Bezosobowość jest zupełnym wyrzeczeniem

Swami Wiwekananda

Podobnie jak każde działanie, wypływające z nas jako ze swego źródła, powraca do nas, w reagowaniu, tak też czyny nasze mogą odczuć inni, a działania innych możemy odczuć my sami. Zapewne zauważyliście wszyscy, że kto popełnia złe czyny, nasiąka nimi sam i staje się coraz gorszy, natomiast ten, kto zacznie spełniać dobra uczynki, staje się coraz silniejszy i stara się czynić dobrze przy każdej okazji. Takiego nasilenia się wpływu czynów nie można objaśnić inaczej niż przez reagowanie wzajemne, które wywieramy jedni na drugich. Można to porównać ze zjawiskiem znanym z fizyki: jeżeli we wnętrzu izby znajdują się różne instrumenty muzyczne, nastrojone na ten sam ton, wówczas po wprawieniu w drgania jednego z nich, wszystkie pozostałe – jak można zauważyć – zaczynają drgać, chociaż słabiej, ale na ten sami ton.

Podobnie wszystkie umysły, nastrojone niejako na jedną długość fali, są uwrażliwione na te same myśli, wpływ myśli na umysł może, oczywiście, zmieniać się w zależności od odległości i innych czynników, ale umysł jest zawsze podatny na przyjmowanie myśli z zewnątrz. Przypuśćmy, że popełniam czyn zły, umysł mój wysyła pewne fale. Wszystkie umysły na świecie, nastrojone tak jak mój, mogą być rozedrgane przez fale wysyłane z mojego umysłu. Tak samo, kiedy popełniam czyn dobry, umysł mój wysyła inne fale, a wszystkie umysły, w których skali odczuwań mieszczą się długości tych fal, mogą odczuć ich wpływ na sobie. Ta moc wpływu umysłu na umysł bywa różna, zależnie od natężenia fal wysyłanych ze źródła.

Jeżeli będziemy snuli dalej to porównanie, możemy przyjąć, że podobnie jak światło rozchodzące się przez miliony lat w otchłaniach kosmosu, tak też i myśli mogą wędrować przez setki lat zanim natrafią na obiekt, który zdołają pobudzić do drgania – jak kamerton – w jednym z nimi tonie. Jest więc najzupełniej możliwe, że atmosfera dokoła nas jest pełna fal myśli – i dobrych i złych.

Każda myśl, wysłana przez czyjkolwiek mózg, wędruje i trwa, aż napotka obiekt, który może ją przyjąć. Każdy umysł, nastrojony na przyjęcie określonych wrażeń, przyjmie je natychmiast, kiedy do niego dojdą. Co z tego wynika? Że cokolwiek czynimy, nigdy żadne czyny nasze nie mogą być idealnie czyste ani idealnie złe, dopóki miarą jakości będzie szkoda wyrządzana lub niewyrządzana przez działanie. Nie możemy żyć ani choćby oddychać bez wyrządzania szkody innym istotom. Każdy kęs jadła odbieramy komuś innemu przez sam fakt życia, pozbawiamy innych – ludzi, zwierzęta czy drobnoustroje – możliwości utrzymania się przy życiu; jest pewne, że przeszkadzamy ich istnieniu. Skoro zaś tak jest, okazuje się, że doskonałości nie da się osiągnąć przez pracę. Choćbyśmy pracowali przez wieczność, nie znajdziemy w ten sposób wyjścia z tego labiryntu. Można wciąż usilnie pracować, trudzić się a trudzić, ale w skutkach naszej pracy mimo wszystko zawsze będzie mieszanka dobra ze złem.

Powinniśmy jeszcze zastanowić się, jaki może być koniec pracy, kiedy ustanie wszelkie działanie. We wszystkich krajach większość ludzi wierzy, iż nadejdzie czas, kiedy świat stanie się doskonały i nie będzie już ani chorób, ani śmierci, ani nieszczęść, ani złośliwości. Wspaniała myśl! Doskonały bodziec do rozruszania ignorantów. Jeżeli jednak zastanowimy się nad tym głąbiej, dojdziemy rychło do przekonania, że nie jest to wykonalne.

Jakżeby miało do tego dojść, skoro dobro i zło są dwiema stronami tego samego medalu? Jak mogłoby dobro zjawiać się bez cienia zła? Co zawiera w sobie pojęcie doskonałości? Życie doskonałe jest to pojęcie zawierające w sobie sprzeczność. Samo życie jest nieustanna walką z otoczeniem, zmaganiem się ze środowiskiem. W każdej chwili walczymy z przyrodą otaczającą nas, a kiedy przegrywamy, tracimy życie. Na przykład ciągle walczymy o zdobycie żywności i o powietrze; kiedy jednego czy drugiego zabraknie, ciało nasze umiera. Przebieg życia nie jest prosty i pokojowy, lecz jest wypadkową wielu zmagań. Życiem nazywamy bardzo złożoną walkę, toczącą się miedzy czymś wewnątrz nas i światem zewnętrznym; kiedy ta walka ustaje, również to życie się kończy.

Otóż to, co określamy pojęciem dobra idealnego, równa się ustaniu tej walki. Ale wtedy i samo życie ustaje, bo wszak walka nie może skończyć się inaczej jak wraz z życiem. Dowiedzieliśmy się już dawniej, że pomagając światu pomagamy sobie. Najważniejszym skutkiem naszych czynów służących dobru innych jest to, że one oczyszczają nas samych. Starając się służyć bliźnim wprawiamy się w zapominanie o sobie, a właśnie to zapominanie o sobie jest wielką lekcją, której powinniśmy nauczyć się w ciągu życia. Człowiek wyobraża sobie naiwnie, że może uszczęśliwiać sam siebie. Dopiero później po latach odkrywa, że prawdziwe szczęście polega na zabiciu egoizmu i że nikt inny nie załatwi tego za niego. Każdy akt miłosierdzia, każdy odruch sympatii, każdy czyn pomocy – wszystko to przyczynia się do zmniejszania ciężaru pychy ciążącej na osobowości, sprawia ulgę małemu naszemu ja, które zaczyna patrzeć na siebie jako na ostatnie i najniższe: toteż wszystko to jest dobre. W tym miejscu spotykają się dźńana-joga, bhakti-joga i karma-joga. Ideałem najwyższym jest wyrzeczenie się siebie zupełne i wieczyste, dojście do stanu, w którym nie ma już „ja”, a wszystko staje się „ty”. Karma-joga wiedzie nas ku temu, choćbyśmy tego jeszcze świadomie nie czuli. Kaznodzieja kościelny może odrzucać jako przerażającą ideę Boga Bezosobowego, może wymagać wiary w Boga Osobowego i sam może pragnąć zachowania własnej tożsamości, oddzielnej osobowości, własnej indywidualności, wszystko jedno jakie nadaje znaczenie tym słowom, jeżeli jednak jego postawa etyczna jest szlachetna, musi być oparta z konieczności na wyrzeczeniu najwyższym. Jest to bowiem podstawa całej moralności, każdej moralności; możecie zastosować to do ludzi, zwierząt, do aniołów; jest to jedyna idea zasadnicza, odnajdywana jako podstawa we wszystkich systemach moralności.

Różnego rodzaju ludzi spotykamy na tym świecie. Są ludzie boży, których wyrzeczenie się jest całkowite; ci służą ludziom dobrymi uczynkami nawet za cenę własnego życia. Gdyby który naród liczył ich chociażby nie więcej niż setkę, nigdy nie poddawałby się rozpaczy. Niestety tych najszlachetniejszych jest niezmiernie mało. Są też ludzie dobrzy, skłonni wyświadczać innym przysługi, kiedy ich to nic nie kosztuje i na nic nie naraża. Jest trzeci rodzaj ludzi – ubijających korzystne dla siebie interesy ze szkodą dla innych.

Pewien poeta sanskrycki wymienia czwarty gatunek, bezimienny, ludzi krzywdzących innych po prostu dlatego, że to sprawia im przyjemność. Podobnie jak na jednym biegunie bytu znajdują się ludzie najlepsi, najszlachetniejsi, czyniący dobro z umiłowania dobra, tak samo na przeciwnym biegunie są czyniący zło przez samo umiłowanie zła. Ci czynią zło bezinteresownie, jest to ich naturalna potrzeba.

Są w sanskrycie dwa słowa: prawṛtti – obracać zgarniając ku sobie – i niwṛtti obracać oddalając od siebie. Pierwsze dotyczy świata, dotyczy działania utrwalającego poczucie „ja i moje” przez gromadzenie bogactw, zdobywanie władzy, sławy, godności, wszystkiego, co daje się zebrać na własność owego ośrodka, pragnącego wciąż rozrostu — „ja sam”. Prawrytti jest naturalną wrodzoną skłonnością wszystkich istot ludzkich: brać, przywłaszczać sobie wszystko, czego się dosięgnie, skupiać wszystko dokoła ośrodka osobowości, zazdrosnej o swój stan posiadania. Dopiero kiedy zaczarowane koło tej skłonności pęka, a do środka twierdzy sobkostwa przedostają się pierwsze odruchy dawania zamiast brania, dopiero wtedy zaczyna się dla jednostki moralności i religijność. Prawrytti i niwrytti są nieodłącznie związane z każdym działaniem, z każdą pracą, wyznaczają kierunek jej celowości, pierwsza zły, druga dobry.

Niwrytii jest najgłębszą podstawą każdej moralności i każdej religii. Doprowadzona do doskonałości jest zupełnym wyrzeczeniem, gotowością poświęcenia umysłu, ciała, wszystkiego dla innej istoty. Kto dojdzie do tego stanu, osiąga doskonałość na drodze karma-jogi. Jest to najwyższe osiągnięcie przez dobre uczynki. Chociażby człowiek nie studiował nigdy żadnego systemu filozofii, chociażby nie wierzył ani teraz, ani dawniej w jakiegokolwiek Boga, chociażby nie modlił się w swym życiu ani razu, to jednakże, jeżeli tylko sama siła dobrych uczynków doprowadziła go do takiego stanu, że gotów jest oddać za bliźnich wszystko, nawet swe życie, osiąga ten sam szczyt, na który człowiek religijny wznosi się na skrzydłach modlitwy, a filozof przez swe poznanie. Widzimy więc, że filozof, człowiek uczynków i zwracający się do Boga z uczuciami czci i umiłowania – wszyscy trzej spotykają się na swej drodze, a łączy ich wyrzeczenie.

Choćby się pogłębiały różnice ostro dzielące odmienne systemy filozoficzne i religijne, cała ludzkość chyli czoła przed człowiekiem gotowym do poświęceń za innych. Wobec takiej postawy milkną spory o credo i doktrynę. Najzagorzalsi przeciwnicy wszelkiej idei religijnej ustępują ze czcią i podziwem, kiedy spotykają się z aktem poświęcenia.[1]

Zauważyliście z pewnością, że najbardziej prawowierni chrześcijanie przy czytaniu Edwina Arnolda Światło Azji przejęci są czcią dla Buddy, chociaż on nie głosił wiary w Boga, lecz jedynie składanie ofiary z siebie. Różnica polega tylko na tym, że ciasny, nietolerancyjny chrześcijanin, nie wie, iż cel jego własnych dążeń jest taki sam, jak i ludzi, od których tak się odgradza. Czciciel, mający nieustannie przed oczyma ideę Boga i wszechobecność dobra, dochodzi wreszcie do tego samego, woła wtedy „Bądź wola twoja” i nie pożąda już niczego dla siebie. Filozof na swej drodze poznawania prawdy przekonywa się, że ja pozorne jest złudzeniem, i z łatwością odmawia mu znaczenia, a jest to wyrzeczenie się siebie.

W taki sposób karma-joga, bhakti-joga i dźńana-joga łączą się w jednym punkcie. Wielcy kaznodzieje przeszłości mieli to na myśli, kiedy mówili, że Bóg nie jest światem, że świat jest czym innym niż Bóg. Takie rozróżnienie jest najzupełniej słuszne: to, co nazywali światem, jest to egoizm. Altruizm nie jest boski. Człowiek bez egoizmu, chociażby zasiadał na tronie i mieszkał w pałacu pozłocistym, będzie żył w Bogu. Inny może być łachmaniarzem bez mienia, a mimo to egoistą pogrążonym w sprawy świata.

Powróćmy do tego, co już powiedziałem, że nie możemy czynić dobra bez domieszki zła, ani też nie wyrządzamy zła, które nie byłoby rozjaśnione odrobiną dobra. Skoro wiemy o tym, jak możemy w ogóle działać? Z tego właśnie powodu niektóre sekty głosiły z zadziwiającą ślepotą absurd, że jedynym sposobem wydostania się ze świata jest swoisty rodzaj samobójstwa powolnego, na raty, ponieważ człowiek, aby żyć, musi zabijać rośliny i zwierzęta, krzywdzić coś lub kogoś, toteż według wyznawców tych sekt jedynym wyjściem jest śmierć. Taki jest najwyższy ideał nauki dźinizmu, a doktryna ta – o intencji szlachetnej – jest na pozór bardzo logiczna.

Ale prawdziwe rozwiązanie znajdujemy w Bhagawad-gicie, jest nim teoria wyrzeczenia: Nie należy się przywiązywać do niczego, kiedy spełniamy to, co nam przypada w ciągu życia. Wiedzcie, że jesteście całkowicie odgrodzeni od świata, chociaż w nim żyjecie: wiedzcie, że cokolwiek zdziałacie na świecie, uczynicie to tylko dla siebie, każdy czyn dla siebie samego wyda owoce i obciąży was, jeżeli spełnicie czyn dobra, musicie wziąć na siebie jego dobre skutki, jeżeli zły, nie unikniecie jego niszczących następstw. I na odwrót: każdy czyn spełniony nie dla siebie samego, nie obciąży was wcale – jego skutki ominą was.

W naszych Pismach jest jedno zdanie bardzo ostro wyrażające tę ideę: „Nawet gdyby zmasakrował cały świat albo popełnił samobójstwo, nie będzie ani mordercą ani ofiarą, jeżeli nie czynił tego dla samego siebie”.

Karma-joga również poucza: „Nie porzucajcie świata, żyjcie wśród świata i zajmijcie się jego sprawami jak tylko zdołacie, ale gdyby coś miało być wyłącznie na wasz użytek i dla waszej przyjemności, powstrzymajcie się i nie róbcie nic”.

Używanie nie powinno być celem. Zabijcie najpierw oddzielną swą osobowość a cały świat traktujcie jakby był wami. Pierwsi chrześcijanie mówili: „Stary człowiek musi umrzeć”. Te słowa „stary człowiek” oznaczały ideę egoistyczną, że cały świat jest stworzony na nasz użytek. Rodzice, wychowani w takim przesądzie, uczyli dzieci modlitwy: „Dziękuję Ci Panie Boże, że dla mnie stworzyłeś to słońce i ten księżyc”; jakby Pan Bóg nie miał nic innego do roboty tylko stwarzać wszystko dla maluchów. Nie wmawiajcie takich idiotyzmów w swe dzieci. Są też ludzie, których głupota jest nieco innego rodzaju; mówią nam, że wszystkie zwierzęta są stworzone po to, żebyśmy, my ludzie, mogli je zabijać i zjadać, że cały wszechświat jest stworzony dla nas, dla naszej przyjemności. Ci są niespełna rozumu. Tygrys mógłby tak samo powiedzieć: „Człowiek jest stworzony dla mnie” i modlić się „Boże! Jakże ci ludzie są zwyrodniali — nie dają mi się złapać, żebym mógł ich pożreć, grzeszą przeciw twemu przykazaniu”. Jeżeli świat jest stworzony dla nas, to i my jesteśmy stworzeni dla świata.

Przerażająco ohydna jest idea, że świat jest stworzony dla naszej przyjemności; jest to najgorszy błąd krępujący naszą jasność widzenia. Ten świat nie jest skonstruowany „na naszą intencję”. Miliony ludzi umierają ciągle, miliony młodszych zajmują ich miejsce. W jednakiej mierze świat jest, dla nas i my dla świata.

Ażeby móc pracować w sposób właściwy, powinniście przede wszystkim wyzbyć się idei przywiązania. Po wtóre: nie dajcie wciągnąć się w wir bójek, zachowujcie się jak świadek i róbcie swoje. Mistrz mój miał zwyczaj mówić: „Traktujcie swe dzieci jak niańka”. Niańka bawi się z dzieckiem, karmi je, myje, opiekuje się nim jak własnym, ale zwolniona odchodzi, nie rozpacza, że zajmie się innymi dziećmi. Powinniście zachowywać się tak samo wobec wszystkiego, co uważacie za swą własność. Jesteście jak pielęgniarka; jeżeli wierzycie w Boga, wierzcie, że wszystkie rzeczy, które uważacie za swą własność, należą rzeczywiście do niego. Największa słabość ukrywa się często pod pozorami największej dobroci i największej mocy. Słabością jest wyobrażać sobie, że ktoś zależy ode mnie i że mogę zrobić coś dobrego dla bliźnich. Takie przekonanie jest zaczątkiem więzów, źródłem wszystkiego, co nam sprawia przykrość i ból.

Wbijmy to sobie do głowy, że nikt na świecie nie zależy od nas, ani jeden żebrak nie jest nam winien wdzięczność za nasze miłosierdzie, ani jedna dusza nie jest na łasce naszej dobroci, ani jedna istota żywa nie zależy od naszej pomocy. Przyroda pomaga wszystkim i będzie pomagała, kiedy miliony was znikną.

Bieg spraw w przyrodzie nie zatrzyma się ani z powodu waszych, ani moich życzeń. Jak już widzieliśmy, mamy na szczęście przywilej – i wy, i ja – wychowania siebie przez pomaganie innym. Jest to wielka lekcja do nauczenia się jej w ciągu życia, a kiedy nauczymy się jej dobrze, nie będziemy się już nigdy czuli nieszczęśliwi, będziemy mogli bez obawy uczestniczyć w życiu społecznym gdziekolwiek, wszędzie. Choćbyście żyli w małżeństwie, mieli wielką posiadłość, istne bataliony służby albo całe królestwo do rządzenia nim, jeżeli tylko trzymacie się zasady, że świat nie został stworzony dla was i wcale was nie potrzebuje, wszystko to nie zaszkodzi wam bynajmniej. Przypuśćmy, że zmarło paru waszych przyjaciół, czy świat zatrzyma się, żeby czekać na ich powrót? Nie, nic się nie stanie. Wyzbądźcie się przekonania, że macie coś do zdziałania dla świata, świat bowiem wcale nie potrzebuje was i waszej pomocy. Jeżeli kto wierzy, że narodził się, żeby ratować świat, jest to naiwność i absurd, jest to po prostu pycha i egoizm, starające się uchodzić za cnotę.

Kiedy nastawiliście już swój umysł i nerwy na przekonanie, że świat nie zależy ani od was, ani od nikogo, nie sprawią wam już cierpień reakcje na waszą działalność. Kiedy dajecie coś człowiekowi baz oczekiwania czegokolwiek, choćby uprzejmości, niewdzięczność jego nie dotknie was, ponieważ niczego nie spodziewaliście się, ponieważ nie wyobrażaliście sobie, że możecie mieć prawo do otrzymania czegokolwiek w zamian. Daliście mu to, na co zasłużył, jago karma przysporzyła mu to, a wasza karma uczyniła was narzędziem. Dlaczego mielibyście szczycić się daniem czegoś?

Jesteście tylko powiernikiem, przynoszącym pieniądze czy inne dobro w darze, a biorący otrzymują to, bo zarobili na to w swej karmie. Czy macie więc powód do dumy? Nie ma nic naprawdę wielkiego w tym, co dajecie światu. Jeżeli już nabyliście zdolności nieprzywiązywania się, nie będzie dla was już istniało dobro i zło. To tylko egoizm stwarza podział na dobre i złe. Trudno, bardzo trudno jest to zrozumieć, ale z czasem pojmiecie, że nic na świecie nie ma nad wami mocy, kiedy już nie pozwalacie działać na siebie. Nic nie ma władzy nad „Ja” człowieka, byleby to „Ja” nie postępowało niemądrze i nie traciło swej niezależności. A przez nastawienie bezosobowe, bez uwiązywania się, wzrastacie i odrzucacie zależności, oswobadzacie się z wpływów wywieranych na was przedtem przez byle kogo. Łatwo jest mówić, że nic nie ma prawa podziałać na was, dopóki nie pozwolicie na wpływ; ale po czym poznać, że dany człowiek naprawdę nie poddaje się wpływom? Po prostu po tym, że jest zrównoważony, ani szczęśliwy, ani nieszczęśliwy w zmiennych kolejach losu, że nie traci pogody ducha i zachowuje zawsze, niezależnie od okoliczności, spokój w jasnych i ciemnych chwilach życia na świecie zewnętrznym.

Onego czasu żył w Indiach mędrzec imieniem Wjasa, uważany za autora aforyzmów o Wedancie. Ojciec jego starał się dojść do doskonałości, ale nie udało mu się. Dziadek jego dążył do tego samego i również nie podołał. Pradziadek też próbował bez skutku. Wjasa nie osiągnął tego stanu całkowicie, ale syn jego, Śuka, przyszedł na świat jako doskonały. Wjasa przekazywał mądrość synowi. Kiedy ukazał mu już drogę poznawania prawdy, posłał syna na dwór wielkiego króla Dźanaki Widehy. Słowo videha znaczy „bez ciała”. Król ten, chociaż był władcą, doszedł do stanu zupełnego wyzbycia się odczuwania ciała, miał wciąż poczucie, że jest tylko duszą. Król wiedział, że syn Wjasy przybywa, żeby zaczerpnąć od niego mądrość, toteż wydał w związku z tym pewne zarządzenie. Kiedy młodzieniec stanął przed wrotami pałacu, strażnicy poprosili go, żeby usiadł, lecz nie uczynili nic nadto. Przez trzy dni i trzy noce przybysz oczekiwał w bramie, a nikt nie zwracał się do niego, nie zapytał ani słowem, kim jest i skąd przybywa.

A był to przecież syn wielkiego mędrca, ojciec jego był poważany w całym kraju, on sam też był wszędzie traktowany z godnością, ale straże, grubiańskie w obejściu, nie zwracały na niego uwagi. Potem nagle przybyli dygnitarze dworu powitać go uroczyście i przyjęli go z wielkimi honorami. Wprowadzili do wspaniałych komnat, przygotowali dla niego kąpiel z wonnościami, odziali w piękne szaty i przez osiem dni otaczali go najwyszukańszym luksusem. Pogodne, spokojne oblicze Śuki nie zmieniało swego wyrazu pomimo takich zmian w przyjęciu: wśród zbytku w pałacu zachowywał się tak samo jak podczas wyczekiwania u progu. Wreszcie stanął przed samym królem; było to podczas zabawy dworskiej — król zasiadł na tronie, grała ka­pela, popisywały się tancerki, salę zapełniali ludzie. Król podał mu pełną po brzegi misę mleka i kazał mu okrążyć z nią salę siadem razy bez uronienia kropelki. Młodzieniec wziął misę i szedł niosąc ją wśród rozbawionych, tańczących par. Ani piękne postacie, ani muzyka i gwar nie przeszkodziły mu w obejściu sali siedem razy: misa pozostała pełna co do kropli. Kiedy oddał misę królowi, ten rzekł: „Mogę tylko powtórzyć ci to, czego nauczył cię ojciec i co poznałeś sam: znasz prawdę, powróć do domu”.

Tak to człowiek, który przyzwyczaił się władać sobą, nie może już ulegać działaniu niczego z zewnątrz. Nie ma już dla niego służebności, umysł ma wolny. Jedynie taki człowiek zdolny jest żyć swobodnie na świecie. Spotykamy się powszechnie z dwiema przeciwnymi opiniami o świecie, pesymiści mówią: „jaki świat jest potworny, jaki pełen zła”. Optymiści zachwycają się: „jaki świat jest piękny, jaki cudownie dobry!” Dla tych, którzy nie stali się panami własnego umysłu, świat jest albo pełen zła, bądź też widzą świat jako mieszaninę dobra i zła. Ale ten sam świat stanie się dla nas światem optymizmu, kiedy zawładniemy własnym umysłem. Nic wtedy nie będzie na nas działało ani jako dobro, ani jako zło: ujrzymy, że wszystko jest na właściwym miejscu, zharmonizowane. Niektórzy, twierdzący z początku, że świat jest piekłem, kończą głoszeniem, że jest rajem, kiedy już doszli do władanie swym umysłem. Jeżeli jesteśmy szczerymi karma-joginami, jeżeli pragniemy przez praktykę osiągnąć ów stan, możemy mieć pewność, że gdziekolwiek zaczniemy, dojdziemy na końcu drogi do bezosobowości i wyrzeczenia doskonałego. A kiedy „ja” pozorne zniknie, świat cały, tak widzialnie przeniknięty złem obecnie, ukaże się nam w zmienionym widzeniu jako raj pełen szczęśliwości. I atmosfera jego będzie błogosławiona: każde oblicze ludzkie ukaże się w niej od strony dobra. Taki jest cel i takie zadanie karma-jogi, do takiej doskonałości wiedzie ona w życiu praktycznym,

Nasze różne jogi nie przeszkadzają sobie wzajemnie, wszystkie prowadzą do jednego celu i wiodą nas ku doskonałości, ale każdą z nich trzeba praktykować z mocą i wytrwale. Wielki sekret polega na przejściu od teorii do praktyki. Najpierw trzeba słuchać, potem rozważać, wreszcie praktykować. Tak jest w każdej jodze. Najpierw powinniście postarać się o znalezienie objaśnienia i zrozumieć, o co chodzi. Wiele rzeczy niezrozumiałych pojmiecie jasno, kiedy będziecie słuchali o nich i rozważali je ciągle. Trudno jest pojąć wszystko zaraz po pierwszym usłyszeniu. A przede wszystkim, należy nie zapominać, że wyjaśnienie wszystkiego jest zawarte w nas samych. Nikt nigdy nie nauczył się niczego od innych, każdy z nas musi nauczać samego siebie, nauczyciel zewnętrzny może tylko poddawać sugestie, skłaniając nauczyciela wewnętrznego do wysiłków w celu zrozumienia. Wtedy nasza własna moc ujmowania i porównywania, a więc myślenia, rozjaśnia nam sprawy, które wreszcie „urzeczywistniamy” w swej duszy; takie „urzeczywistnienie” rozwijając się stanie się intensywną siłą woli. Najpierw to się odczuwa, potem się tego chce, a z tego chcenia rodzi się potężna moc działania, rozprzestrzeniająca się na wszystkie arterie, nerwy, mięśnie, aż całe nasze ciało przemienia się w narzędzie jogi działania bezinteresownego, aż następnie osiągnie się upragniony skutek – stan zupełnego wyrzeczenia, altruizmu doskonałego.

To osiągnięcie nie zależy od żadnego dogmatu, od jakiejkolwiek doktryny, od przyjęcia jakiejkolwiek wiary. Wcale nie zależy od tego, czy się jest chrześcijaninem, czy mozaistą, czy poganinem lub kim innym.

Czy wyswobodziliście się z egoizmu? Oto pytanie. Jeżeli tak, dojdziecie do doskonałości baz obowiązku czytania choćby jednej księgi religijnej, nie odwiedziwszy ani jednego kościoła, ani jednej świątyni.

Każda z naszych dróg jogi, niezależnie od innych, może doprowadzić człowieka do doskonałości, ponieważ wszystkie jogi mają wytyczony ten sam cel. Joga działania, joga mądrości i joga umiłowania i czci otwierają niezależnie jedne od drugich proste drogi do stanu mokṣa. Tylko nierozumni mogą utrzymywać, że działanie a filozofia są to różne rzeczy; wiedzący nie mówią tego. Wiedzący postrzegają, że pomimo różnic pozornych, jedno i drugie prowadzi ostatecznie do jednego i tego samego osiągnięcia: doskonałości człowieka.


[1] Wiwekananda na szczęście dla siebie nie żył w naszych latach 1939-1945, 1968. (Przyp.tłum.)

Zostaw komentarz