Spokój wszędzie dookoła

Tadeusz Głodowski

O czymkolwiek myślimy, zawsze wyobrażamy to sobie poza sobą. Nawet myśli abstrakcyjne snujemy i tworzymy z nich konstrukcje logiczne poza sobą; słowem – myśl zajmuje się zawsze przedmiotem. Kiedy myślimy o sobie, tworzymy ze swego „ja” przedmiot – i myśl dopiero ten przedmiot bierze na swój warsztat porównywania z innymi przedmiotami.

W badaniu i rozpatrywaniu przedmiotów myślą jesteśmy ograniczeni pewną ułomną właściwością naszych ciał zwierzęcych – tym, że patrzymy zawsze w jednym kierunku, przed siebie, że rozwartość kątowa naszych wzrokowych pól widzenia jest niewielka. To naturalne ograniczenie utrudnia nam uchwycenie w lot pojęcia, wyrażanego słowem „dookoła”; musimy je poprawiać, wyobrażając sobie błyskawicznie szereg pól widzenia, dających w sumie pas zamknięty. Ale i to nie jest pełne, zamyka się bowiem w smudze poziomej, a nie daje wizji przestrzennej, trójwymiarowej. Żeby wyobrazić sobie obraz odpowiadający pojęciu „wszędzie dookoła”, trzeba wprowadzić dalszą poprawkę, jeszcze trudniejszą: pole ku górze i w dół.

Jakże więc jesteśmy ograniczeni z natury. Ta wrodzona ułomność zwykłej wyobraźni utrudnia myśleniu dojście do najdalszych uogólnień, chociażby do szerszego rozwinięcia pojęcia „wszystko” albo jeszcze nieco dalej: „wszystko we wszechświecie”. Oczywiście bogactwo rozwinięcia będzie zależało i od zdolności, i od wykształcenia osoby, zajmującej się tymi pojęciami, od tego, czy włączy w to pojęcie tylko część świata poznawalną zmysłami, czy doda części dalsze, jak np. pole magnetyczne – energie znane nauce, ale niedostępne zmysłom; czy włączy ponadto do swego pojmowania całości wszystkiego sferę życia emocjonalnego itd. Będą to poprawki i uzupełnienia, których potrzeba wynika z ubożuchnego punktu startu ludzkiej wyobraźni, zależnej od zmysłów, przede wszystkim od zmysłu wzroku (słuch zbiera sygnały zewsząd).

Najdalsze i najgłębsze pojęcie „wszystko” doprowadza do pojęcia „Bóg”. Myślenie musi czynić i z tego pojęcia przedmiot – inaczej nie umie. Powstaje dwójnia: człowiek myślący o Bogu i Bóg jako przedmiot myślenia. Ale Bóg-Absolut, jeżeli jest Pełnią Absolutu, musi obejmować i myślącego o nim człowieka, człowiek zaś myślący – dopóki poznaje myślą – nie może zmienić układu: jest wciąż tylko sam podmiotem, a Całość poza sobą ujmuje jako przedmiot. I to jest kres myślenia.

Zwracam się ku innym sposobom poznawania Rzeczywistości. Nie ku Indiom, przeciwnie – ku Zachodowi, ku Braciom Czerwonoskórym. Można i od nich nauczyć się wiele. Nie zapisywali foliałów, nie gromadzili ksiąg, nie powierzali mądrości pismu – uczyli wchodzenia na ścieżkę Życia Wiecznego w cichej, poufnej rozmowie dwóch przyjaciół: tego, który już znalazł i poszukującego. Doświadczony tropiciel Prawdy przekazuje młodszemu swoje sposoby, wprowadza na ślad i poucza, co należy robić, żeby dalej pójść samodzielnie i nie pobłądzić.

Znano i u nas takie nauki, ale zostały wytępione jako pogaństwo; pozostały z nich zaledwie okruchy, zatajone w baśniach o szklanej górze, o wodzie życia i zaczarowanych w kamienie nieszczęsnych poszukiwaczach, którym zabrakło sił i odwagi.

Otóż to – odwagi! Pierwsze słowo, które usłyszy przybysz obcy, ciekawy tajemnic, od Brata Czerwonoskórego, będzie to – z uśmiechem jakby drwiny powiedziane przysłowie: „Strach to bardzo dziki zwierz”. I tyle. Niech sobie każdy rozważy. A potrzeba na to długiego czasu, bo chodzi nie tylko o wszelkie lęki powstałe z przesądów, o strach przed śmiercią, lecz także o tak kultywowany w niektórych religiach szczególny strach – o lękanie się Boga! Wielki Duch nie wpuści nikogo w zaświaty, kto „boi się Boga”.

Człowiek musi też być lekki i chyży. Do tego potrzebne jest władanie zdrowym ciałem, umartwianym w czas postu oczyszczającego o tyle, o ile służy to wyzbyciu się obciążeń, a nie zagraża utratą sił. Post połączony jest z oczyszczaniem podświadomości przez wypieranie myśli niepożądanych z napływających wspomnień. Sposoby te są przekazywane w żywej tradycji od wielu pokoleń; nie piszę tu o nich, bo ich nie znam, wiem tylko, że są i że praktykowanie tych ćwiczeń, zazwyczaj trudnych, uważane jest za warunek nie do ominięcia. Popełniam więc tu świadomie uchybienie tamtym zwyczajom i wierzeniom, bo powierzam nieprzygotowanym przyjaciołom „Wielki Sposób”. Niechaj wystarczy ostrzeżenie, że kto nie pozbędzie się drapieżności – a drapieżność rodzi się ze strachu – temu na nic nie przydadzą się poniższe wskazania.

Znacie – być może – te słowa, ale pomijaliście je. Bądźcie pewni, że są jako klucze do waszego własnego wnętrza. Przyjmijcie je jako święte, a nie zawiedziecie się.

Spokój przede mną – spokój poza mną,
Spokój z lewej strony – spokój z prawej strony,
Spokój nade mną – spokój pode mną,
Wszędzie dookoła spokój!

Zamykam oczy i w skupieniu powtarzam powoli – w myśli – te słowa. Jednocześnie czuję ów spokój, wysyłam lekko, bez wysiłku falę spokoju z siebie ku przodowi, zaraz potem zwracam „nić” tej fali w stronę przeciwną i wysyłam falę poza siebie. Ciało pozostaje nie poruszone. Teraz wracam wyobraźnią ku środkowi ciała i wysyłam falę w lewo, potem tak samo na prawo. Po powrocie ku środkowi zwracam się wyobraźnią ku górze: fala pójdzie, wzniesie się i rozchyli jak puchar (ale tego szczegółu nie trzeba zwiększać wyobraźnią); na ostatek wysyłam falę spokoju ku dołowi (bez myślenia o przeszkodzie, którą mogłaby stanowić ziemia). Teraz ślę z siebie życzenie spokoju jednocześnie we wszystkich kierunkach, jak gdyby ciało moje było kulą promieniującą.

Powtarzam to od początku do końca. Jeżeli nie czuję nic, nie przejmuję się tym, bo wcale nie chodzi o objawy, lecz o spokój, który mam w sobie ustalić. Spokój ten nie jest obojętnością, lecz ŻYCZENIEM DOBRA wszystkiemu dookoła. Jeżeli poczuję w sobie przepływ prany (prāṇa)[1], jest to oznaką siły we mnie i dowodem, że mogę się tym zasobem podzielić  z innymi, którzy jej potrzebują i przyjmą ją bez oporów.

W miarę powtarzania ćwiczenia odczuwam coraz wyraźniej te rytmiczne powolne fale, przepływające przeze mnie i promieniujące poza mnie. Zaczynam rozumieć słowa „Wszędzie dookoła spokój”. To „wszędzie” czuję sobą we wszystkich kierunkach. Czuję to coraz dalej całym sobą, jakby ciało sięgało w przestrzeń.

Po dłuższym czasie ćwiczeń może się zdarzyć, że spokój zostanie zakłócony przez nadmierne skupienie energii dookoła niższej części ciała; wtedy zaprzestaję ćwiczenia (skupienia). Następne ćwiczenie należy w takim razie poprzedzić przypomnieniem sobie uczuć serdecznych, które nas wiązały z ukochanymi i bliskimi, takimi jak matka, przyjaciele, którzy odeszli i bliscy, których kochamy, niemal czcimy; wtedy ognisko energii przeniesie się wyżej i będzie promieniowało z serca (nie należy jednak wyobrażać sobie przy tym serca fizycznego).

Mówię o tym, co się osiąga nie zaraz, ale co będzie na pewno. Jest to oczywiście „magia”, ale najzupełniej naturalna, bez jakichkolwiek sztuczności. Jest to też rozbudzenie sił psychofizycznych, a więc energii tego świata, jednakże posłużenie się nimi w ten sposób wprowadza nas na Ścieżkę bezpiecznie, bo bez egoizmu. Co będzie dalej, każdy przekona się sam, każdy będzie miał inne przeżycia, chociaż podobne.

Dotychczasowe wskazania mogą wystarczyć. Dalszy tekst jest to znany autorowi wariant przeżyć, opisany swobodnie.

 

Spokój  wszędzie dookoła

Prosta ciekawość pyta: – Co poznam, o czym się przekonam, zagłębiając się w ów spokój? – Pytanie to zgaśnie, gdy zajmiemy się w praktyce ćwiczeniem. Spokój jest sam celem, a nie środkiem do przekonania się o czymś. 

Musimy jednak umieć sprawdzić, czy jesteśmy na dobrej drodze, czy naprawdę odczuwamy spokój i czy wszystko, co on daje, jest „czyste” – niezależne od naszej woli i nie narzucane nam przez czyjąś obcą wolę.

W miarę powtarzania ćwiczenia zaczynam odczuwać pewne „fale”, mam więc doznania nowe i muszę się mieć na baczności, bo są to zjawiska zupełnie mi przedtem nieznane.

Jak przebiega poznawanie każdego zjawiska? Duży udział przypada w orientowaniu się wyobraźni. I to jest już pierwszym zalążkiem błędu.

„Słyszę przeciągły, dudniący huk” – umysł szuka wyjaśnienia w skojarzeniach ze znanymi zjawiskami: z grzmotem, ze strzelaniem artylerii. Wyobraźnia usłużnie podsuwa gotowe obrazy znanych dawniej zjawisk, łatwo jest więc poddać się pomyłce; trzeba zaś sporo wysiłku, żeby odrzucić tę łatwiznę i sprawdzić istotę zjawiska, które może okazać się czymś zupełnie innym (np. w powyższym przykładzie – hukiem zsypywanego z wozu węgla). Jeszcze przykład: „Błyski w letni wieczór” – mogą być odblaskami spawania w pobliżu, jak i dalekiej burzy.

Drobny szczegół nierozpoznanego zjawiska wyobraźnia zarówno ludzka, jak i zwierzęca przyjmuje za punkt wyjścia do utworzenia skomplikowanego obrazu. Następuje błyskawiczne sklasyfikowanie, które może być rozpoznaniem prawdziwym, potwierdzanym później albo pomyłką, np. przy określaniu w przyrodzie czegoś, co się maskuje obcym wyglądem, jak to bywa z owadami  i roślinami (mimikra[2]).

W każdym rozpoznawaniu nowego zjawiska pracuje najpierw umysł jako „zmysł porównywania”, zaraz potem narzuca się wyobraźnia ze swymi uzupełnieniami, które należy przyjmować krytycznie. (Właściwie tzw. wyobraźnia jest też odruchowym działaniem umysłu, sięgającego do magazynu pamięci, skąd wydobywa doznania podobne).

Archeolog biorący do ręki skorupkę garnka, paleontolog oglądający kość wykopaliskową – posługują się w dużej mierze wyobraźnią, lecz nie poprzestają na niej.  Kto da się sterroryzować wyobraźni, traci zdolność dochodzenia prawdy, wyobraźnia jest bowiem tylko pomocniczym narzędziem poznania.

W sprawach życia powszedniego musimy korzystać nieustannie z pomocy wyobraźni – po prostu nie moglibyśmy obejść się bez niej.

Kiedy zagłębiamy się w ciszę, w spokój, musimy wyłączyć wyobraźnię całkowicie, bez reszty, żeby nie ulegać złudzeniom i nie paść ofiarą niekończącego się ciągu pomyłek.

Przykładem chorobliwego poddania się wyobraźni niekontrolowanej są różni maniacy – chociażby następcy G. Adamskiego, tworzący coraz nowsze wizje „spodków latających”.

 

Spokój  wszędzie dookoła

Unikam pęt fantazji. Niepokoje we mnie topnieją, Coraz mniej odczuwań z zewnątrz wypełnia pole mej świadomości w chwilach uciszania. I tak jest dobrze.

Ale myśl czepia się jeszcze resztek tych odczuwań – nie trzeba jej na to pozwolić.

Zwracam się ku wewnątrz i pozwalam postrzeganiu uczestniczyć bacznie w wysyłaniu za siebie lekko fal we wszystkich sześciu kierunkach. To, co było wyobraźnią, musi trwać powściągnięte, aż ucichnie zupełnie. Warunkiem zrozumiałym jest przy tym rozluźnienie napięć nerwowych w całym ciele i równy oddech, niekierowany, samobieżny; nie powinno być inaczej, bo wszak chodzi o coraz głębszy spokój.

Dopóki wprawiam się czynnie w spokój i wysyłam z siebie owe „fale”, jest to stan jeszcze niecałkowitego spokoju, niepełnego uciszenia – ale jest to potrzebne. Poznaję zupełnie nowe zjawiska – jakby wrażenia dotyku, sięgające poza ciało.

Jeżeli zacznę porównywać to z czymkolwiek, popełnię błąd. I teraz pisząc o tych doznaniach popełniam błąd, jednak nie do uniknięcia, ponieważ chcę dać prosty opis, a z niczym innym nie mogę ich porównać, dlatego używam pojęć najbliższych: „dotyk”, „fala”.

Po jakimś czasie – tak nie do określenia, jak samo to potoczne wyrażenie – zaczynam owym „dotykiem” odczuwać dookoła siebie jakby „obłok”, otaczający mnie ze wszystkich stron. Zauważam też, że jest to właściwie niewidzialny dalszy ciąg mojego ciała. Stwierdzam też, że obłok ten czuję, a raczej nim czuję dookoła w ciągu dnia, podczas pracy, przy spotkaniach z ludźmi; najlepiej tylko wtedy, kiedy jestem zupełnie spokojny, zrównoważony,  chociażby bardzo czynny. Domyślam się, że jest to „aura”.

Różne sytuacje w stosunkach z ludźmi oraz ich zachowanie się wobec mnie, kiedy aura jest nasycona energią, dają mi okazję do odkryć, do poznawania pewnych, rzeczywiście „tajemnych” oddziaływań wzajemnych, których nie należy rozgłaszać, a które każdy może  i powinien poznać sam – tylko sam.

Dopóki trzymam się uważnie ćwiczenia i gaszę wyobraźnię, aby przez nią nie wydostawały się z podświadomości kłębowiska mętnych zjaw – władam sobą i wiem, że uczestniczę, porządkując swoje wnętrze, w szerzeniu ładu w uczuciach zbiorowisk ludzkich,  z którymi przyszło mi współżyć. Gdybym poddał się uczuciu nienawiści, spokój zniknąłby i straciłbym władanie sobą.

Przeczytanej czy zasłyszanej informacji o zjawiskach nadnaturalnych nie należy zaraz przymierzać do siebie, żeby nie rozbujać fantazji. Jakże łatwo ludzie dorabiają cudeńka do najzwyklejszych zjawisk, jeżeli dotyczą one ich samych, i jak szybko strugają z siebie wariatów…

Pewien rodak, rozczytujący się w broszurach o jasnowidzeniach, spostrzegł – jak sam mówił – że otacza go tęczowa aura, i był ty głęboko wzruszony. A stało się to tak, że gdy w lecie jechał bryczką wśród łanów zboża o poranku, po wschodzie słońca, dojrzał tęczowe kręgi światła dookoła cienia własnej głowy. Cień przesuwał się po mokrych kłosach – a tęcza była naturalna, najzwyklejsza – w kroplach rosy!

To samo zauważył i opisał w pamiętnikach swych jako chwalebną aurę niebiańską i dowód wielkiej łaski boskiej, taki łajdak i nicpoń, chociaż wielki artysta, jak (Włoch) Benvenuto Cellini.

W badaniach naukowych niedopuszczalne jest dorabianie fantazją najmniejszego szczegółu do przebiegu doświadczeń.

Skoro wyjdziemy doznaniami swymi poza zwykły zasięg naszych zmysłów – a tak bywa przy czystym zagłębianiu się w „spokój” połączony z życzeniem dobra wszystkiemu dookoła, w uciszenie – nie wolno niczego dorabiać fantazją, ani nawet porównywać z tym, co już znamy. Jesteśmy wtedy jeszcze w świecie fizycznym, ale w innej jego sferze, gdzie działają nieco inne prawa. Trzeba przyjmować wszystko jako naturalne i bardzo czujnie zdawać sobie sprawę ze swego reagowania na nowe doznania, żeby ich nie uzupełniać tak, jak wspomniani widzowie tęczowych rozszczepień światła w kroplach rosy. W tej nowej dla nas sferze możemy poznać wiele cudownych sił, ale przeoczylibyśmy je, gdybyśmy poplątali zjawiska prawdziwe tej nowej dla nas dziedziny ze zjawiskami „starymi”, znanymi od dawna naszym zmysłom.

Jeżeli zdobędziemy się na tę konieczną czujność i odsuniemy podszepty wyobraźni, nauczymy się spokojnie i swobodnie się czuć w obłoku aury. Nie zadziwia nas już, że działania przez aurę sięgają daleko, jakby odbywały się w innym wymiarze.

Nie wiem, czy jest to czwarty wymiar, czy tez działanie podobne do fal ultrakrótkich; ale określanie tego nie jest przecież ważne. Nie należy robić z tego nadzwyczajnej sensacji, bo wszystko jest najzupełniej normalne i wcale nas nie awansuje na kogoś lepszego czy mądrzejszego od osób z otoczenia.

Nadejdzie potem chwila, może po wielu latach, kiedy spłynie na nas fala radosnego uczucia, wielkiej dobroci; będzie to jak przemówienie do nas zrozumialsze i potężniejsze niż mowa słowami. Pojmiemy całą naszą istotą, że to nie my sami jesteśmy źródłem tej mocy i umiłowania, że to ktoś zwraca się ku nam i obdarza nas wielkimi skarbami, z których zdołamy zaczerpnąć ślad zaledwie – według swej pojemności. Odtąd wiemy, że nie jesteśmy sami i że w tej sferze istnieje łączność innego rodzaju.

Jest to jednak nadal ten nasz świat przejawiony, a jeszcze nie świat Ducha.

„Spokój przede mną – spokój poza mną,
Spokój z lewej strony – spokój z prawej strony,
Spokój nade mną – spokój pode mną,
Wszędzie dookoła spokój”.

 

To samo na różnych kontynentach

Nazywam to formułą Braci Czerwonoskórych, chociaż podobne formuły znane są od lat tysięcy również na starym kontynencie. Są podobne, ale nie takie same, nie tak proste. W opowieściach buddyjskich, zebranych przez P. Carusa[3], jest tekst zatytułowany „Błogosławienie sześciu kierunkom”, a zawierający objaśnienie, jak rozumiano przed buddyzmem i później, w jednej ze szkół buddyzmu, rytuał zwracania się dookoła z życzeniami spokoju.

>> Budda spotkał raz  Śrigalę, człowieka rodziny, który ze złożonymi we czci dłońmi zwracał się ku czterem stronom, a potem ku zenitowi w górę i ku nadirowi w dół. Budda – wiedząc, że ta czynność jest tradycyjnym zwyczajem dla oddalenia złych wpływów, spytał tego człowieka: – Dlaczego odprawiasz ten dziwny rytuał?

Srigala odpowiedział: – Czyż ci się wydaje dziwne, że chcę bronić swój dom przed złym wpływem demonów? Wiem, że zapewne mi powiesz, Gautamo  Śakjamuni, którego ludzie nazywają Buddą, Tathagatą i Błogosławionym, że wezwania i inkantacje nie mają znaczenia i są pozbawione zbawczej mocy. Ale posłuchaj mnie i dowiedz się, że pełniąc ten rytuał oddaję cześć pamięci mego ojca i za jego wolą.

Budda poucza  Śrigalę (podaję to w skrócie): „[…] Sądzę, że nie rozumiesz  całego znaczenia tego obrzędu. Nie wystarcza ochraniać swój dom i rodzinę przez tajemnicze rytuały, musisz je ochraniać również przez swoje dobre czyny. Zwracaj się do swych rodziców na wschód, do nauczycieli na południe, do żony i dzieci na zachód, do przyjaciół na północ, a harmonizując swe religijne związki – w górę ku zenitowi, a urzetelniając swój stosunek do poddanych – ku nadirowi, w dół”.<<

W sumie jest niezbyt buddyjskie i zapewne doczepione do buddyzmu dla zadowolenia wyznawców nie umiejących zerwać ze starymi obrzędami magii. Nie ma w tym ani cienia zwracania się ku wewnątrz i od spokoju wewnętrznego wysyłania fal życzeń na zewnątrz.

W kręgu cywilizacji śródziemnomorskiej, w apokryfach chrześcijańskich jest ta formuła w brzmieniu takim:

„Wielbij Boga, który jest nad wami, pod wami, po prawej ręce, po lewej ręce, przed wami i za wami, w was i dookoła was. On jest wszystkim we wszystkim, w nim istnieją wszystkie rzeczy, źródło wszelkiego życia, bez początku i bez końca”. [Ewangelia doskonałego życia Jezusa – Marii, -64,-4]

Jest to już wyższe o tyle, że nie zaprząta umysłu wyobrażeniami osób (demonów już odrzucił Budda w swym sformułowaniu). Jest też wyższe słowami „w was i dookoła was”, ale nie jest wolne od obciążenia wyobraźni zawartością słowa „Bóg”, tak najrozmaitszego w swej treści. Większość ludzi, wychowanych w zasięgu obu Testamentów, cierpi wprost na kompleks lęku przed srogą władzą niewidzialnego satrapy! Ćwiczenie się w wielbieniu takiego niewidzialnego, ale wszechwidzącego władcy nie jest swobodnym wchodzeniem w jasną, niczym nie zmąconą ciszę i spokój. Gdzie czai się jeszcze po kątach cień strachu, tam nie można uczestniczyć w radości, w słonecznej pogodzie, którą mamy rozniecić w sobie. Dlatego wyższe od obu formuł i objaśnień ich – buddyjskiej i starotestamentowo-chrześcijańskiej – jest to proste zwracanie się dookoła w imię spokoju, nie łączone z żadnymi wyobrażeniami.

Trzeba być śmiałym obrazoburcą, żeby pozbyć się przeszkód tkwiących w naszej wyobraźni. Śrigala z opowieści buddyjskiej bronił się rytuałem przed demonami, z pewnością bezskutecznie, bo było to działanie spóźnione, jako że demony trzeba wypędzić najpierw nie obrzędami, lecz całkowitym wyzbyciem się przesądnej wiary w nie, w ich moc. Budda pomija przesądną wiarę Śrigali bez zahaczania o nią i poucza go o działaniu ochronnym dobrych uczynków; jest to piękna taktyka wychowawcza. Dalszy ciąg pouczenia Buddy ma również na celu działanie wychowawcze, nawet – używając wyrażenia nowoczesnego – „społeczno-wychowawcze”: zharmonizowanie jednostki z całym otoczeniem – i rodzinnym, i dalszym.

I nam wszystkim potrzebne jest takie zharmonizowanie, a powinniśmy starać się o nie już przedtem, zanim zaczniemy ćwiczenie się w spokoju – i nadal w dniach, i miesiącach ćwiczeń, ale niezależnie od nich.

 

„Bóg” – demon czy Życie?

Na nowym podwójnym kontynencie, w Ameryce, tubylcy nazywali Wielkiego Ducha różnymi imionami, a nie przypisywali mu cech złośliwości ani okrucieństwa. Krwawe ofiary składano demonom, lecz nie Wielkiemu Duchowi Życia.

Rytuałów jest mnóstwo i wszystkie mają na celu danie żeru złym istotom i zaspokojenie ich, jak się daje żer drapieżcom, żeby nie szkodziły ludziom. Indianie z pierwotnych plemion Ameryki Południowej składają ofiary pomniejszym istotom, starają się ich nie drażnić, np. nie zabijają żmij, żeby nie ściągnąć zemsty ich opiekuna – natomiast Wielkiemu Duchowi nie składają ofiar materialnych, bo On niczego takiego nie żąda dla siebie.

Ale tak jest tylko w małych plemionach. W dużych zaś państwach, gdzie wyodrębniała się klasa kapłańska i powstawał wielki aparat świątynno-szkolno-szpitalny, jak u Inków, zmuszono lud do ofiar i w imię boga dobrego; czyniono więc z niego demona.

Jest to zjawisko paradoksalne, ale prawdziwe, że najlepszy bóg, stwarzany najlepszymi uczuciami ludzkimi, staje się rychło potwornym demonem w ręku fanatyków, zaborców i zbrodniarzy. Używany jest jako „rzecz” na postrach, staje się narzędziem władzy. Jahwe był klasycznym demonem, czczonym krwawymi ofiarami (rzezak współczesny również sprawuje rytuał), demonem stało się imię Jezusa i słowo Chrystus w ręku Torquemady, Corteza, Pizarra i wielu innych.

Dlatego Budda odwracał ludzi od kultu boga osobowego, tej odwiecznej pożywki wszelkiego fanatyzmu, i zwracał ku bezosobowej nirwanie – przedwiecznej Szczęśliwości i pełni Życia.

Kiedy zwracamy się ku najwyższej Istności, ku pełni Życia – w ćwiczeniach spokoju wewnętrznego – powinniśmy wyzbyć się wszelkich wyobrażeń, po prostu oczyścić się z nich.

 

Nowe doznania – poszerzanie się świadomości

W chwilach wprawiania się w spokój i po nich możemy zauważać w sobie przejawy nieznanych nam przedtem energii; nie ceńmy ich zbyt wysoko, są to bowiem objawy naturalne i dowody dorastania do korzystania z narządów uśpionych w ciałach ludzi żyjących w warunkach cywilizacji miejskich.

Każde poszerzanie się świadomości powinniśmy przyjmować jako zwiększenie naszych możliwości, a zarazem jako zwiększenie odpowiedzialności. Jest to ważne i należy zawsze o tym pamiętać.

Jeżeli zauważymy, że zdarza się „czytanie myśli” innych osób, bądźmy szczególnie ostrożni; aparat telepatii, zaczynający działać w człowieku, jest nadawczo-odbiorczy, będziemy więc szerzyć wśród otoczenia myśli, których nie chcielibyśmy może wypowiedzieć głośno, a puszczamy je między ludzi samym plastycznym, wyraźnym stworzeniem w wyobraźni czyjejś sytuacji, odtworzeniem czyichś słów itp. Taki obraz, naładowany energią, chwytają inni, a jeżeli czują prawdziwość pochwyconego przekazu, szerzą to dalej jako plotkę. Źródłem plotki staliśmy się bezwiednie sami. Świadomość, że tak bywa – i to bardzo często – powinna skłonić nas do powściągania myśli i wyobrażeń, które raz wytworzone, wędrują już bez udziału naszej woli, poszukując przedmiotu wyładowania się; zaśmiecamy w ten sposób zbiorową podświadomość społeczności.

Dopóki podczas ćwiczeń czujemy wyraźnie ciało, wszystkie falowania wzbudzonych przez nas energii są najzupełniej cielesnej natury i dalecy jesteśmy jeszcze od spokoju.

Nowych, nieznanych nam przedtem przeżyć nie należy łączyć z żadnym kultem, gdyż to wytworzyłoby w naszej psychice wyobrażenia pasożytnicze, stające się osią fanatyzmu i groźne jak nowotwór, mącące świadomość, która musi być czysta!

 

„Spokój wszędzie dookoła”

Ćwiczenie się w świadomym wchodzeniu w stan ciszy i spokoju wewnętrznego poszerza zasięg naszej świadomości. Ciało jest nadal siedzibą główną naszych zmysłów, niejako centralką telefoniczną – ale teraz w centralce zaczynają odzywać się aparaty, o których nie wiedzieliśmy, chociaż tam zawsze były. Jeżeli przedtem dawały nam znać o czymś, byliśmy przekonani, że „coś przyszło nam do głowy” – bo nie przypuszczaliśmy, że odbieramy myśli i fale uczuć, słane ku nam przez inne istoty.

Prawdziwe natchnienie twórcze jest stanem dostępnym człowiekowi, który uciszy się i otworzy na przyjmowanie fal, napływających już nie tylko od istot z naszego świata trójwymiarowego, lecz i ze sfer wyższych. Im wrażliwszy stanie się człowiek, czyli im pełniej zacznie korzystać z aparatury ukrytej w psychice, a dotychczas nieczynnej – tym subtelniejsze i większe fale będzie przyjmował – aż do olbrzymich, przenikających całe jestestwo i z kolei jeszcze więcej uwrażliwiających psychikę. Skala tych odczuwań powiększa się ciągle, a warunkiem głównym jest wciąż to samo uciszanie się, to samo wprawianie się w spokój.

Łatwiej jest zrozumieć to ludziom dzisiejszym niż pokoleniom poprzednim, które nie znały radia, bo najprościej można porównać te nowe właściwości z chwytaniem i wysyłaniem fal radiowych. Człowiek wprawiający się w stan uciszenia nastraja w sobie wewnętrzną aparaturę – już tam istniejącą – i doprowadza ją do stanu używalności.

Nie ma prostej, jednakowej kolejności w rozwoju czy w budzeniu tych właściwości, w owym wstępnym poszerzaniu świadomości. Każdy ma w sobie zaczątek swej drogi, zazwyczaj wąskiej, wytkniętej przez dziedziczność ciała. Z własnych obserwacji – mimowolnych, a nie zamierzonych – przytoczę dwa przykłady: chłopiec 11-letni, Polak, wprawia w zakłopotanie nauczyciela, bo wpatrzony bystro w jego oczy zaczyna głośno mówić słowa, które nauczyciel „miał już na końcu języka”; inny jedenastolatek, Metys, płacze i mówi, że jego ukochana nieobecna opiekunka ciężko zachorowała; okazuje się to prawdą. Obaj chłopcy byli wrażliwi, ale każdy na co innego: biały na precyzyjne chwytanie myśli, kolorowy na przyjmowanie ciepłych fal uczuć. Powinniśmy uniknąć takiej jednostronności. Przy uciszaniu powinniśmy uwrażliwić się zarówno na subtelne fale wzruszeń, jak i na treści myślowe, zjawiające się w polu świadomości.

Wyłączanie fantazji przy ćwiczeniach jest zawsze niezmiernie ważne, ponieważ chodzi o to, żeby nie pozwolić egoizmowi na dorabianie do błahych objawów, niegodnych uwagi, cudownych uzupełnień, czyli – nazywając rzecz po imieniu – nie dopuścić do zakłamania! Osoby odosabniające się od otoczenia podatne są na kiełkowanie manii wielkości. Nie zrywać z ludźmi! Spowiedź w niektórych dawnych klasztorach chrześcijańskich (wschodnich), a w buddyjskich podobno nadal, ma na celu „prostowanie drogi”, unikanie zboczeń w fantazje, w cudowności. Rozczytujący się w pismach okultystycznych bywają skłonni uważać byle ból w krzyżach za objaw budzenia się „nadzmysłów”.

 

Wśród współbraci-ludzi, wśród współbraci-zwierząt

Przy szczerym, prostym przyjmowaniu objawów, towarzyszących chwilom wprawiania się w spokój, stwierdzamy, że stan uciszenia wprowadza nas najpierw nie w wymarzone przez laików „wyższe światy”, lecz w świat… zwierząt!

Człowiek pożądający cudowności może sądzić, że jest to cofanie się. Bynajmniej; po prostu stajemy się wrażliwsi, zaczynamy zauważać działanie w nas zmysłów, poprzednio nie rozbudzonych i nie używanych. Stajemy się wyczuleni na cierpienia innych – i ludzi, i zwierząt. A zaczęło się od tego, że przy wysyłaniu fal życzeń spokoju poza siebie, poruszyliśmy w swoim ciele najzupełniej fizyczne, ale nieznane nam przedtem, zasoby energii. Działanie ich odczuwamy szczególnie silnie najpierw powierzchnią ciała.

Ciało człowieka jest wszak zwierzęciem; kiedy roznieci w sobie ognisko energii, zaniedbane przy jednostronnym używaniu „zmysłu porównywania”, czyli umysłowości –  zaczyna nawiązywać zapomnianą łączność z istotami bratnimi, które żyją tylko zmysłami i uczuciami, a niemal wcale nie używają umysłu. Łączność między człowiekiem i psem, człowiekiem i koniem znana jest wszystkim opiekującym się zwierzętami. Mam tu na myśli łączność między człowiekiem i nieznanym mu, spotkanym zwierzęciem.

Oto przykład: Znajomy mój, którego przyjaciel znalazł się w latach terroru w Oświęcimiu, uległ raz złudzeniu, że widzi jego sylwetkę daleko na polu; wysłał więc odruchowo silną falę radosnego uczucia. Odległa postać, którą był koń, przybiegła w dziwnych podskokach, bo pęta przeszkadzały jej w ruchu, i po swojemu „rozmawiała”  z człowiekiem.

Poprzestaję na tym przykładzie. Niech każdy pozna to sam.

 

Ośrodek doznań – czyli „ja”

W powszednim życiu czujemy siebie, swoje „ja” – najzwyczajniej w ciele. Po dłuższym okresie praktykowania spokoju może nastąpić zmiana: „ja” jako centrum doznań zaczynamy odczuwać również poza ciałem.

Jeżeli żywo czujemy ten swój dalszy ciąg doznań jako „obłok” otaczający nas i zauważamy, że możemy otoczyć nim kogoś nam przyjaznego, stwierdzamy, że dzieje się coś przedtem nam nieznanego – jesteśmy jednocześnie i w ciele, i poza ciałem, i w tej innej osobie – mamy z nią wspólne stany uczuciowe, i wspólne proste wyobrażenia. Ośrodek doznań, nasze „ja” poszerza się i przestaje być oddzielnym, zamkniętym w obrębie ciała tworem kłopotów i lęków tegoż ciała.

Takie poszerzenie ośrodka doznań skłania wiele osób poznających do zajęcia się leczeniem ludzi z otoczenia. Czuje się przecież „sobą”, że spotkaną osobę boli oraz gdzie i jak boli (widzenie wzrokowe, zwane jasnowidzeniem nie jest do tego potrzebne), chce się więc pomóc. Jest to zdrowe i naturalne współczucie, ale staje się niebezpieczne, jeżeli doprowadzi do znachorstwa. Pozostawmy leczenie medycynie!

O przedłużaniu życia wszelkimi sposobami powiedział Krishnamurti: – „Nie umiecie żyć te kilkadziesiąt lat, kręcicie się w kółko w kieracie ugodowości, płycizny i strachu, a chcecie tę nędzę jeszcze przedłużać! Po co?”

 

Wszędzie dookoła – cierpienie…

Czyj ośrodek doznań poszerza się – ten spotyka się wszędzie z cierpieniem. Będzie więc sam cierpiał więcej niż przedtem, bądź też zatrzyma się – znieczuli się zadowoleniem ze zdobycia pierwszych ponadnormalnych właściwości, a może nawet zacznie robić interes na znachorstwie.

Ale mówmy o poważnych dążeniach. Jest to zaiste paradoksem, że kto życzy wszystkim spokoju, zaczyna sam spotykać się wszędzie z coraz większym cierpieniem.

Współczucie – proste słowo, lecz jakże wielkie. Ono otwiera nam drogę w zaświaty. Jeżeli nie jest pielęgnowane w porę, człowiek może nie znieść ciężaru doznań, gdy ukażą mu się obrazy niecodziennej rzeczywistości. (Pisarz rosyjski, L. Andrejew, we wspomnieniach z wojny rosyjsko-japońskiej dał wstrząsający obraz pobojowiska w nocy: jeden potworny, zwielokrotniony jęk, skarga umęczonego ciała – zewsząd, z ciemności zalegającej aż po niewidzialny w dali widnokrąg. Autor kończy ten opis wystrzałem samobójczym oszalałego z rozpaczy oficera).

Kiedy sięgamy swym ośrodkiem doznań coraz dalej, czujemy radości wszystkiego, czujemy i bóle. Wrażliwości tej nie wolno nam tłumić w sobie niczym, ale trzeba ustrzec się przed bezradnym wpadaniem w rozpacz. Przypomnijmy sobie słowa Mickiewicza: – „Jestem milion, bo cierpię za miliony!” Było to już o krok od rozpaczy, wybaczalnej, bo wszak nasz Wielki Adam był wychowany w kulcie Boga osobowego, a kult ten nie wyjaśnia tragizmu życia w obrębie naszego świata ziemskiego, w kręgu Maji (māyā)[4]. Dlatego Adam rzuca wyobrażeniu Boga osobowego rozpaczliwe oskarżenie: – „Jesteś nie ojcem świata, lecz carem!”

Nie samej nędzy fizycznej świata współczuł Mickiewicz, lecz i nędzy moralnej. Podobna troska skłoniła pierwszego z Europejczyków, który stanął przed Maharishim (Anglika Humphreya) do pytania: – „Jak pomóc światu?”. Odpowiedź Mędrca skierowana jest i do nas – do wszystkich: „Pomóż sobie, a pomożesz światu”.

Żeby pomóc sobie, a przez to i światu, trzeba dalej rozprzestrzeniać pole naszej świadomości, zwiększać zasięg naszego ośrodka doznań. A do tego będzie służyło to samo wprawianie się w spokój.

Ale teraz nie zadowolą nas doznania początkowe, kiedy to czuliśmy pierwsze przypływy energii w ciele. Ono samo, ciało, jest już mało ważne, mniej też nam przeszkadza. Czujemy dookoła wielką przestrzeń, pełną wrażliwego życia i w nią ślemy fale życzeń wszystkim istotom.

Łączymy się z ogromnym Życiem dookoła, wchodzimy w nie swą świadomością i powoli dojrzewamy do odczuwania, że to Świadomość Kosmiczna wchłania nas w Siebie. Na razie możemy to tylko przeczuwać.

 

W Świątyni Wielkiej Tęsknoty

Po najpilniejszym, najintensywniejszym roznieceniu i utrwaleniu w sobie spokoju, czujemy się w świątyni i oczekujemy spełnienia wielkiego zadania, którego jednak nie znamy; musimy je więc poznać. Pragniemy zbliżyć się do istoty Bytu w nas i we wszystkim. W ciszy, w spokoju przystępujemy do najwyższego zadania całego życia. Ufamy, że drogę otworzy nam uwielbienie świętości Życia. Jest ono dla nas już nie pojęciem intelektualnym, lecz Mocą, przenikającą i nas, i wszystko – od atomów do gwiazd; każda spotkana istota wieści nam tę Moc, której wszechobecność zaczynamy zauważać – nieśmiało i na razie z powątpiewaniem – w miarę poszerzania się naszych doznań.

Uciszyliśmy niepokoje; tak nam się zdaje. A co zostało? Wielka tęsknota! I to jest dobre. Wielkie umiłowanie czegoś wielkiego i przeczystego, burzącego i stwarzającego, przepełniającego sobą świat dookoła. Czujemy w sobie pęd w wielkie nieznane, które jednak przeczuwamy jako swoje, które otwiera się przed nami. Ślemy z siebie dookoła życzenia mocy w spokoju, umiłowania w tęsknocie, która nas nie opuszcza.

Nie wiąże nas żaden mit, nie krępują formy ani święte imiona, nie zagradzają drogi „tabu”; staramy się też odsuwać wszelkie pojęcia poza jednym – pojęciem Życia, przejawiającego się we wszystkim, od cząstek niewyobrażalnych do całości wszechświata. Zwracamy się ku wszystkiemu, co żyje, co raduje się i cierpi. Czujemy sobą przestrzeń i wtapiamy się w nią, śląc z siebie nieustannie życzenia. Topniejemy, znikamy jako oddzielność w wielkim spokoju, ale odczuwamy wciąż w coraz dalszej przestrzeni istnienie-cierpienie.

W chwilach pogrążania się w spokój trwamy świadomością w ciszy, bez zamącania jej porównaniami, zaczątkami myślenia. Po powrocie do stanu zwykłego wiemy, że nie opuszczała nas tęsknota, że byliśmy w stanie, który można nazwać przebywaniem w Świątyni Wielkiej Tęsknoty. Wyciągamy z tego wniosek, że ona również przesłania nam rzeczywistość, że jest to pogrążanie się w stan poczwarki. Skamienielibyśmy, pozostając w tym.

Tęsknota przykuwa nas do przeszłości, wiąże z odczuwaniem czasu. Musimy uporać się z tym, pomagając sobie rozejrzeniem się w życiu osobistym. Kochaliśmy bliskich i najbliższych, którzy odeszli – teraz rzutujemy w przyszłość marzenia o nich, oczekujemy wznowienia spotkań, powtórzenia przeżyć radosnych, czyli ściągamy w obecne wymiary to, co wydostało się dalej poza nie. Postępujemy jak larwa ważki, żerująca pod wodą i pragnąca (gdyby miała świadomość ludzką) powrotu na dno byłych larw, które już dojrzały i wydostały się jako skrzydlate ważki do życia w innym żywiole. Musimy przezwyciężyć domieszkę takich błędnych pragnień i oczyścić z nich tęsknotę. Tęsknota święta zwraca nas ku wydostaniu się poza czas i przestrzeń, a nie ku pozostaniu w ciele. Musimy odsunąć od siebie niemądre pokusy obiecanek sprowadzenia raju na ziemię, szerzone przez dziwaczne sekty. Wydostanie się poza czas i przestrzeń jest zadaniem każdego z nas, a do tego potrzebne jest jeszcze coś więcej niż samo ćwiczenie się w spokoju, dające jednak dobre warunki startu całej naszej istocie.

Kto praktykuje ćwiczenie się w spokoju, a nie poprzestaje na samym czytaniu o tych ćwiczeniach, ten zrozumie, dlaczego nie opisuję tu szczegółów doznań. Byłyby one niezrozumiałe, tak samo, jak po prostu „nie do wiary” jest stan wyzwolenia: przeciwieństwo smutków i cierpień – Szczęśliwość Absolutna.

To tylko współczucie ze wszystkim żywym i cierpiącym, pogrążonym – jak i my cieleśni – w świecie trójwymiarowym, przejmuje nas smutkiem coraz głębszym. Na dalekim końcu Ścieżki czeka nas nagłe wyjście poza wszystkie uzależnienia. Bez tego współczucia nie znaleźlibyśmy wyjścia poza nasz świat cierpień, a gdyby się nawet tak stało, gdybyśmy wydostali się bez tych przygotowań poza obręb naszych powszednich wąziutkich doznań – skończyłoby się to klęską… Przygotowanie do przebywania w świecie „poszerzonym” jest niezbędne do spokojnego, bez paraliżujących przerażeń, zajrzenia na drugą stronę Bytu jeszcze za tego życia.

Przygotowania

Czas jest dla nas czymś krótkim i zamkniętym w maleńkim obwodzie, w którym krążymy jednostajnie. Nie wyrwiemy się poza to błędne koło ani wyobraźnią, ani siłą rozumowania, ale możemy poszerzyć obwód, przyzwyczaić się do innej skali odczuwania czasu. Fizyka czyni to w kierunku minimum, stara się znaleźć obiektywną miarę najmniejszej jednostki czasu i już znalazła jej określenie naukowe: jest to czas, w ciągu którego światło przebiega przez jądro atomu!

Zadanie nasze, naszej świadomości jest inne: wyjść poza zamknięty obwód czasu. Mimo woli może to nasunąć przypuszczenie, że trzeba w tym celu dojść do największej z osiągalnych miar czasu. Byłby to błąd: wyjść poza czas można zawsze „teraz”, czyli w każdej chwili, potrzebne zaś do tego jest uciszenie całkowite wszystkich niepokojów osobowości, małego ośrodka doznań.

Przydaje się jednak bardzo wyjście poza zwyczajowe mierzenie czasu godzinami, dniami, wreszcie długością życia ludzkiego. Chodzi o to, żebyśmy oswoili się z innym czasem niż ten pospolity, dyktowany nam przez sprawy naszego ciała. Będzie to ważny szczegół w przygotowaniu się do świadomego wejścia w życie bezosobowe, wielkie Życie Całości.

Dwa najprostsze sposoby przygotowania wstępnego mogą przydać się każdemu. Pierwszy polega na zauważaniu, szczególnie w chwilach zmęczenia i nudnych oczekiwań, np. na pociąg, autobus, że przed paru dniami lub wczoraj było to samo i że jutro, pojutrze znowu się powtórzy. W takich chwilach przymusowej bierności łatwo jest odczuć ciągłość „teraz” trwającego nieustannie. Jeżeli uchwycimy to szczególne wrażenie, nasze „dzisiaj” rozciągnie się i na to, co już minęło, i na to, co się zbliża.

Poznamy „dzisiaj”, które jest dla nas ciągle.

Drugi sposób polega na objęciu wyobraźnią wielkiej miary czasu. Na nic tu liczby. Wprowadzi nas w to tylko wielkie wzruszenie całej naszej istoty. A dokona się w nas to w związku z poszerzaniem odczuwania przez nas przestrzeni.

Przestrzeni nie przezwyciężymy zaprzeczaniem jej. Przeciwnie – wyczuwajmy ją jak najwięcej, jak najdalej! Kto chętnie praktykuje ćwiczenie się w spokoju, ten czuje się  w środku przestrzeni świata fizycznego jak w wielkiej kuli. Korzystajmy z tego i pomóżmy sobie w jeszcze pełniejszym odczuwaniu ogromu. Do tego może posłużyć pobyt w lecie lub zimą poza miastem, w okolicy, gdzie niebo w nocy nie jest zaćmione łunami świateł i dymami. W pogodną, bezksiężycową noc wyjdźmy na pole, dość daleko od domostw i skupisk wysokich drzew, żeby ogarnąć spojrzeniem wielki przestwór nieba. Zagłębiamy się spojrzeniem w otchłań przestrzeni nad sobą. Znamy już te widoki, toteż słowo „otchłań” może dla nas brzmieć jak przesada. Jeżeli jednak uda nam się posłużyć dobrą lornetą i spojrzymy przez nią na znane, mało gwiezdne na pozór konstelacje, np. na Perseusza – ogarnie nas z pewnością zdumienie, gdyż niespodziewanie otworzy się przed nami wnętrze dalekiej przestrzeni, pełne życia! Ta z nagła ujrzana wielość światów, niedostrzegalnych gołym okiem, przejmuje czcią i podziwem. Takie mnóstwo światów! Tyle życia!

I teraz dopiero wyczuwalna staje się otchłań, ale żywa, jaśniejąca w najgłębsze dale słońcami, rojami żywych słońc!

Zostawiam Cię sam na sam z gwiazdami, przyjacielu.

Jeżeli czytałeś to, co tu napisałem, z pustej ciekawości – pomyślisz, że wyprowadziłem Cię w pole i „wystawiam do wiatru”. Gdyby tak się stało, sam będziesz temu winien.

Jeżeli zadasz sobie trud szczerego praktykowania spokoju – nie będziesz samotny w obliczu gwiazd, ogarnie Cię olbrzymia fala życia i nie zlękniesz się „otchłani”.

Proste słowa, które tu przeczytałeś, są zaledwie pierwszym drogowskazem na tej drodze, której początek poznałem. Dalej musisz pójść o własnych siłach. Będziesz spotykał wiele drogowskazów. Obyś nie pobłądził wśród nich.

Drogowskazy stawiają nie tylko uczniowie mędrców i wiedzący – lecz także samozwańcy, powtarzający stare słowa mądrości gwoli skupienia wokół siebie podziwiających ich przechodni; tacy przemawiają „ex catedra”, toteż bezinteresowny poszukujący rozpozna ich pychę.

Ku czemu, ku czyim naukom można się zwrócić? Z pełnym poczuciem odpowiedzialności wskazuję przyjaciołom nauki Śri Ramana Maharishiego. Samokontrolę nad sobą, nad swym powszednim ocenianiem ludzi i siebie zdobywa się czytając rozmowy Krishnamurtiego z osobami z różnych krajów. Wykłady Wiwekanandy z lat 1896 do 1900 (dźńana-joga, karma-joga, radźa-joga) pomogą każdemu uporządkować sobie wiadomości o drogach ku Prawdzie, wytyczonych dawno temu w Indiach, a mało znanych u nas i to najczęściej w zniekształceniu, jakby w odbiciu w krzywym zwierciadle.

Nie jesteśmy i tu u siebie w ślepej uliczce. Byli i u nas zawsze poszukujący, którzy dochodzili do poznania Prawdy; świadectwa o tym zostawiali w krótkich dokumentach w formie poezji, a dawniejsi nasi „wiedzący”, z czasów przedchrześcijańskich – w formie baśni, zawierających perły Prawdy.


 

[1] Sanskryckie prāṇa – energia życia, określana też terminem vāyu – powietrze, wiatr (przyp. red.).

[2] Przystosowanie ochronne występujące u zwierząt (zwłaszcza owadów), polegające na upodabnianiu się zwierząt bezbronnych do zwierząt zdolnych do obrony lub upodobnianiu się do siebie różnych gatunków zwierząt zdolnych do obrony poprzez przybranie ich kształtu, barwy, zachowania lub innych właściwości (przyp.red.).

[3] „Nauka Buddy”, tłum. W. Dynowska, Biblioteka Polsko-Indyjska, Bombaj 1969, wyd II., s. 123.

[4] Sanskryckie māyā – złudzenie, magia (przyp. red.)

Zostaw komentarz