Wspomnienia sadhu o Ramanie Maharishim

Sadhu Arunaćala (Alan W.Chadwick)

Śri Ramana Aśramam, Tiruwannamalai, Indie Południowe
Na podstawie: Sadhu Arunachala, A  Sadhus Reminiscences of Ramana Maharshi. Sri Ramanasramam, Tiruvannamalai 1976, wydanie  3.
Tłumaczenie z angielskiego: Stefan Ziembiński, redakcja: Karina Babkiewicz.

oṁ namo bhagavate śrī ramaṇāya

Słowo wstępne

Sadhu Arunaćala z aśramu w Tiruwannamalai jest przykładem doskonałego oddania dla naszego Guru, Bhagawana Śri Ramany Maharishiego. Jakieś 25 lat temu nazwisko i sława Bhagawana Śri Ramany przywiodły go z Anglii do Indii, a kiedy dotarł do Bhagawana, pozostał przy nim i nie wrócił już do swego kraju (yad gatvā na nivartante tad dhāma paramaṁ mama / moją najwyższą siedzibą jest ta, do której przybywszy, ludzie jej nie opuszczają – Bhagawadgita 15.6). Można go dziś zobaczyć w świątyni Bhagawana jak siedzi pogrążony w medytacji, co dzień, punktualnie od godziny 8 do 10 rano i od 5 do 7 po południu, tak, jak kiedyś można go było zobaczyć siedzącego u stóp Bhagawana w starym holu. Oczywiste jest więc, że ma on nam wiele do opowiedzenia nie tylko o Bhagawanie i jego nauce, lecz także o wielu zdarzeniach, jakie miały miejsce w obecności Bhagawana. Aśram wydał w języku angielskim dzienniki Swamiego Ramanandy Saraswatiego, Dewaradźi Mudaliara i S.S. Cohena. Dziennik Swamiego Ramanandy zawiera zapisy rozmów Bhagawana z rozmaitymi osobami, natomiast dwie pozostałe publikacje to kroniki codziennych zdarzeń. W podobnym tonie Sadhu Arunaćala opisuje w niniejszej książce to, co działo się w obecności Bhagawana, a czego sam był świadkiem, przy czym pomija zdarzenia wcześniej już przez innych opisane. Tak więc Wspomnienia Sadhu o Ramanie Maharishim stanowią uzupełnienie wcześniejszych publikacji.

Nie ma potrzeby dodawać, że Sadhu opowiada o tych zdarzeniach bardzo dokładnie, ściśle przestrzegając prawdy, i że książkę tę powitają z radością nie tylko uczniowie Bhagawana. Autor niniejszego wstępu bardzo szanuje Sadhu jako pisarza, który przetłumaczył na angielski wszystkie oryginalne teksty Bhagawana i choć Bhagawan sprawdził je osobiście, nie zdecydował się na ich wydanie, skromnie uzasadniając to tym, że wcześniej już wydawnictwo aśramu opublikowało Collected Works of Bhagavan Śri Ramana Maharishi.

Dłużni jesteśmy Sadhu wdzięczność za wydane w ubiegłym roku Poezje Ramany Maharishiego, a niniejsze Wspomnienia jeszcze ten dług wdzięczności powiększają. Gdy zacznie się je czytać, trudno się doprawdy oderwać.

Na koniec chciałbym zwrócić uwagę czytelnika na jedno zdanie Sadhu dotyczące Bhagawana, a zawarte w Epilogu:

Chociaż mówimy o nim (o Mistrzu) jak o zmarłym, to wbrew pozorom on jest naprawdę tutaj, żywy, tak, jak obiecał”.

Ktoś bardziej godny powinien był napisać ten wstęp, lecz nie mogłem odmówić prośbie Autora i niech to będzie moim usprawiedliwieniem.

K. Sundareśa Iyer

 

Przedmowa

Przeciętny czytelnik uzna tę małą książeczkę za zajmującą i pożyteczną; bardziej wybredny doceni może nie narzucający się i jak gdyby niezamierzony sposób przekazania nauki Bhagawana; dobry sadhu z zadowoleniem zauważy, w jak prosty sposób wyjaśnia Autor takie terminy, jak māyā, grzech pierworodny, dhyāna, savikalpa samādhi, nirvikalpa samadhi, czy sahaja samādhi. Przejrzyście przez Autora przedstawione najwyższe prawdy upaniszad przenoszą czytelnika w dziedzinę Rzeczywistości Jaźni. Bhagawan Ramana był największym cudem naszego życia, nie tylko dlatego, że sam był żywą Rzeczywistością, a również dlatego, że sprawiał iż była ona tak łatwo osiągalna dla jego uczniów, wśród których pan Chawdick, czyli Sadhu Arunaćala, jest jedną z wybitnych postaci.

Nakreślony piórem Sadhu portret Śri Bhagawana jest żywy i pełny, a bliscy uczniowie Bhagawana potwierdzają, że jest również dokładny w szczegółach i wiernie oddaje ducha jego nauki.

Oczywiście istnieje wiele dobrych książek, opisujących różne ścianki tego Diamentu, lecz ta książka ukazuje czytelnikom sam Diament!

Niech Bóg błogosławi skromnego autora tej małej i nieocenionej książeczki!

Śri Ramanananda Saraswati

Prolog

Wenkataraman, znany później jako Ramana Maharishi, urodził się pod koniec roku 1879 i opuścił ciało w kwietniu 1950. Był szeroko znany w swojej ojczyźnie, Tamilnadu, a także w innych częściach Indii i miał wielu naśladowców w Europie i Ameryce.

Był Mędrcem, to znaczy, że był zawsze świadomy swej identyczności z bezimiennym Najwyższym, chociaż funkcjonował jak zwykła istota ludzka, której ciało nie było różne od naszych ciał, wyjąwszy może fakt, że było ono nieco bardziej wątłe, niż ciało przeciętnego człowieka.

Urodził się w małej miejscowości, położonej około 20 mil od Maduraju, w której spędził pierwsze lata swojego życia. Po śmierci ojca zamieszkał w domu swego stryja w Maduraju. Był normalnym chłopcem, lubiącym zabawę i nie bardzo interesującym się lekcjami, chociaż gdy już się przyłożył do nauki, to świetnie wszystko pamiętał. Miał wyjątkowo twardy sen i kiedyś zdarzyło się, że aby go obudzić, trzeba było wyważyć drzwi pokoju, w którym spał. Zdarzało się, że gdy spał, koledzy wyciągali go z łóżka i zabawiali się jego kosztem, szturchając go i robiąc mu różne złośliwe kawały, czego normalnie nie śmieliby nawet próbować. Jak na swój wiek był bowiem silnym chłopakiem i wśród rówieśników całkiem nieźle dawał sobie radę. Myślę, że ten jego twardy sen musiał być związany z jego przyszłym osiągnięciem i był oznaką jego wielkiej zdolności koncentracji.

Religia nie bardzo go interesowała, chociaż jak każdy hinduski chłopiec regularnie odwiedzał świątynię. Był do pewnego stopnia rozczarowaniem dla swojej rodziny, która liczyła na to, że zdobędzie wykształcenie, osiągnie jakieś wpływowe stanowisko i będzie pomagał w jej utrzymaniu. Lecz wtedy było jeszcze za wcześnie, by to stwierdzić. Był przecież młody i być może w przyszłości podjąłby tę odpowiedzialność, ale wszelkie plany na przyszłość legły nagle w gruzach. W wieku 16 lat w pokoju na piętrze, w domu swego stryja, doświadczył wielkiego przeżycia, które miało zmienić wszystko. Posłuchajmy, jak sam o tym opowiedział:

Było to jakieś sześć tygodni przedtem, zanim na dobre opuściłem Maduraj, wtedy w moim życiu zaszła wielka zmiana. To było całkiem niespodziewane. Siedziałem kiedyś sam w pokoju na piętrze domu mojego stryja. Czułem się dobrze. W ogóle rzadko chorowałem. Spałem bardzo twardo. Kiedy byłem w Dindigul, wiele osób zgromadziło się pod drzwiami pokoju, w którym spałem i próbowało zbudzić mnie krzykiem i stukaniem do drzwi, wszystko na próżno. Udało im się obudzić mnie, dopiero gdy weszli do pokoju i mocno mną potrząsnęli. Ten twardy sen był raczej oznaką dobrego zdrowia. Moi podstępni koledzy, którzy normalnie nie śmieli bawić się moim kosztem, czasami przychodzili gdy spałem, wyciągali mnie z łóżka, stawiali na nogi i wyprowadzali na podwórko, gdzie mnie bili, popychali, naigrawali się ze mnie i w końcu prowadzili z powrotem do łóżka – a ja wszystko to znosiłem potulnie i pokornie, okazując wyrozumiałość i bierność, jakich nie okazałbym będąc w pełni obudzonym. Gdy przychodził ranek, w ogóle nie pamiętałem tych nocnych wydarzeń. Te ataki nie osłabiały mnie i nie wpływały na moją sprawność i trudno byłoby je uznać za objaw jakiejś choroby. Tak więc owego dnia, kiedy siedziałem sam, byłem całkiem zdrowy. Lecz niespodziewanie zmroził mnie nagły lęk nieuchronnej śmierci. Czułem, że będę umierał. Trudno wyjaśnić przyczynę tego lęku, w każdym razie nie miał on żadnego związku z tym, co odczuwałem w ciele. Również wtedy nie potrafiłem tego wyjaśnić. W ogóle nie myślałem wtedy o tym, żeby sprawdzać, czy mój lęk jest uzasadniony. Czułem: „zaraz umrę” i natychmiast zacząłem zastanawiać się, co powinienem w tej sytuacji zrobić. Nie miałem ochoty wzywać lekarza ani osób starszych, ani nawet przyjaciół. Czułem, że muszę sam stawić temu czoła, tutaj i teraz.

Ten atak śmierci sprawił, że w jednej chwili nastawiłem się na introspekcję, czy też „introwersję”. Mentalnie, to znaczy nie wypowiadając słów, powiedziałem sobie: „Teraz przyszła śmierć. Co to znaczy? To oto ciało umiera”. I natychmiast odegrałem (zainscenizowałem) scenę śmierci. Wyprostowany położyłem się na podłodze i usztywniłem całe ciało, jak gdyby zaczął mnie ogarniać rigor mortis. Udawałem trupa, aby urealnić moje dalsze dociekania. Wstrzymałem oddech i trzymałem usta zamknięte, mocno zaciskając wargi, aby nie wydostał się z nich żaden dźwięk. Nie wolno mi wypowiedzieć słowa „ja”, ani żadnego innego słowa! „Zatem dobrze” – powiedziałem sobie – „to ciało jest martwe. Sztywne zostanie zaniesione do miejsca palenia zwłok i spalone na popiół. Ale czy wraz ze śmiercią ciała umarłem też „ja”? Ciało jest ciche i nieruchome. Lecz ja czuję pełną siłę swej osobowości, nawet słyszę dźwięk „ja” w sobie, lecz poza ciałem. Więc jestem duchem, czymś, co nie jest ograniczone ciałem. Materialne ciało umiera, lecz śmierć nie może dotknąć nieograniczonego ducha. Zatem jestem nieśmiertelnym duchem”. Nie był to zwykły proces myślowy, lecz jasny błysk w mej świadomości, żywa prawda, którą odebrałem natychmiast i która jak gdyby nie domagała się żadnych dowodów. „Ja” było czymś rzeczywistym, jedyną realną w tym stanie rzeczą, i cała świadoma aktywność, która związana była z moim ciałem, była skupiona na tym. Od tego czasu potężna fascynacja „Ja”, czy też moją Jaźnią, stale przykuwa moją uwagę. Obawa śmierci znikła raz na zawsze. Zatopienie w Jaźni trwa od tego momentu nieprzerwanie aż do teraz. Inne myśli mogą przychodzić, jak różne nuty utworu muzycznego, ale „ja” dźwięczy stale jako główna, podstawowa nuta, która towarzyszy innym nutom i łączy się z nimi. Niezależnie od tego, czy ciało było zajęte rozmową, czytaniem, czy czymś innym, byłem stale skupiony na „Ja”. Przed tym kryzysem nie miałem czystej percepcji siebie ani świadomie nie odczuwałem żadnej w tym kierunku skłonności. W ogóle mnie to nie interesowało, a co dopiero mówić o stałej skłonności by o tym tylko myśleć. Wkrótce w moim życiu dały się zauważyć konsekwencje tego nowego nawyku”.  (B.V. Narasimha Swami, Self Realization, rozdz. 5.)

Po tym wydarzeniu, jeśli chodzi o stosunki rodzinne, wszystko szło źle. Stracił do reszty chęć do nauki i w czasie, gdy powinien odrabiać lekcje, zwykle siedział patrząc w przestrzeń, a nie ucząc się.

Przerwijmy na chwilę i zastanówmy się, co mu się właściwie przydarzyło.

Kiedy leżał na podłodze przyszła do niego śmierć. Czym była śmierć, której doświadczył, jeżeli nie śmiercią ego? Buddyści twierdzą, że ego jako takie jest całkowicie iluzoryczne, przy czym przyjmują za rzecz oczywistą, że nawet, jeśli w jakiś sposób istnieje, to nie ma w nim nic trwałego. Ego zmienia się w każdej chwili. Jakieś ego postanawia, że jutro coś zrobi, lecz gdy przychodzi ranek, już inne ego wydaje decyzje i odmawia wykonania tego, co było zamierzone. Tak więc zmieniamy się z dnia na dzień, lub raczej zmieniają się liczne „ega”, z którymi się utożsamiamy. Ale za każdym z nich stoi niezmienny świadek. Lecz świadek nie ogranicza się do patrzenia na uczynki małego ego, gdyż jest to Świadek Najwyższy, lub jak nazywa go Bhagawan, Jaźń. Jest tylko jedna Jaźń i jest ona jedyną niezmienną rzeczą, jaka istnieje. Chociaż w tym miejscu nie będziemy szerzej omawiać tego zagadnienia, powrócimy do niego jeszcze na dalszych stronach tej książki.

A więc Wenkataraman zmarł. Po tym zdarzeniu nie miał już więcej żadnego imienia, nigdy niczego nie podpisał ani żadnego imienia nie uznał za swoje. Ludzie nazwali go Ramaną i miał świadomość, że chodziło tutaj o jego osobę; gdyby nazwali go jakimkolwiek innym imieniem, też by się z tym zgodził. Krótko potem, kiedy opuścił dom, pozostawił nie podpisaną wiadomość, w której informował o swoim odejściu.

Wenkataraman zatem umarł, a co stało się potem? Jaźń zapanowała całkowicie. Bez wątpienia dla otoczenia ciało Wenkataramana oraz wszystko, co ludzie z tym ciałem kojarzyli, trwało nadal. Jego matka w dalszym ciągu nazywała go dawnym imieniem, chodził do szkoły i jadł obiady, lecz prawdziwy „on” nie utożsamiał „siebie” z żadną z tych czynności, obserwował je jak ktoś, kto ogląda film w kinie i wie, że jest to tylko film.

Z pewnością trudno to pojąć każdemu, kto nie poznał własnej Jaźni. Oto widzimy kogoś, kto działa, chodzi, je, śpi, i robi wszystko to, co sami robimy, a jednak mówi się nam, że on nie robi w ogóle nic. Dzieją się różne rzeczy, lecz on w żaden sposób się z tym nie łączy; jest osobą całkiem innego rodzaju niż my, chociaż zasadniczo wygląda jak każdy z nas. Jaką jeszcze różnicę można by znaleźć? Prawda jest taka, że nikt nie może powiedzieć, jak to jest być duszą, która poznała (urzeczywistniła) Jaźń, z wyjątkiem samej tej duszy, jak zwykł mawiać Bhagawan.

W tej jednej krótkiej godzinie w pokoju na piętrze Wenkataraman stał się duszą w pełni dojrzałą. Teraz poznał Boga. Z ziemskiego punktu widzenia jego życie płynęło odtąd prawie bez wydarzeń. Krótko potem opuścił dom i udał się do Tiruwannamalai, gdzie pozostawał przez resztę swojego życia. Z czasem stał się szeroko znany, chociaż tak długo, jak to było możliwe, unikał rozgłosu. Nie żeby pragnął być sławny, czy też pozostać nieznanym. Dla tego, który poznał Jaźń nie istnieje rzecz taka, jak pragnienie. On jest wyzwolony. Rzeczy po prostu się dzieją. Stał się sławny, ponieważ było jego prarabdhą[1] pomagać innym na drodze do osiągnięcia szczęścia, którym sam stale się cieszył.

Kiedy przyjechałem do Tiruwannamalai, Bhagawan znacznie już przekroczył wiek średni. Był szeroko znany i przez ostatnich trzynaście lat mieszkał w położonym u stóp góry aśramie, znanym jako Ramana Aśram. Informacje o jego życiu oraz książki zawierające jego nauki są łatwo dostępne w aśramie i dają czytelnikowi kompletny obraz jego życia. Ta mała książeczka nie jest opisem ani wyczerpującym, ani chronologicznym.

Oby otrzymała błogosławieństwo Bhagawana i oby stała się światłem, które choć kilku czytelników przywiedzie do jego stóp.

Część 1

Część 2

Część 3

Epilog i słownik terminów


[1] Zobacz słowniczek terminów na końcu książki (przyp. red.).

Zostaw komentarz