu w ogóle się nie pokazał, widząc, że już ktoś inny się mną zaopiekował, po co się trudzić?

Ganapati Śastri pracował kiedyś w miejscowym magistracie i był od lat uczniem Bhagawana. Miał specjalne upodobanie do bladych twarzy i lgnął do każdego Europejczyka czy Amerykanina, którzy przyjeżdżali do aśramu. Lecz trzeba zapisać na jego dobro, że bardzo pomagał nowoprzybyłym.

W aśramie dostałem izbę w świeżo wybudowanym w pobliżu magazynu domku, który dzieliłem z Annamalai Swamim przez trzy i pół miesiąca, do czasu, kiedy wybudowano dla mnie chatę na terenie aśramu. W tej chacie mieszkam do dzisiaj.

Około siódmej Bhagawan wrócił ze spaceru, który zwykle odbywał po śniadaniu i wszedłem za nim do starego holu. Dano mi krzesło tuż przy drzwiach, na wprost niego. Miejsce to zajmowałem przez parę miesięcy, dopóki nie zdałem sobie sprawy, że ludziom się to nie podoba. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że siadanie na tej samej wysokości, co Guru, lub nawet w ogóle siadanie w jego obecności na krześle, hindusi uważają za oznakę braku szacunku. Pomimo lat praktyki, miałem wtedy i mam w dalszym ciągu, poważne trudności z siedzeniem na podłodze, obojętnie jak długo. Potem uszyłem sobie specjalny bawełniany pas do medytacji, który obejmował moje plecy i uniesione kolana. Z jego pomocą mogłem siedzieć wygodnie całymi godzinami. Joginowie regularnie używają takich pasów i choć może zabrzmi to dziwnie, nie miałem o tym zielonego pojęcia, kiedy wymyśliłem swój. Bhagawan powiedział mi, że jego ojciec też miał taki pas, lecz nie używał go publicznie. Któregoś dnia kilku chłopców weszło do holu i gdy zobaczyli mnie medytującego w pasie, zapytali Bhagawana: „Za jakie przewinienie on został związany?” Bhagawana, który miał wielkie poczucie humoru, bardzo to ubawiło. W każdym razie, pomimo że mój pas rzucał się w oczy, tak bardzo zależało mi na medytacjach w obecności Bhagawana, że używałem go przez wiele lat.

Trudno mi dziś opisać wrażenia z mego pierwszego spotkania z Bhagawanem. Odczuwałem ogromny spokój jego obecności, jego wielkoduszność. Nie miałem wrażenia, że spotykam go po raz pierwszy. Zdawało mi się, że znałem go zawsze. Nie było to nawet jak odnowienie dawnej znajomości. Było to coś, co trwało stale, choć przez jakiś czas nie byłem tego świadomy. Teraz wiedziałem.

Pomimo tego, że byłem zupełnie nieprzystosowany do Indii i jej zwyczajów, nic co działo się w aśramie w czasie tych pierwszych dni mojego pobytu nie było dla mnie obce, wszystko wydawało się zupełnie naturalne. Dopiero kiedy pomieszkałem w Indiach jakiś czas, zdałem sobie sprawę, jak łaskawy był dla mnie Bhagawan od samego początku. I takie moje nastawienie wyszło mi na dobre. Bhagawan odpowiadał na ludzkie reakcje. Jeśli zachowywałeś się absolutnie swobodnie, bez napięć, zachowanie Bhagawana było podobne. Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że Bhagawan naprawdę miał jakieś reakcje, lub że jego zachowanie mogło być kiedykolwiek nienaturalne, chcę tylko powiedzieć, że tak to wyglądało z naszej strony, gdyż on był jak lustro, które zdawało się odbijać twoje własne uczucia. Jeśli byłeś małomówny i nadmiernie przestraszony, on mógł być niemal oficjalnie sztywny, lecz z drugiej strony, jeśli w sposób naturalny przyjmowałeś wszechogarniającą miłość jego obecności, wtedy traktował cię jak swego.

Kiedy pierwszy raz przekroczyłem próg holu, Bhagawan siedział na swoim łożu patrząc w kierunku wejścia. Było około siódmej rano i dopiero co wrócił ze spaceru po zboczach góry. Przywitał mnie swoim czarującym uśmiechem, spytał, czy dostałem śniadanie i powiedział, żebym usiadł. Chociaż działo się to jakiś czas przedtem, zanim tłum stał się regularnym zjawiskiem w aśramie, tego dnia było całkiem dużo ludzi, musiało to być jakieś hinduskie święto, gdyż przyniesiono pozostałą po pudźi płonącą kamforę i recytowane było Na karmana. Bhagawan rozmawiał ze mną przez cały ranek aż do południowego posiłku. Pytał dużo o mnie i o moje życie. Wszystko to wyglądało całkiem naturalnie. Później zauważyłem, że zwykle witał przybywających gości spojrzeniem, wypowiadał parę zdań, po czym pozostawał milczący lub czekał na pytania. Lub też często zdawał się nieświadomy, że ktoś w ogóle wszedł, lecz to był tylko pozór, bo on był zawsze w pełni świadomy.

Bardzo był ciekaw, co słychać u Bruntona, którego spotkałem w Londynie i który miał za kilka miesięcy wrócić do Indii. To miała być jego pierwsza wizyta w aśramie po ukazaniu się jego książki A Search in Secret India. Z pewnością Brunton został zainspirowany przez Bhagawana, by rozpowszechniać na Zachodzie jego nauki lub przynajmniej informację o jego istnieniu. Bez wątpienia napisał potem wiele bzdur i był pierwszej wody plagiatorem, ale bardzo wiele osób trafiło do Bhagawana za pośrednictwem jego książki i ludzie ci byli mu wdzięczni za wskazówki, gdzie znaleźć Guru.

Zawsze czułem, że do napisania rozdziałów, dotyczących bezpośrednio Bhagawana, z pewnością natchnął go sam Bhagawan. Wygląda na to, że pomimo późniejszych sporów z aśramem i paru mało znaczących uwag o Bhagawanie, jakie znalazły się w jego późniejszych książkach, Brunton na zawsze zachował dla niego miłość i szacunek.

Z pewnością miał Bhagawan specjalne przesłanie dla Zachodu, gdzie znalazł wysokie uznanie. Jego czysto racjonalna argumentacja i brak sentymentalizmu w jego naukach bardzo się podobały. Nigdy nie wygłaszał kazań ani nie ustanawiał żadnych reguł, ale zawsze koncentrował się na tym, by skierować poszukującego z powrotem ku niemu samemu i przekonać go, że powodzenie zależy całkowicie od niego samego, Guru może tylko wskazać kierunek i być przewodnikiem, ale nikt nie może dać urzeczywistnienia Jaźni innej osobie.

W drugim lub trzecim dniu mojego pobytu Bhagawan poprosił kogoś, by dostarczył mi egzemplarz Kim jestem? i powiedział, żebym to przeczytał. Tutaj zawarta jest istota jego nauki, i chociaż podał ją mając zaledwie 21 lat, nie wymagała nigdy żadnych zmian. Bhagawan mógł rozmawiać na wszystkie tematy, związane z filozofią i odpowiadając na pytania objaśniać systemy filozoficzne, lecz jego autentyczna nauka oraz praktyczne wskazówki do sadhany mieszczą się całe w Kim jestem? Uważał, że cała reszta to ozdóbki lub rozwinięcie tematu dla tych, których nie zadowalały proste i łatwe objaśnienia tej małej książeczki. Zawsze domagał się, by książkę tę sprzedawać tak tanio, żeby mogli ją kupić najbiedniejsi i na początku kosztowała nie więcej niż pół anny.

Ta cudowna mała książeczka zawiera jeden z pierwszych kompletów wskazówek, danych przez Bhagawana na piśmie (w tym czasie zachowywał milczenie) około roku 1902. Pochodzą one bezpośrednio z jego własnego doświadczenia i w żaden sposób nie były inspirowane lekturą upaniszad ani innych świętych tekstów, które później przynoszono do niego z prośbami o objaśnienia. Gdy później czytał te księgi, zdał sobie sprawę z filozoficznego znaczenia tego, co się z nim stało i był zdolny określić swoje doświadczenia i umiejscowić je w tradycji hinduistycznej. Ale w tej książeczce mamy jego nauki z pierwszej ręki i nie koloryzowane. Znajdziemy tutaj samą ich istotę i z pomocą tej niewielkiej broszury możemy nauczyć się wszystkiego, co jest nam niezbędne. Nic więcej nie potrzeba.

Zapytałem go o ten okres w jego życiu, w którym miał przestrzegać ślubu milczenia. Powiedział mi, że nigdy nie składał takiego ślubu, ale że gdy mieszkał w świątyni, przez jakiś czas mieszkał tam również sadhu, który podjął taki ślub. Zauważył wtedy, że odwiedzający świątynię ludzie w ogóle go nie nagabywali i nie zakłócali jego spokoju i dla swojej wygody zaczął go naśladować. „Nie było żadnego ślubowania, ja tylko milczałem. Odzywałem się, kiedy to było konieczne”. Spytałem, jak długo to trwało. „Około dwóch lat” – odpowiedział.

Mówi się, że uprawiał intensywną ascezę, ale ta asceza jest tak samo mityczna, jak jego ślub milczenia. Nigdy nie uprawiał ascezy, nie było takiej potrzeby. Urzeczywistnienie Jaźni, jakie osiągnął w pokoju na piętrze domu swego stryja w Maduraju było ostateczne, nie pozostało już nic do zrobienia. Był tylko chłopcem i zajęło mu trochę czasu zanim nauczył się żyć codziennym życiem w tej wszystko ogarniającej Rzeczywistości. Obejmuje ona codzienne życie, tak jak obejmuje wszystko inne. Jest to doskonałość, Pełnia. Szukał więc spokojnego miejsca, gdzie nikt by mu nie przeszkadzał i gdzie mógłby cieszyć się Szczęściem. W rzeczywistości osiągnął stan, w którym już nic nie mogło mu przeszkadzać, był ponad tym. Wyrostki rzucali w niego kamieniami i dokuczali mu, a on nie zwracał na to uwagi. Ale jednocześnie nie był nieświadomy. Jego stan nie był pozbawioną cech pustką. Zjawiska pojawiały się przed nim, ale on wiedział, że są to tylko zjawiska i nie dawał się oszukiwać myślom, że jest to Rzeczywistość. Przypuszczam, że stąd wywodziła się jego całkowita obojętność wobec świata. Tak czy owak, wszystko to był tylko sen, po cóż więc zawracać sobie tym głowę? Jakie znaczenia mogło mieć nauczanie innych i pomaganie światu? Dla niego nie było innych. Poza tym, jeśli miał żyć pośród ludzi, co okazało się być jego karmanem, to przedtem musiał przystosować się do tego świata, w którego istnienie w rzeczywistości nie wierzył. A to wymagało czasu. To tłumaczy jego widoczny eskapizm. Chociaż w odniesieniu do Mędrca nie można mówić o eskapizmie, byłaby to sprzeczność, gdyż dla niego nie istniało już nic, przed czym mógłby uciekać.

Minęło sporo czasu, zanim ludzie zaczęli przynosić mu książki i prosić o objaśnienia. W książkach tych znalazł mapę tego, co mu się przydarzyło, tutaj zapisane były jego własne przeżycia. Odebrał to jak objawienie. Nie zdawał sobie sprawy że to, co przeżył, przeżywali też inni przed nim. I nie tylko przeżywali, lecz świadomie do tego dążyli i opisywali.

Rzeczywistość pochłonęła go tak całkowicie, że doprowadziło to do skrajnego zaniedbania ciała. Ponieważ bardzo rzadko – o ile w ogóle – się kąpał, z jego włosów utworzył się kołtun. Jakaś starsza kobieta, wstrząśnięta jego zaniedbanym wyglądem, przyniosła wiadro wody i mydło i nie pytając o nic, umyła mu głowę. On siedział spokojnie, świadomy tego, co się dzieje. Powiedział mi, że włosy były faktycznie mocno splątane, ale nie sprawiały trudności; rozdzieliły się natychmiast po namydleniu i można było użyć grzebienia.

W równym stopniu nie dbał o pożywienie. Kiedyś całkiem wystarczała mu pozostała po umyciu posągu boga Subrahmanji miseczka płynu, składającego się z wody, mleka, kurkumy, bananów i owoców drzewa mydlanego, który podawali mu sadhu. W późniejszych latach jednak mogło się niemal wydawać, że miał jakieś specjalne upodobania co do diety, choć on sam twierdził, że wszystko smakuje mu jednakowo. I tak musiało być, ponieważ dla Mędrca ciało nie ma znaczenia, gdyż się z nim nie utożsamia. Rozpoznaje je, oczywiście, ale tylko jako cząstkę totalnego snu, który nie należy wyłącznie do niego. My nazywamy to Bhagawanem i myślimy, że to jest on. I jest naszym błogosławieństwem, że możemy go widzieć jako naszego Guru, być przy nim i poprzez tę jego formę otrzymywać Łaskę.

Drugą książką, którą polecił mi przeczytać była Self Realization napisana przez B.V. Narasimhaswamiego. Pomijając amatorski styl, jest to standardowy i podstawowy tekst, opisujący życie i naukę Bhagawana. B.V.N. wykonał ogromną pracę, by zebrać jak najwięcej wiadomości o faktach z życia Bhagawana; nikt inny nie zadał sobie tyle trudu, co on. Wszyscy inni, którzy pisali o Bhagawanie, mieli dostęp do jego książki i korzystali z niej, często przytaczając obszerne fragmenty. Bez tej książki nie wiedzielibyśmy nic o wczesnych latach Bhagawana. B.V.N. zrobił kawał dobrej roboty i myślę, że nie został należycie doceniony. W jego książce zarejestrowano pierwsze nauki, dawane rozmaitym uczniom we wczesnym okresie działalności Bhagawana. Szczególnie interesujące są wskazówki dane Humpreysowi, młodemu policjantowi, który dotarł do Bhagawana w 1911 roku. O ile wiadomo, był pierwszym Europejczykiem, który dotarł do Bhagawana, lub przynajmniej pierwszym, który o tym napisał. Pięknie opisał swoje spotkanie z Bhagawanem w grocie Wirupaksza. Nauki są precyzyjne i służą jako przewodnik wszystkim, którzy przyszli później. Któż inny zapisał, że Bhagawan powiedział: „Te wskazówki daję tak, jak Guru daje uczniowi”? Z pewnością była pomiędzy nimi dwoma szczególna więź. Kiedyś w holu powiedziano, że ktoś niedawno spotkał Humpreysa i ten miał zaprzeczyć, jakoby odniósł jakieś dobrodziejstwo z nauk Bhagawana. Bhagawan skomentował to krótko: „To kłamstwo!”  Niewątpliwie cała rzecz była złośliwym wymysłem.

Pierwszym pytaniem, jakie zadałem Bhagawanowi, było dlaczego Chrystus wołał z krzyża. Jeśli był doskonałym Mędrcem, to z pewnością nie mogło go dotykać żadne cierpienie. Bhagawan wytłumaczył, że choć Mędrzec osiągnął już Wyzwolenie i nie może być dla niego czegoś takiego jak cierpienie, to niektórzy mogą wyglądać, jakby odczuwali ból, ale jest to tylko reakcja ciała. Gdyż ciało nie przestaje reagować. W dalszym ciągu domaga się pokarmu i spełnia swoje naturalne funkcje. Całe jego cierpienie jest widoczne tylko z zewnątrz i nie dotyka Mędrca, gdyż on już nie utożsamia Jaźni z ciałem, żyjąc w stanie transcendentnym, ponad tym wszystkim.

Poza tym, dla Mędrca nie ma znaczenia gdzie i kiedy opuszcza ciało. Niektórzy z nich, gdy odchodzą, zdają się cierpieć, inni mogą odejść będąc w stanie samadhi, nieświadomi zewnętrznego świata, a jeszcze inni mogą w momencie śmierci po prostu zniknąć. To zagadnienie jest szczególnie interesujące ze względu na to, co działo się z samym Bhagawanem podczas jego ostatnich dni. Z pewnością wyglądało na to, że cierpiał straszliwie; nocami, gdy był nieświadomy, że ktoś może go słyszeć, leżał na swym łożu jęcząc i wołając. Wówczas rzeczywiście trudno było pogodzić się z tym, że on jako Medrzec nie czuje bólu tak samo, jak my czujemy, lecz widzi go jako coś poza sobą, jak sen, któremu można się przyglądać. Gdy umierał Milarepa, zapytano go, czy czuje ból, jego męczarnia była tak oczywista. „Nie”, odpowiedział, „ale tam jest ból”. Ból oczywiście był tam, w ciele. Ktoś, kto utożsamia się z ciałem, czuje ból i łączy się z nim. Ale dla Mędrca, który zawsze widzi ciało jako coś odrębnego od siebie, ból jest tylko doświadczeniem czegoś zewnętrznego. Tam jest ból, ale w jakiś sposób nie jest to jego ból.

Wkrótce zacząłem orientować się w codziennym życiu aśramu i zauważyłem, że najlepszą porą, by zastać Bhagawana samego, była godzina pierwsza w południe, gdy wracał z Góry. Z wyjątkiem jednego usługującego, którego obowiązkiem było stale baczyć, czy Bhagawan czegoś nie potrzebuje, kto tylko mógł, wymykał się na sjestę. Wtedy nie było jeszcze w aśramie elektryczności i nad łożem Bhagawana zawieszono wachlarz, obsługiwany przez wiecznie śpiącego służącego, który tylko czekał na to, by ktoś go zastąpił i by sam mógł pójść się przespać. Czasami zwalniałem służącego i sam wykonywałem jego pracę, a czasami siadałem u wezgłowia łoża i rozmawiałem z Bhagawanem. To wtedy właśnie udzielał mi wskazówek i te spokojne godziny spędzone z nim cenię sobie ponad wszystko. Czytał po angielsku i rozumiał mnie, gdy mówiłem powoli, i jeśli wystarczała krótka odpowiedź lub odesłanie do jakiejś książki, dawał sobie radę. Lecz jeśli odpowiedź była bardziej skomplikowana, wtedy czekał do popołudnia, by poprosić jakiegoś znającego angielski Tamilczyka o przetłumaczenie. W początkowym okresie mego pobytu w aśramie mieszkałem w dużym pokoju, przylegającym do magazynu. Bhagawan często tam do mnie zachodził, zwykle około 10 rano, gdy szedł na spacer. Kiedy wchodził niespodziewanie, mówił, bym sobie nie przeszkadzał i nie przerywał tego, czym byłem akurat zajęty. Przyjęte było w aśramie, że w chwili, gdy Bhagawan wchodził, powinno się natychmiast wstać. Nie wiedziałem wtedy o tym i pozostawałem siedząc, kontynuowałem swoje aktualne zajęcie. Teraz zdaję sobie sprawę z tego, że dla hinduskich uczniów takie moje zachowanie było wielkim uchybieniem i okazaniem braku szacunku, ale miało też swoją nagrodę. Jeśli w obecności Bhagawana ktoś był zmieszany lub w jakiś sposób okazał, że mu coś przeszkadza, Bhagawan po prostu drugi raz nie przychodził, bardzo dbał o to, by nikogo nie niepokoić. Lecz jeśli nie przerywało się swego zajęcia, wtedy on siadał i rozmawiał swobodnie, bez formalności, jakimi zwykle był otoczony w holu. Nie miałem pojęcia, jakie miałem szczęście i jak byłem uprzywilejowany, ale oczywiście wysoko sobie ceniłem jego wizyty. Mógł wziąć np. mój portfel, wyjąc z niego wszystko – fotografię, kartę członkowską, czy cokolwiek tam było, coś powiedzieć lub zapytać o każdą z tych rzeczy. To mogło wprawić w zażenowanie, ale szczęśliwie nie miałem w portfelu nic podejrzanego. Zresztą nie było to ważne, bo przecież dla niego nie mogło w ogóle być niczego wątpliwego lub podejrzanego.

Zawsze zastanawiało mnie, jak to się stało, że św. Paweł, który był ortodoksyjnym żydem, nienawidził Chrystusa i prześladował chrześcijan, zinterpretował swoje wielkie przeżycie na drodze do Damaszku w duchu Chrystusa i stał się potem żarliwym chrześcijaninem. Pewnego dnia zapytałem o to Bhagawana.

Powiedział mi, że św. Paweł stale myślał o Chrystusie i chrześcijanach, byli oni zawsze obecni w jego umyśle. Kiedy więc z wielkiego przeżycia Jaźni powrócił do zwykłej świadomości, utożsamił je z tą dominującą myślą. I podał jako przykład Rawanę. Rawana nienawidził Ramy, nigdy nie przestawał o nim myśleć, a w momencie śmierci jego umysł pochłaniała myśl o Ramie i w ten sposób osiągnął wyzwolenie. Nie jest to kwestia miłości czy nienawiści, ale ważne jest, co jest w tym czasie w umyśle. Ludzie osądzają uczynki innych ludzi jako dobre lub złe, ale naprawdę ważne jest samo działanie, a nie jego zabarwienie. Cały sekret leży w tym, czy jesteśmy przywiązani do naszego działania, czy nie. Człowiek dobry, który spełnia stale dobre uczynki, może być do nich bardziej przywiązany niż tak zwany zły do swoich. I to ten, kto pierwszy pozbędzie się przywiązania, najwcześniej urzeczywistni Jaźń.

Dobro i zło okazują się w końcu tylko pojęciami względnymi. Poszukiwanie Jaźni zaś sprowadza się ostatecznie do pozbycia się wasan. Jak długo pozostaje nam choćby jedna wasana, dobra czy zła, tak długo nie może być dla nas Urzeczywistnienia.

Tutaj przypomniał mi się pewien incydent, jaki miał miejsce w czasie uroczystości pięćdziesiątej rocznicy przybycia Bhagawana do Tiruwannamalai, kiedy Bhagawan zwrócił naszą uwagę na to, że dobrze jest pozwolić wasanom, by wyszły na zewnątrz. Na nic się nie zda trzymanie ich w zamknięciu, gdzie tylko nabierają mocy. Konsekwencje takiego tłumienia okazują się w końcu fatalne.

Jeden ze starszych uczniów Bhagawana bardzo irytował pozostałych, bezustannie podkreślając swoją ważność i pchając się przed innych. W końcu zarządca przyszedł, by zapytać Bhagawana, co można z tym zrobić. Bhagawan wysłuchał go bez słowa, a kiedy ten skończył, powiedział tylko: „Tak, to są jego wasany, dobrze jest pozwolić im wyjść”. Bez wątpienia wspaniała filozofia, lecz niewielka pociecha dla zarządcy.

W literaturze zachodniej znajdujemy opisy przeżyć ludzi, którzy doświadczyli przebłysków iluminacji. Jeden z autorów, dr Bucke zebrał i opublikował wiele takich świadectw. Ale podczas, gdy Urzeczywistnienie Bhagawana było stałe, to w przypadku osób, opisywanych przez dra Bucke’a było inaczej, gdyż zawsze były to stany, które trwały krótko, zwykle około pół godziny. Skutek takiego przeżycia może przez jakiś czas oddziaływać, lecz zawsze w końcu ustaje. Zapytałem Bhagawana, jak jest to możliwe, i odpowiedział mi, że to, co przychodzi jako błysk, również błyskawicznie znika. W rzeczywistości nie doświadczają oni urzeczywistnienia Jaźni, a tylko Świadomości Kosmicznej, w której widzą wszystko jako jedno i utożsamiają się z Naturą i Kosmicznym Sercem. W hinduizmie nazywa się to mahat. W tym stanie ego pozostaje ciągle żywotne, utrzymuje się też świadomość ciała. To fałszywe poczucie „ja” musi zniknąć całkowicie, gdyż jest ono ograniczeniem, sprawiającym więzy. Wyzwolenie jest ostateczną wolnością od tego.

Bhagawan był pięknym człowiekiem; jaśniał wyraźnym światłem aury. Miał najdelikatniejsze dłonie, jakie widziałem i przy pomocy gestów mógł wyrazić nimi wszystko – niemalże mówić. Jego rysy były regularne, a czar jego oczu powszechnie znany. Miał wysokie czoło, a sklepienie czaszki najwyższe, jakie widziałem. Taką czaszkę nazywają w Indiach czaszką Mądrości. Jego figura była zgrabna, choć tylko średniego wzrostu, ale nie było to widoczne, gdyż jego osobowość była tak dominująca, że patrzyło się na niego jak na osobę wysoką. Miał wielkie poczucie humoru i kiedy mówił, uśmiech nie schodził z jego twarzy. Miał w repertuarze wiele kawałów i dowcipów; był znakomitym aktorem i mógł zawsze odgrywać role bohaterów swoich opowieści. Kiedy opowieść była wzruszająca, przeżywał ją czasem do tego stopnia, że przepełniony wzruszeniem musiał przerywać, gdyż nie był w stanie mówić. Gdy przychodzący ludzie opowiadali o swych przeżyciach, wtedy cieszył się i smucił razem z nimi. W ten sposób odwzajemniał uczucia innych. Nigdy nie podnosił głosu, a jeśli nawet czasami wyglądał na zagniewanego, nie zostawiało to żadnego śladu na powierzchni jego spokoju. Odezwij się do niego zaraz potem, a odpowie ci spokojnie, nieporuszony. U innych ludzi pewien efekt gniewu jeszcze przez jakiś czas pozostaje, nawet jeśli przyczyna została usunięta. By odzyskać zimną krew potrzebujemy czasu, ale u niego nie było żadnej takiej reakcji. Nigdy nie dotykał pieniędzy; nie żeby miał wstręt, wiedział, że są niezbędne w codziennym życiu, ale nigdy ich nie potrzebował ani nie pragnął. Pieniądze i podarunki napływały do aśramu; dobrze, zarządzający potrzebowali ich, ale nie ma potrzeby o nie zabiegać ani prosić kogokolwiek. Pan Bóg da.

Ludzie mówili, że nie miał ochoty mówić, lecz była to nieprawda, jak wiele innych bzdurnych bajek o nim. Nie odzywał się niepotrzebnie, a jego milczenie tylko uświadamiało nam, jak często nas samych absorbuje wiele głupich plotek. Podobał mu się każdy rodzaj prostoty i lubił siadać na podłodze, ale narzucono mu łoże, które stało się jego domem na prawie 24 godziny każdego dnia. O ile zdołał, nie pozwalał by go w jakikolwiek sposób wyróżniano. A w jadalni był pod tym względem niewzruszony. Nawet, kiedy podawano mu lekarstwa, chciał się nimi dzielić z innymi. „Jeśli jest to dobre dla mnie, to musi też być dobre dla innych” – argumentował i polecał podać wszystkim obecnym w jadalni. Wychodził na spacer po Górze kilka razy dziennie i jeśli do czegoś na Ziemi był przywiązany, to była to z pewnością Góra. Kochał ją i mówił, że jest samym Bogiem.

Często powtarzał, że jest to wierzchołek duchowej osi Ziemi i musi być, mówił, druga góra, odpowiadająca Arunaćali dokładnie po drugiej stronie globu, drugi koniec osi. Tak był o tym przekonany, że któregoś wieczoru kazał mi pójść po atlas i sprawdzić, czy rzeczywiście tak jest. Szukając w atlasie stwierdziłem, że punkt leżący dokładnie po drugiej stronie globu znajduje się na morzu, w odległości około 100 mil od wybrzeży Peru. Zdawał się w to wątpić. Zauważyłem, że może być w tym miejscu wysepka na morzu lub góra pod wodą. Kilka lat po odejściu Bhagawana odwiedzający aśram Anglik opowiedział o miejscu, które miało być wielkim duchowym centrum, w Andach, gdzieś na tej szerokości geograficznej. Później sprawdziłem, że chociaż jakiś ośrodek rzeczywiście tam powstał, to wkrótce zakończył działalność. Jeszcze później dowiedziałem się o innej osobie, która praktykuje medytację w samotności, w Andach, w Ekwadorze. Zdaje się, że ta część globu ma jakiś niezwykły urok. Ziemia nie jest idealną kulą, a mapy również nie są bardzo dokładne, nie możemy więc precyzyjnie oznaczyć tego punktu. Jest całkiem możliwe, że w tej części świata dzieje się wiele rzeczy, o których nie wiemy. Zgadzałoby się to z tym, co mówił Bhagawan. Więcej z nim tego tematu nie poruszaliśmy, jako że dopiero kilka lat po jego odejściu otrzymałem wskazówki, że rzeczywiście tego rodzaju wydarzenia mają miejsce. Wiele lat temu dużo podróżowałem po Południowej Ameryce, ale nigdy nie spotkałem niczego, co kazałoby mi przypuszczać, że mogą się tu znajdować ważne ośrodki duchowe.

Panowała wśród niektórych ludzi opinia, że można było przekonać Bhagawana, by zrobił coś wbrew swojej woli lub zmienił zdanie. Jeśli tylko wystarczająco wiele osób go poprosi, to zrobi to, czego od niego oczekują. Oczywiście jest to wierutna bzdura. Nikt na świecie nie był w stanie zmusić ani nakłonić Bhagawana do czegokolwiek. Pamiętam jedno takie zdarzenie. W wedapathaśali aśramu grupa osób uczestniczyła w ceremonii upanajany, to jest nałożenia świętego sznura bramińskiemu chłopcu. Kiedy Bhagawan przechodził tamtędy idąc do krów do obory, rodzice chłopca wyszli i prosili go, by wstąpił na chwilę i pobłogosławił obrzęd. Nie było widocznego powodu, by tego nie uczynił, często robił podobne rzeczy. Ale z jakiejś przyczyny nawet im nie odpowiedział, lecz poszedł dalej swoją drogą. Gdy wracał, znowu poprosiło go kilka osób, by wszedł choć na moment, ale odmówił. To było typowe. Albo coś robił, albo nie, nie ulegał perswazjom.

Zostaw komentarz