Wspomnienia sadhu – część 3

Bhagawan nauczał, że nasze przeżycia na jawie i we śnie są dokładnie tym samym. Zawsze trudno mi było to zrozumieć i często zadawałem na ten temat pytania. Bhagawan wyjaśniał, że wszystkie moje pytania dotyczące snów zawsze pojawiają się w stanie jawy, a nigdy w czasie snu. Jakże wobec tego mogą być ważne? Wszystko jest tylko projekcją umysłu. Ponieważ zauważasz, że w porównaniu z tym, co dzieje się na jawie, sny są ulotne, wyobrażasz sobie, że istnieje zasadnicza różnica pomiędzy stanem snu a stanem jawy. Ta różnica jest tylko pozorna. Sen śni się osobie, która wówczas myśli, że jest w stanie jawy, a z punktu widzenia Absolutu stan jawy i stan snu są jednakowo nierealne. Nie masz zastrzeżeń co do realności snu gdy śnisz, masz je dopiero potem, w stanie jawy. Czy to jest w porządku?

Ciągle jednak miałem trudności w zrozumieniu tej nauki Bhagawana, pomimo że przyjąłem, iż cały świat jest złudzeniem i jest wytworem umysłu. Stan jawy wydawał mi się stały, miał swoją kontynuację. Co rano budziłem się w tym samym świecie, a w snach było zawsze inaczej, nie było tej ciągłości i w tym widziałem różnicę. Jednak Bhagawan nigdy tej różnicy nie zaakceptował i powtarzał, że krytyka pojawia się zawsze w stanie jawy, a nigdy w czasie snu. Potem miałem taki sen:

Dyskutowałem z kimś na temat snów i w trakcie rozmowy powiedziałem: „Możesz mówić co chcesz, ale biskup Berkeley miał rację, rzeczy istnieją tylko w umyśle, nie mają realności poza umysłem. Rzeczy po prostu nie istnieją; a więc doświadczenia nasze we śnie i na jawie muszą być dokładnie tym samym. Są to tylko wytwory umysłu”. „Teraz tak mówisz” – odpowiedział mój rozmówca – „ale nie powiedziałbyś tego we śnie”. I wtedy się obudziłem, a całe senne zdarzenie pozostało intensywnie żywe.

Gdy później opowiadałem mój sen różnym osobom, nie wszyscy potrafili dostrzec jego związek z tym, o czym powiedziałem wyżej. Chodzi o to, że sen ten był tak rzeczywisty, że nigdy nie przyszłoby mi do głowy, by uważać go za sen, lub, mówiąc inaczej, by nie uważać go za stan jawy. Te dwa były dokładnie takie same.

Bhagawan stale podkreślał, że wszystko jest w umyśle, a sam umysł jest tylko przemijającym zjawiskiem. „Kto stoi poza umysłem?” – pytał wielokrotnie. „Znajdź go, a wtedy umysł sam automatycznie zniknie”. Aby tego dokonać, powinno się stale powtarzać akt poszukiwania ”Ja” poprzez stawianie sobie pytania Kim jestem? Ludzie często błędnie to rozumieją, pomimo że nauka Bhagawana jest całkiem prosta. W tym poszukiwaniu nie chodzi o to, by znaleźć jakieś transcendentalne, absolutne „Ja”, ale samo ego i punkt, w którym się ono pojawia. Kiedy się to znajdzie, wtedy ego automatycznie odpada, i wie się wtedy, że tylko Jaźń istnieje. To jakby się szło w górę rzeki, pomiędzy wzgórzami, a gdy dochodzi się do źródła, nie ma tam już rzeki. Źródło, umysł i ego są jednym i tym samym, i nie istnieją już oddzielnie. Umysł nie może znać Jaźni, bo jak mógłby poznać coś, co jest poza umysłem? Dlatego nawet Mędrzec nie jest w stanie opisać swojego stanu słowami, które należą przecież do umysłu. Poznać coś to być tym. Nie ma innej możliwości.

Bhagawan mówił, że umysł jest jak małpa, nie usiedzi ani sekundy spokojnie, próbować go uspokoić to zadanie niemal beznadziejne; najlepsze, co można zrobić, to dać mu jakieś zajęcie i nie pozwolić, by marnował swoje siły, snując niekończące się obrazy. Niech się skupi na pytaniu Kim jestem?, a wtedy nie będzie miejsca dla żadnej innej myśli. To jakby używać ciernia do usunięcia innego ciernia, tkwiącego w stopie. Niemniej jednak Bhagawan często mówił nam też, abyśmy „robili wysiłek, by pozostawać bez wysiłku”. Mogło to świadczyć o tym, że umysł osiągnął już jakiś progres w powściąganiu samego siebie.

Wielu uczniów uważało Bhagawana za wcielenie Dakszinamurtiego, milczącego Guru. Bo chociaż nie był wcale małomówny, to gdy przemawiał do uczniów w ich sercach, czynił to w głębokiej ciszy. Przychodzili do Bhagawana ludzie pełni wątpliwości, siedzieli przy nim i odchodzili nie zadawszy ani jednego pytania, a ich wątpliwości były wyjaśniane. On sam powiedział: „Milczenie jest najlepszą nauką (upadeśa), ale jest ono odpowiednie tylko dla zaawansowanych uczniów; inni nie są w stanie w ten sposób odebrać pełnego natchnienia, dlatego, by objaśnić prawdę używają słów. Ale prawda jest ponad słowami. Prawda nie dopuszcza objaśnień. Wykład może zająć ludzi przez kilka godzin, nie wywierając na nich żadnego wpływu, natomiast efekt ciszy jest trwały i dobroczynny dla wszystkich. Nawet jeśli nie jest to zrozumiałe, to nic nie szkodzi. Ustne nauki nie są tak wymowne, jak milczenie. Pradawny Mistrz Dakszinamurti jest tu wzorem, on nauczał w milczeniu”.

W Północnych Indiach w każdej świątyni Śiwy stoi posąg Dakszinamurtiego (boga patrzącego na południe), przed którym codziennie odprawia się nabożeństwo. Dakszinamurti siedzi pod drzewem banianowym, a u jego stóp widzimy czterech uczniów. Jego lewa stopa leży na prawym kolanie, a prawa stopa spoczywa na postaci, symbolizującej ego. Ma cztery ręce. Jedna z dłoni ułożona jest w mistycznym geście błogosławieństwa, zwanym cin-mudra, zaś trzy pozostałe trzymają pochodnię (oświecenie), księgę (mądrość) i bębenek (damaru – dźwięk, stwarzający świat).

Jego historia jest następująca: Brahma zmęczył się stwarzaniem, stworzył więc czterech Kumarów, którzy mieli go zastąpić. Ale Kumarowie ani myśleli go zastępować, zamiast tego zaś domagali się wtajemniczenia prowadzącego do wyzwolenia. Tego im ich ojciec Brahma odmówił. Opuścili go zatem i poszli szukać gdzie indziej. W końcu napotkali straszliwą postać, siedzącą pod drzewem banianu. Tutaj się zatrzymali i dostali instrukcje, których poszukiwali, a które były im dane w milczeniu. W milczeniu, ponieważ żadne słowo nie wyrazi tego, co jest poza słowami, ani żaden umysł nie pojmie tego, co jest poza umysłem. Milczenie jest nauczaniem najdoskonalszym ze wszystkich.

Dakszinamurti znany jest jako milczący Guru, Guru wszystkich Guru. Niezależnie od tego, że czczony jest codziennie we wszystkich świątyniach Śiwy, na południu Indii ma też kilka własnych świątyń. Dakszinamurti to ascetyczny aspekt Śiwy.

Przykładem tego, jak wymowne może być dla szczerze poszukującego milczenie, może być epizod, którego byłem naocznym świadkiem kilka lat temu.

Przyjechał do aśramu pewien dżentelmen z Kaszmiru, a towarzyszył mu sługa, nie znający żadnego języka poza ojczystym kaszmirskim. Którejś nocy, kiedy w holu było już prawie całkiem ciemno, paliła się tylko migocąca blado nocna lampka, sługa ten przyszedł i stojąc przed Bhagawanem w postawie pełnej szacunku, zaczął trajkotać coś szybko w swoim języku. Bhagawan nic nie mówił, leżał spokojnie patrząc na niego. Po chwili sługa pożegnał się i opuścił hol. Następnego ranka jego pracodawca przyszedł do Bhagawana i czynił mu wymówki: „Bhagawanie, dlaczego nigdy mi nie powiedziałeś, że znasz kaszmirski, czy to jest fair?” „Dlaczego, o co ci chodzi? Nie znam nawet jednego słowa w twoim języku”. Bhagawan zapytał dżentelmena, skąd mu przyszedł do głowy tak absurdalny pomysł. „Ostatniej nocy mój sługa przyszedł i zadał ci kilka pytań. Twierdzi, że odpowiedziałeś mu w tym samym języku i wyjaśniłeś jego wątpliwości.” „Ale ja nawet nie otworzyłem ust” – odpowiedział Bhagawan.

Bhagawan nie lubił, gdy go dotykano, jedynymi osobami, które mogły to robić byli jego osobiści słudzy. Ludzie chcieli dotykać czołem jego stóp i zakładać mu na szyję girlandy kwiatów. Stało się to tak nieznośne, że trzeba było postawić barierkę dokoła jego łoża, by nie podchodzili zbyt blisko. Może z tego właśnie powodu nigdy nie udzielał inicjacji przez dotyk. To zaskakujące, ale wiele osób obraziło się o to, że nie pozwalano im dotykać Bhagawana. Traktowali go jak własność publiczną i uważali, że wszyscy mają prawo przeszkadzać mu, kiedy tylko zapragną. Gdy jakaś starsza kobieta któregoś dnia wyjątkowo niepokoiła Bhagawana, mężczyzna koło mnie oburzał się, gdy ją któryś raz z rzędu powstrzymywano. „Czemu jej nie pozwalają, jeśli ona tego pragnie?” O wygodzie Bhagawana nawet nie pomyślał.

Są trzy sposoby udzielania inicjacji: przez położenie rąk, zwykle na głowie, przez podanie mantry, którą się szepce do ucha i poprzez spojrzenie. Panowała opinia, że Bhagawan robi to wyłącznie poprzez spojrzenie, choć on sam nigdy nie przyznał, że dał komuś wtajemniczenie; wszystko odbywało się bez ceremonii. Zawsze odmawiał położenia rąk na czyjejś głowie, choć wiele osób błagało go o to. Wiem jednak o jednym wyjątku.

Ze stanu Majsur przyjechał stary sannjasin, który kiedyś pracował jako naczelnik stacji kolejowej. Zdawało się, że Bhagawan od samego początku poczuł do niego dużą sympatię i był w stosunku do niego niezwykle serdeczny. Przed wyjazdem z aśramu sannjasin przyszedł do holu razem z przyjacielem, który miał służyć jako tłumacz. Hol był w tym czasie pusty, Bhagawan właśnie wrócił z poobiedniego spaceru i siedział na swoim łożu. Sannjasin poprosił, by Bhagawan położył ręce na jego głowie, ukląkł i oparł głowę o krawędź łoża. Bhagawan obrócił się w jego stronę i położył obie dłonie na jego głowie; trwało to kilka minut. Potem sannjasin podniósł się bardzo wzruszony i opuścił hol.

Bhagawan zawsze przestrzegał swoich uczniów, by nigdy nie podejmowali uciążliwego obowiązku bycia czyimś Guru. To tylko przysparza kłopotów. Uczniowie oczekują od swojego Guru rzeczy niemożliwych i próbując ich zadowolić, Guru nie może uniknąć stosowania rozmaitych sztuczek Nawet jeśli mógłby czynić cuda, to ponieważ są one również nietrwałe, byłoby to tylko odejściem od ścieżki Prawdy.

Anantanarayana Rao opowiedział, jak kiedyś, gdy pielęgnował Bhagawana w czasie jego ostatniej choroby, zaczął go błagać, by jeszcze nie umierał i by uczynił to dla dobra swoich uczniów. Bhagawan odpowiedział mu wtedy: „Najważniejszym obowiązkiem Guru jest wpojenie uczniom niezachwianej pewności, co do jego istnienia, a kiedy już tego dokona, może spokojnie opuścić ciało”. Mamy tu jeszcze jeden dowód na to, że Bhagawan uważał się za Guru, prowadzącego uczniów.

Naczelną regułą, jaką zalecał nam przestrzegać Bhagawan, było jedzenie tylko sattwicznego pożywienia oraz przebywanie w dobrym towarzystwie (sat-saṅga).Nie ustanawiał żadnych innych reguł. Mówił, że umysł powstaje z tego, co zjadamy i że powinno to być pożywienie zdrowe i ściśle wegetariańskie. Jednak nigdy się nie wtrącał ani nikomu niczego nie narzucał. Potrawy podawane w aśramie były jak zwykle na południu Indii bardzo ostre, ale oczywiście Bhagawanowi wcale to nie przeszkadzało. Jednak był zdecydowanie przeciwny jedzeniu mięsa. Kiedyś, na początku mego pobytu w asramie ktoś puścił plotkę, że w swojej kuchni gotuję sobie mięsne potrawy. Oczywiście było to kłamstwo, moje jedzenie było zresztą bardziej sattwiczne od tego, co miał aśram. Kiedy usłyszał o tym Bhagawan, powiedział: „Nie życzymy sobie tutaj takich rzeczy”.

Co się tyczy dobrego towarzystwa, to oczywiście kto z kim przestaje, takim się staje, ideałem jest towarzystwo Mędrca; jeśli jednak nie jest to możliwe, to powinniśmy dobierać sobie towarzystwo najlepsze z możliwych i unikać towarzystwa niepożądanego. Bhagawan nigdy nie prawił morałów, ani też nie miał jakiejś specjalnej odrazy do seksu. Słyszałem, jak powiedział uczniowi, który miał z tym problem: „Lepiej już to zrobić, niż stale o tym myśleć”. Przypomina to cytat z Bhagawadgity: „Myśli są czynami wyobraźni”. Stale o tym myśleć, to stale powtarzać dany czyn. Bhagawan oczywiście oczekiwał od sadhu, że będą prowadzić skromne i przyzwoite życie, i że będą w ten sposób dawać przykład innym. Zalecał też umiar we wszystkim co się robi, nawet w rzeczach, które uważamy za dobre, i, co się może wydać trochę dziwne, także w naszej sadhanie. Nadmiar wyrzeczeń, a także zbyt długotrwała, nienaturalna i forsowna medytacja może w końcu doprowadzić do choroby psychicznej, o ile nie robi się tego pod właściwym przewodnictwem.

Raz widziałem Bhagawana rzeczywiście rozgniewanego, atmosfera w holu była napięta, a ludzie byli przestraszeni. Zdarzyło się to przy okazji wizyty w mieście pewnego popularnego swamiego, który udzielał inicjacji wszystkim bez wyjątku, a faktycznie każdemu, kto się do niego zgłosił, bez żadnego przygotowania. Uczył ich pewnej odmiany pranajamy, okazała się ona bardzo niebezpieczna dla osób, które zaczęły ją praktykować nie przestrzegając pewnych niezbędnych warunków. Przez krótki czas swami ten był popularny, ale szczęśliwie szybko został zapomniany, a nieliczne osoby, które zaczęły praktykować według jego instrukcji, w porę tego zaprzestały. Jednak zdarzyły się wśród nich przypadki zaburzeń psychicznych. Pisze o tym w jednej ze swych książek Swami Ramdas. Pewnego wieczoru, tuż przed kolacją, zjawiło się w holu dwóch uczniów owego swamiego. Zadawali Bhagawanowi pytania, na które on chętnie odpowiadał, oni jednak nie zgodzili się z ani jedną jego odpowiedzią i cały czas próbowali mu udowodnić, że jest w błędzie. Bhagawan znosił to cierpliwie i długi czas dawał im szanse, by zmienili swoje nastawienie, ale ich impertynencja doszła do takiego stopnia, że Bhagawan rozgniewał się nie na żarty i rozpoczęła się gwałtowna sprzeczka. Oni jednak byli tak zatwardziali, że nie dało to prawie żadnego skutku. W końcu siłą wyciągnięto ich z holu i wydalono z aśramu. Bhagawan stwierdził, że przyszli specjalnie po to, by osłabić i podkopać jego naukę.

Gdy tylko ci dwaj ludzie opuścili hol, Bhagawan natychmiast się uspokoił i nie okazywał absolutnie żadnych oznak zdenerwowania. Spokojnie, jakby nic się przed chwilą nie stało, odpowiadał na zadawane pytania, cały incydent został najwyraźniej zapomniany.

W trakcie jednej z rozmów z Bhagawanem stwierdziłem kiedyś, że próbowałem strząsnąć z siebie ciało. Bhagawan powiedział na to, że człowiek może zdjąć z siebie ubranie i pozostawać nagim i wolnym, ale Jaźń jest nieograniczona i nie jest uwięziona w ciele, więc w jaki sposób można by strząsnąć z siebie ciało? Gdzie Jaźń miałaby ciało zostawić? Jaźń jest wszechogarniająca. Wszędzie, bez względu na to, gdzie jest, jest Jaźnią. Najwyższa Prawda jest tak prosta, nie jest niczym więcej jak trwaniem w swoim naturalnym, pierwotnym stanie. Jednak zdumiewający jest fakt, że aby nauczać tak prostej prawdy, potrzeba wielu religii, które spierają się o to, która z nauk jest nakazana przez Boga. Jaka szkoda! Po prostu bądź własną Jaźnią, to wszystko.

Zauważyłem, że ludzie nie chcą prostoty. „Właśnie” – odpowiedział Bhagawan – „oni pragną czegoś kunsztownego i tajemniczego, i to jest przyczyna, dla której możliwe jest zaistnienie tak wielu religii. Na przykład chrześcijanin nie będzie usatysfakcjonowany, dopóki nie powie mu się, że Bóg jest ukryty gdzieś w odległym niebie i nie można do niego dotrzeć bez pomocy Kościoła. Naprawdę Boga zna tylko Chrystus i tylko Chrystus może nas do Niego poprowadzić. Lecz jeśli powie się im prostą prawdę „Królestwo Boże jest w was”, nie satysfakcjonuje ich to i zaczynają tej prostej prawdzie przypisywać jakieś skomplikowane i ukryte znaczenie. Tylko ludzie dojrzali są w stanie pojąć sedno w jego nagiej prostocie.”

W czasie wojny zamieszkał w aśramie pewien nieduży człowieczek. Był pół-Hindusem i pół-Japończykiem, chociaż wyglądał prawie na rodowitego Hindusa. Miał ze sobą książkę z rozmowami Krishnamurtiego, którą usiłował zgłębiać i na temat której zadawał Bhagawanowi dużo pytań. Bhagawan okazywał mu wiele miłości i cierpliwości. Potem pomyślałem sobie, że Bhagawan okazywał mu tak wiele sympatii, ponieważ zobaczył jego przyszły los. Gdyż pewnego dnia w miejscowej szkole, gdzie podawał się za zawodowego fotografa, w jakiś sposób dokuczył chłopcom, którzy zaczęli robić mu kawały, między innymi zerwali mu z ręki zegarek. Okazało się, że nie był to wcale zegarek, lecz miniaturowy odbiornik radiowy. Został natychmiast aresztowany jako japoński szpieg i prawdopodobnie stracony, w każdym razie nigdy potem go już nie widzieliśmy. Możemy tylko powiedzieć, że został dobrze przygotowany przez Bhagawana.

Pewnego dnia Bhagawan opowiadał nam o tamilskim świętym, Manikkavaćakarze. Jego ciało zniknęło bez śladu w błysku światła. Zapytałem Bhagawana, jak się to stało. Odpowiedział, że ciało jest zgęstniałym / stężałym umysłem. Kiedy w momencie, w którym pojawia się dźńana, umysł rozpuszcza się i trawi sam siebie w błysku światła, wtedy w tym procesie spala się również ciało. Podał przy tym przykład Nandanara, innego tamilskiego świętego. Wspomniałem przypadek Eliasza, zabranego do nieba w wozie ognistym, co mogło być tym samym zjawiskiem, opisanym w Biblii poetyckim językiem. Zapytałem, czy zniknięcie z grobu ciała Chrystusa również należy do tej samej kategorii zjawisk, ale Bhagawan stwierdził, że było to coś zupełnie innego, gdyż ciało Chrystusa trwało jeszcze jakiś czas po śmierci, natomiast ciała innych były natychmiast i całkowicie, bez żadnych pozostałości, strawione. Wyjaśnił też, że ciało subtelne składa się ze światła i dźwięku i że ciało grube (fizyczne) jest zgęstniałą formą tego samego.

Często można usłyszeć ludzi, twierdzących, że Bhagawan był awatarem i pragnących w ten sposób przydać mu chwały; ale pominąwszy fakt, że właściwie każdy mógłby być tak nazwany, gdyż każdy z nas jest Bogiem w ludzkim ciele, nie było absolutnie żadnych przesłanek, by tak twierdzić. Pewnego dnia sannjasin należący do znanego zakonu, głoszącego, że tylko ich Guru osiągnął Urzeczywistnienie Jaźni, natarł na Bhagawana w sposób bardzo niegrzeczny i agresywny:

Sadhu: Ludzie mówią, że jesteś awatarem Subrahmanji[2]. Co na to powiesz?

Bhagawan nie odpowiedział.

Sadhu: Jeśli tak jest, to czemu nic o tym nie mówisz? Dlaczego nie mówisz nam prawdy?

Bhagawan nie odpowiedział.

Sadhu: Powiedz nam, chcemy wiedzieć.

Bhagawan (spokojnie): Awatar jest tylko częściowym przejawieniem Boga, podczas gdy Dźńani (Mędrzec) jest samym Bogiem.

Na tym polega różnica pomiędzy adwajtą a innymi filozofiami. Adwajta twierdzi, że wszystko jest tylko Jaźnią. Nie ma w niej miejsca na takie szczególne przejawy bytu, jak awatarowie. Człowiek albo urzeczywistnił (poznał) Jaźń, albo nie. Nie ma stopni pośrednich.

Wiele osób twierdziło, że Bhagawan nie udzielał inicjacji ani też nie miał wcale uczniów, chociaż ci, którzy przy nim żyli, nie mieli żadnych wątpliwości co do relacji, jaka łączyła ich z Bhagawanem. Ciekaw byłem, co powiedziałby na ten temat sam Bhagawan i któregoś wieczoru po kolacji miała między nami miejsce następująca rozmowa:

Ja: Bhagawan twierdzi, że nie ma uczniów.

Bhagawan (przyglądając mi się podejrzliwie): Tak.

Ja: Ale Bhagawan twierdzi również, że dla ogromnej większości uczniów Guru jest niezbędny.

B.: Tak.

Ja: To co ja mam w takim razie robić? Przyjechałem tutaj z daleka i siedzę u stóp Bhagawana przez wszystkie te lata, czy to było tylko stratą czasu? Czy mam teraz odejść i zacząć przemierzać Indie w poszukiwaniu Guru?

Tak się niefortunnie złożyło, że tłumacz sam tak bardzo był ciekaw, co odpowie Bhagawan, że chciał wysłuchać całej odpowiedzi i nie przerywał Bhagawanowi, by tłumaczyć mi zdanie po zdaniu całą jego wypowiedź. Muszę tu dodać, że praca tłumacza przy Bhagawanie była bardzo trudna. Bhagawan mówił tak szybko, że czasami trudno było nadążyć za tokiem jego myśli, a tłumacz tak bardzo skupiał się na tym, by go zrozumieć i tak był sam zainteresowany, że nie nadążał z tłumaczeniem całości, udawało mu się wypowiadać tylko oderwane zdania. Poza tym tłumacze często wstydzili się poprosić Bhagawana, by na chwilę przerwał mówić i dał im czas na przetłumaczenie, co zresztą Bhagawan zawsze chętnie czynił.

Lecz wracając do odpowiedzi Bhagawana, treść jej była mniej więcej taka:

Dla Mędrca wszystko jest Jednością. Nie widzi on różnicy pomiędzy Guru, a uczniem. Zna tylko jedno „Ja”, nie miriady indywidualnych istot, jak my, więc jak mogą istnieć dla niego różnice pomiędzy rozmaitymi osobami? (Dla nas to prawie niemożliwe do zrozumienia. Jak on może widzieć różnice i jednocześnie ich nie widzieć? Najwyraźniej jednak tak właśnie jest. Może odpowiadać na pytania, dyskutować oraz robić wszystko tak samo, jak my, a jednak, powtarzam, istnieje dla niego tylko jedno Ja, a to życie jest tylko snem.) Jednak dla poszukującego różnica pomiędzy osobami jest bardzo realna. Dla niego z całą pewnością istnieje relacja Guru i ucznia. Jeśli takiej relacji nie ma, to po cóż przebywałby tysiące mil, by do tego miejsca dotrzeć i w nim pozostać? To dla dobra tego, który szuka, Bóg w swojej Łasce przybiera formę, by doprowadzić go do stanu, w którym formy już nie ma. „Czy on w to wątpi?” „Zapytajcie go, czy chce, abym dał mu to na piśmie? Zawołajcie sekretarza Narayaniera i powiedzcie, żeby sporządził dla niego takie świadectwo”. Potem dodał ze śmiechem: „Przyłóżcie też pieczątkę, może to go przekona?”

Faktycznie, te dwa punkty widzenia – Mędrca i ucznia są trudne do pogodzenia. W każdym razie dzięki tej rozmowie Bhagawan rozwiał wątpliwości wielu osób, jednak pomimo to niektórzy wciąż twierdzą, ze nie warto przychodzić do Bhagawana, ponieważ nie udziela on inicjacji, a co więcej, nawet nie uznaje relacji Mistrza i ucznia.

Któregoś dnia, kiedy ktoś zaczął mówić o tym, co planuje zrobić, Bhagawan zapytał go: „Dlaczego myślisz, że ty to robisz? W tym tkwi cały kłopot. To kompletny absurd, gdyż oczywiste jest, że „ja” nie robi nic. To tylko ciało działa, „ja” jest zawsze świadkiem. Do tego stopnia łączymy się z naszymi myślami i czynami, że stale mówimy: „ja zrobiłem to i to”, a przecież nie zrobiliśmy w ogóle nic. Skup się na tym, aby być świadkiem i pozwól, by sprawy toczyły się swoim trybem, bez względu na wszystko tak się przecież stanie, nie możesz tego powstrzymać.”

O to chodzi! Rzeczy dzieją się tak czy owak, ale Bhagawan nauczał, że chociaż nie mamy możliwości, by je zatrzymać, mamy możliwość je obserwować z bezstronnego punktu widzenia, jako świadek, a nie jako podmiot działania. To jest cel naszego życia i na tym właśnie polega sadhana.

W związku z powyższym pozwolę sobie przytoczyć cytat z My Recollections Devaradźi Mudaliara:

Jedyną wolnością człowieka jest dążenie i osiągnięcie Poznania, które pozwoli mu nie utożsamiać się z ciałem. Ciało przejdzie wszystko to, co mu zostanie nieuchronnie odpłacone przez prarabdhę i człowiek może albo utożsamiać się z ciałem i zostać związanym przez skutki swoich czynów, albo pozostać bezstronnym, jako sam tylko świadek jego (ciała) działalności.”

Bhagawan nigdy nie miał zbyt silnego zdrowia, a przynajmniej nie po ukończeniu trzydziestego roku życia. Bez wątpienia jego zdrowie zostało nadszarpnięte w pierwszych latach pobytu w Tiruwannamalai. Przez wiele lat chorował na astmę, a na fotografii, zrobionej w Skanda-aśramie wygląda jak szkielet. Niespodziewanie, po piętnastu latach, bez widocznej przyczyny astma sama prawie całkowicie ustąpiła, opowiadał mi o tym. Ale był zawsze podatny na przykre przeziębienia i miewał problemy żołądkowe. W późniejszych latach miał coraz większe trudności z poruszaniem się. Próbowano najrozmaitszych olejków i masowano go rano i wieczorem, ale efekty tego były mizerne.

W marcu 1942 r., kiedy Bhagawan powracał z porannego spaceru, miał paskudny wypadek. W chwili, gdy schodził po kamiennych schodach w pobliżu ambulatorium, drogę przebiegła mu uciekająca przed goniącym ją psem jedna z jego ukochanych wiewiórek. Próbując powstrzymać psa, Bhagawan rzucił się naprzód, pośliznął się, upadł i złamał obojczyk. Oczywiście było to bardzo bolesne. Miejscowy lekarz nastawił złamaną kość, która zrosła się po dwóch tygodniach, ale zanim się to stało, my wszyscy byliśmy mocno niespokojni.

W 1947 r. podano mu jakieś lekarstwo na reumatyzm, ale poprawa była nikła, natomiast wystąpiły ataki czkawki, które powtarzały się przez wiele dni, a lekarze byli bezradni i nie potrafili tego powstrzymać. Można było tego uniknąć, gdyż ulotka, dołączona do lekarstwa ostrzegała przed możliwością wystąpienia takich niepożądanych objawów. Dopiero później Bhagawan powiedział, że jego mocz był intensywnie żółty, o czym również wspominała ulotka, jako o pierwszym z objawów, ale wówczas nikt tego nie zauważył. W końcu ataki czkawki ustąpiły same, ustąpiła też napięta atmosfera w aśramie.

5 lutego 1949 r. rozpoczęła się tragedia ostatniej choroby. Bhagawan często drapał się w lewe ramię. Jego sługa sprawdził, co powoduje swędzenie i wykrył niewielki guz wielkości grochu. Niezwłocznie zameldował o tym lekarzowi. Lekarz obejrzał ramię i orzekł, że guz jest niewielki i że można go usunąć przy zastosowaniu miejscowego znieczulenia. Ta diagnoza nie była z nikim konsultowana, chociaż ostrzegano lekarza, że Bhagawan jest osobą wyjątkową, że wielu lekarzy z Madrasu chętnie przyjedzie na konsultację, i że nie powinien nic robić bez ich opinii. Ale on nie dawał się przekonać i nalegał na operację. Inny lekarz, który akurat przebywał w aśramie, zgodził się – aczkolwiek niechętnie – podać miejscowe znieczulenie, i operacja została bez zakłóceń przeprowadzona któregoś ranka przed śniadaniem w łazience Bhagawana. Okazało się potem, że lekarz naciął zbyt płytko i usunął tylko część guza. Bhagawan wcale nie chciał operacji i mówił lekarzom, by pozwolili swobodnie działać naturze, oni jednak zdecydowali się działać. To był początek końca. Powoli opadała kurtyna ostatniego aktu. Guz był złośliwy.

Po miesiącu przeprowadzono drugą operację, tym razem przyjechał z Madrasu najlepszy chirurg, a pacjent został uśpiony. Guz znowu zaczął szybko odrastać. Zastosowano rad, ale bezskutecznie. W lipcu guz zaczął krwawić. Lekarze odbyli rozmowę z Bhagawanem i powiedzieli mu, że jedyna nadzieja pozostaje w amputacji ręki, ale kategorycznie odmówił. To był jedyny raz, kiedy aktywnie uczestniczył w decyzji, dotyczącej jego leczenia. „Pozwólmy im robić to, co chcą” – takie było jego nastawienie, chociaż cały czas powtarzał, że lepiej nie interweniować, lecz pozwolić działać naturze, ale nikt na to nie zważał. Łącznie z tą fatalną pierwszą, dokonano czterech operacji. Przez kilka dni próbował również swoich sił homeopata, który nalegał, aby w trakcie jego kuracji Bhagawan przestrzegał specjalnej diety; spowodowało to tylko dodatkowe komplikacje i powiększyło cierpienia. Miejscowy zielarz również próbował, stosując silnie żrące okłady, które spowodowały zakażenie. Z Kalkuty przyleciał inny jeszcze specjalista, który stosował kurację siddhów, ale po tym Bhagawan poczuł się tak źle, że w ogóle odmówił przyjmowania leków, gdyż nie mógł oddawać moczu. W marcu wszelka nadzieja upadła. Oficjalna medycyna raz jeszcze pokazała klasę, lekarze zajechali ciężarówką, pełną aparatury do diatermii. W ostatniej operacji uczestniczyło dziesięciu lekarzy, a Bhagawan o mało nie wyzionął ducha i trzeba było go ratować transfuzją krwi.

W nocy przed tą operacją poszedłem do Bhagawana i błagałem go na kolanach, by się na nią nie godził. Było oczywiste, że operacja nic nie może już pomóc. Po każdym z kolejnych zabiegów guz rósł coraz większy i podchodził coraz wyżej. Mówiłem, że to jego dodatkowe cierpienie jest niepotrzebne i błagałem, by nam tego oszczędził. On jednak odmówił, gdyż, jak powiedział, lekarze zadali sobie tyle trudu, „wstyd byłoby ich teraz zawieść”. Dopiero kiedy wszechwładna oficjalna medycyna zawiodła, pozwolono na stosowanie innych metod, ale wtedy było już oczywiście za późno. Lekarze nie wierzyli w skuteczność medycyny naturalnej i nie pozwalając na stosowanie jej metod do samego końca, dowiedli, że mieli rację. Ale Bhagawan do samego końca godził się na to, by każdy lekarz mógł dostać swoją szansę, nikogo nie powinno się zawieść.

Trwająca około roku choroba uświadomiła wszystkim, że koniec jest nieunikniony i całkiem bliski. W ten sposób jego Łaska uchroniła nas od nagłego szoku, nikt nie mógł powiedzieć, że jest zaskoczony. Bhagawan również często powtarzał uczniom, że porzucenie ciała nie ma absolutnie żadnego znaczenia. „Dokąd miałbym pójść? Zawsze będę tutaj”.

Może dobrze byłoby wyjaśnić tu mój mocno krytyczny stosunek do lekarzy. Wynika on z mego silnego przekonania, że powinniśmy bezwarunkowo słuchać we wszystkim Bhagawana. Bez wątpienia często nam się to nie udaje, jesteśmy słabi, a nasze sanskary silne, ale w tym przypadku mieliśmy okazję poddać się jego woli bez żadnej niewygody z naszej strony. On powiedział: „Niech Natura robi swoje”, lecz my nie zważaliśmy na to. Wiedzieliśmy lepiej. Cóż za absolutna arogancja!

Ostatniej nocy Bhagawan leżał w małym pokoju, który wcześniej służył za magazyn. My wszyscy siedzieliśmy na stopniach werandy naprzeciw świątyni. Przez mały otwór wentylacyjny mogliśmy widzieć tylko poruszający się miarowo wachlarz. Wszyscy w napięciu obserwowali ten wachlarz, gdyż wiadomo było, że gdy przestanie się poruszać, będzie to oznaczało koniec.

Kierownictwo aśramu obawiało się kłopotów ze strony przybyłych tłumów; była pomiędzy nimi grupa ludzi, którzy mieli zamiar, gdyby się im udało, zabrać ciało Bhagawana i pochować je poza aśramem. To jednak było na szczęście niemożliwe, na miejscu było mnóstwo policji i większość ludzi była przeciwna takiemu skandalowi. Jednak policjanci byli w pogotowiu. Z tego też powodu obecny w aśramie naczelny lekarz miasta, nakłoniony przez zarządcę, ogłosił, że stan Bhagawana nie budzi obawy, aby miał umrzeć tej nocy. To było skandaliczne. Naturalnie wiele osób uwierzyło i poszło do domu na kolację.

Było w pobliżu kilku reporterów amerykańskich szukających sensacji, mieszkali w odległości około pół mili od aśramu. Jeden z nich, stojąc akurat przed domem, spojrzał nagle w górę i zobaczył na niebie bardzo jasną gwiazdę, czy też meteoryt, sunący powoli na północ ponad wierzchołkiem Arunaćali. Zawołał swych towarzyszy i oni również zobaczyli to zjawisko. Wszyscy byli zgodni, że coś się musiało stać z Bhagawanem. Pomimo, że nie mieli specjalnej wiary w Bhagawana, dzięki jakiemuś przeczuciu byli pewni, że ma to związek właśnie z nim. Zdarzyło się to dokładnie w momencie jego śmierci, 14 kwietnia 1950 roku o godzinie 20.47 i widziało to bardzo wiele osób, dziwnym trafem wszyscy oni kojarzyli to z Bhagawanem. Ludzie w Madrasie również to widzieli i niektórzy natychmiast wsiedli w swoje auta i wyruszyli do aśramu. Jest to fakt, którego nie ośmielę się wyjaśniać, ale który muszę przyjąć, gdyż się wydarzył.

W roku 1938 pojawił się pewnego ranka w holu biskup kościoła anglikańskiego, Stanley-Jones. Towarzyszyła mu sekretarka, która skrzętnie zapisywała każde jego słowo, a także to, co mówił Maharishi, gdy dopuszczono go do głosu, a nie było tego wiele. Były z nimi jeszcze dwie osoby. Biskup jeździł po Indiach zbierając materiały do książki, która miała udowodnić, że hinduscy święci są niczym w porównaniu z przeciętnym wyznawcą religii chrześcijańskiej. Chciał się dowiedzieć, jaka była metoda Bhagawana oraz co dzięki jej stosowaniu osiągnął. Całe jego nastawienie było aroganckie i bezkompromisowe. Przytaczam tutaj rozmowę, której zapis znajduje się w The Talks… O ile pamiętam, zapis ten został nieco zmodyfikowany.

S-J.: Jaka jest twoja metoda i co jest celem? Jak daleko doszedłeś?

B.: Cel jest ten sam dla wszystkich. Ale dlaczego w ogóle mamy szukać celu? Dlaczego nie jesteś zadowolony z siebie, jakim jesteś?

S-J.: Czy zatem nie ma celu?

B.: Ja pytam ciebie: dlaczego szukasz celu?

S-J.: Ja mam własny pogląd na te sprawy. Chciałbym wiedzieć, co Maharishi może o tym powiedzieć.

B.: Maharishi nie ma wątpliwości, więc nie potrzebuje zadawać sobie takich pytań. Czego ty poszukujesz?

S-J.: Dla mnie celem jest osiągnięcie Wyższego Umysłu przez umysł niższy, aby Królestwo Niebieskie mogło przyjść na Ziemię. Niższy umysł jest teraz niepełny i tylko w taki sposób może zostać udoskonalony.

B.: A więc uznajesz, że istnieje niższy umysł, który jest niepełny i szuka doskonałości w Wyższym Umyśle. Powiedz mi, w czym ten niższy umysł różni się od Wyższego?

S-J.: (ignorując pytanie) Królestwo Niebieskie zostało sprowadzone na Ziemię przez Jezusa Chrystusa. Uważam Chrystusa za uosobienie Królestwa. Chcę, by wszyscy je osiągnęli. Chrystus powiedział: „Jestem głodny głodem innych”. Wzajemne partnerstwo jest szczęściem, a przebywanie poza Królestwem Niebieskim jest cierpieniem. Kiedy to Królestwo stanie się powszechne, każdy z nas połączy się z pozostałymi.

B.: Mówisz, że jest różnica pomiędzy niższym a wyższym umysłem, przyjemnością a przykrością. A co się dzieje z tą różnicą w stanie głębokiego snu?

S-J.: (ponownie ignorując pytanie) Chcę być uważny i świadomy.

B.: Wierzysz, że jesteś teraz obudzony. Jest akurat na odwrót: teraz śni ci się bardzo długi sen. Wszyscy śpią: cały ten świat i wszystkie ludzkie czyny są tylko snem.

S-J.: To są twierdzenia wedanty, ja ich nie potrzebuję. Te różnice nie są wymyślone, one istnieją naprawdę.(wracając do swego wcześniejszego pytania) Czy Maharishi może nam powiedzieć, co odkrył? Czym jest ten stan jawy, o którym mówi Maharishi?

B.: Jest on ponad trzema zwykłymi stanami jawy, snu z marzeniami sennymi i snu głębokiego.

S-J.: Ale ja jestem teraz w stanie jawy i jestem tego świadomy.

B.: Ale w prawdziwym stanie jawy nie ma zróżnicowania.

S-J.: Cóż w takim razie dzieje się z tym światem?

B.: W twoim głębokim śnie nie ma świata. Czy kiedy się budzisz, świat nagle przychodzi do ciebie i mówi: „Ja istnieję”?

S-J.: Nie, ale inni ludzie mówią mi, że jest świat i że potrzebuje on duchowej i moralnej odnowy. Musi więc istnieć świat. Wszyscy są co do tego zgodni.

B.: Dostrzegasz świat i ludzi w tym świecie. To są twoje myśli. Ale czy świat może istnieć niezależnie od ciebie?

S-J.: (zmieniając temat) Wchodzę w świat z miłością.

B.: Czy zanim zaczniesz wchodzić w świat, znajdujesz się gdzieś poza nim?

S-J.: Jestem identyczny ze światem, a jednocześnie pozostaję odrębny. Teraz przyszedłem do Maharishiego, aby się czegoś od niego dowiedzieć. Czemu Maharishi zadaje mi pytania?

B.: Maharishi już odpowiedział na twoje pytanie. Jego odpowiedź sprowadza się do tego: w prawdziwym stanie jawy nie ma zróżnicowania.

S-J.: Czy osiągnąłeś cel?

B.: Nie ma celu odrębnego od Jaźni, jakże więc miałby się on stać czymś świeżo dopiero osiągniętym? Jeśli by tak było, to byłoby to osiągnięcie nietrwałe, a co jest nietrwałe, to pewnego dnia zniknie. Czy nie zgodzisz się ze mną, że cel musi być wieczny? A więc musi być wewnątrz Jaźni. Poszukaj i znajdź go tam.

S-J.: Chciałbym poznać Twoje doświadczenia.

B.: Moje doświadczenia, jakie by nie były, nie mają tu znaczenia. Każdy musi odkryć prawdę sam. Jakże mógłby to zrobić dla ciebie ktoś inny?

S-J.: To nie tak. Każde nasze doświadczenie ma wartość ogólnoludzką i może być dzielone z innymi.

B.: Ten, kto stawia pytanie, sam musi na nie odpowiedzieć, ktoś inny nie może dla niego tego zrobić.

S-J.: (z zadowoleniem) Ale ja znam odpowiedź.

B.: Powiedz nam!

S-J.: Dwadzieścia lat temu zostało mi ukazane Królestwo Niebieskie. Stało się to wyłącznie dzięki Łasce Bożej, nie było w tym żadnego mojego wysiłku. Byłem szczęśliwy. Teraz moim celem jest doprowadzenie do tego, aby stało się to dostępne dla wszystkich. Niemniej chciałbym się dowiedzieć, jakie jest doświadczenie boskości Maharishiego.

Bhagawan pozostawał milczący. Wtedy Stanley-Jones wygłosił mowę na temat Miłości. O tym, że ma dwa aśramy w Indiach, poprzez które szerzy w świecie Miłość. Był w bardzo dobrej formie kaznodziejskiej i sekretarka bardzo się musiała spieszyć zapisując jego słowa. Po jakimś czasie znowu przystąpił do ofensywy i próbował nakłonić Bhagawana, by opowiedział o swoich przeżyciach. Wtedy zaprotestowała obecna w holu żona przewodniczącego Towarzystwa Teozoficznego, pani Dźinaradźadasa: „My tutaj wierzymy, że to sam Maharishi sprowadził Królestwo Niebieskie na Ziemię, a ty teraz męczysz go pytaniami o jego doświadczenia. Czy nie byłoby lepiej, gdybyś spróbował zgodnie z jego instrukcją poszukać tego w sobie?”

S-J.: Ale jak miałbym tego dokonać?

Nie zaprzestał jednak nalegać na Bhagawana, nie próbując wcale go zrozumieć, aż mnie to w końcu ruszyło. Siedziałem w odległym końcu holu medytując lub przynajmniej próbując medytować, lecz jego absurdalny upór rozpraszał mnie. W końcu nie wytrzymałem i odezwałem się.

Dlaczego prosisz Maharishiego, by to zrobił za ciebie? Królestwo Niebieskie jest w tobie, twoje własne Pismo Święte mówi ci o tym”.

Zaskoczony, odwrócił się, by zobaczyć, cóż to za impertynent ośmiela się przeciwstawiać filarowi kongregacjonalizmu.

To nieprawda” – parsknął gniewnie.

Ja: Tak, to prawda. Czemu nie posłuchasz twoich własnych chrześcijańskich nauk i nie poszukasz Królestwa Niebieskiego w sobie?

S-J.: Pismo mówi inaczej: „Królestwo Niebieskie jest pośród was”.

Ja: Nie, poprawnie jest: „w was”. Pismo mówi również: „Szukajcie najpierw Królestwa Niebieskiego, a wszystko inne będzie wam dane”. Czemu tego nie robisz?

Na to Stanley-Jones, uznając, że jako ważna osobistość nie jest przyjmowany z należytym szacunkiem, zakończył rozmowę słowami: „Przekroczyliśmy już przeznaczony nam czas”.

Sekretarka pozbierała swoje drogocenne zapiski i całe towarzystwo opuściło hol. Gdy wyszli, Bhagawan roześmiał się i stwierdził, że bez wątpienia odpłaciłem Jonesowi jego własną monetą.

W jakiś czas potem w jednej z gazet pendźabskich ukazał się jego artykuł o wizycie u Maharishiego. Twierdzi w nim, że Bhagawan naucza, iż należy wytworzyć w umyśle pustkę, czego Bhagawan nigdy nie robił, poza tym zagadnienie to nie było w ogóle poruszane w trakcie ich rozmowy. Widać więc jak bezowocne jest dla osoby niezdolnej do przyjęcia wskazówek Guru przebywanie w jego obecności. Stanley-Jones przyjechał do aśramu z powziętym z góry przekonaniem, nie potrafił więc zaakceptować niczego innego. Odjechał święcie przekonany o tym, że usłyszał to, co spodziewał się usłyszeć.

Istnieje dobrze znane powiedzenie, że gdy uczeń jest gotowy, wtedy zjawia się Guru. Równie prawdziwe może być stwierdzenie, że jeśli uczeń nie jest gotowy, wtedy nawet zjawienie się Guru ani jego nauki nic nie pomogą.

Reakcje Bhagawana na osoby z zaburzeniami psychicznymi były negatywne, a czasami prawie nie do przyjęcia. Tam, gdzie spodziewaliśmy się współczucia, nie znajdowaliśmy go. Wyglądało na to, że Bhagawan uważał, iż sami są sobie winni, że był to po prostu brak samoopanowania i że gdyby rzeczywiście tego chcieli, to mogliby zebrać się w sobie i zachowywać się normalnie. Bhagawan nigdy nic takiego nie powiedział, jest to tylko moje osobiste odczucie.

Pewna kobieta, która spędziła jakiś czas w aśramie i uważała się już za wielką świętą, zamknęła się w chacie tuż za bramą, zawiązała sobie oczy, by nie pociągał jej nikczemny świat i zaczęła przestrzegać milczenia, mając nadzieję, że w ten sposób uciszy zmysły. Bhagawan skomentował jej zachowanie następująco: „Czemu nie przyjdzie tutaj do nas, jak inni? Co dobrego może jej przynieść to wszystko? Przyjechała tu, by być z nami, a teraz odcina się i zamyka”.

Inna kobieta, żydówka, która przeszła straszliwe tortury w nazistowskich Niemczech, rozbierała się publicznie do naga, miała ataki histerii i w ogóle nie panowała nad sobą. Bhagawan chłodno spoglądał na jej popisy i ledwie je zauważał. Chociaż gdy zabrała ją policja, to zapytał potem, co z nią zrobili, ale wyraźnie nie litował się nad jej szaleństwami.

Młody człowiek z Majsuru siedział przed obliczem Bhagawana kilka miesięcy, widać było wyraźnie, że wchodzi w głęboką medytację. Bhagawan był w stosunku do niego nastawiony niemalże wrogo, do tego stopnia, że w końcu ktoś zapytał go o przyczynę. Bhagawan odpowiedział, że młody człowiek medytuje tylko po to, by dostać pracę, gdyż jest bezrobotny. Okazało się to prawdą. Zaoferowano mu pracę w miejscowej szkole, lecz był tak głupi, że oferty nie przyjął. Zdaje się, że jego pomysłem na pracę było teraz zajęcie stanowiska Bhagawana. Niewłaściwe użycie pomocy Bhagawana było bardzo niebezpieczne i Bhagawan zdecydowanie się temu przeciwstawiał. Ten młodzieniec skończył wskakując na łoże Bhagawana z okrzykiem „Ojcze, ojcze!”. Próbował objąć Bhagawana, spodziewając się w ten sposób osiągnąć moc bezpośrednio.

Ale wiele osób chorych psychicznie przyprowadzano do aśramu w nadziei, że Bhagawan ich uleczy. Chociaż wiadomo było, że jest to wbrew regułom aśramu, przemycano ich do holu, gdy nikt nie patrzył. Czasami przynosiło to pozytywny skutek, ale Bhagawan pozostawał zawsze całkowicie obojętny.

W ogromnej większości przypadków Bhagawan okazywał współczucie dla nieszczęść innych ludzi, lecz gdy ktoś tracił kontrolę nad sobą, mógł być surowy i najwyraźniej niesympatyczny. Litował się nad chorymi, czasem służył również radą i pomagał na wszelkie możliwe sposoby. Kiedyś, gdy leżałem chory, niespodziewanie złożył mi wizytę. Był akurat w mieszkaniu Dewaradźi i powiedziano mu tam, że leżę chory i że mógłby mi sprawić miłą niespodziankę, gdyby nagle się u mnie zjawił. Bhagawan natychmiast spełnił tę prośbę. Dlatego jego zachowanie w stosunku do chorych psychicznie wydaje mi się jeszcze bardziej niezrozumiałe. Z natury był bardzo współczujący, więc ten jeden wyjątek pozostaje dla mnie zagadką.

W powszechnej opinii hindusów panuje przekonanie, że osoby, które spotkały Guru mają wyjątkowo pomyślny los. Również bezpośredni kontakt z przedmiotami, których Guru osobiście dotykał, uważa się za uświęcający. Tak więc można było w aśramie zobaczyć starsze panie, które czekały pod łazienką Bhagawana, by wypić parę łyków wody, w której się wykąpał, lub też dotknąć ręką wilgotnej ziemi w miejscu, gdzie wylano wodę, w której po przechadzce umył nogi. Za równie błogosławione uważano jedzenie z liścia, z którego wcześniej jadł Bhagawan. Ale Bhagawan był absolutnie przeciwny takim praktykom i robił wszystko, by je powstrzymać. Było w aśramie zwyczajem, że każdy musiał sam wyrzucić liść, na którym jadł. Oczywiście Bhagawan był tu wyjątkiem, ale jeden z usługujących miał obowiązek osobiście dopilnować, aby liść Bhagawana również został wyrzucony i aby nikt go nie użył ponownie. Wiem na pewno, że jeśli usługujący w tym momencie sam jeszcze nie zdążył zjeść swojego posiłku, to nakładano mu jedzenie na liść Bhagawana; ale gdyby Bhagawan się o tym dowiedział, usługujący miałby kłopoty.

Któregoś dnia Bhagawan zwrócił uwagę na młodą dziewczynę przypatrującą mu się w czasie posiłku. Wyraźnie na coś czekała. W końcu zapytał jej rodziców, o co tu chodzi. Wyjaśnili mu, że czeka, aż on skończy swój posiłek, bo chciałaby zjeść z jego liścia.

Bhagawan bardzo się rozgniewał. By ukarać wszystkich, którzy pozwalali, aby się takie rzeczy zdarzały, ogłosił, że od dzisiaj sam będzie wyrzucał swój liść, tak, żeby nikt nie mógł go wziąć. Wszystkim było przykro, przede wszystkim dlatego, że Bhagawan bardzo już wtedy cierpiał z powodu reumatyzmu i byłoby mu bardzo trudno trzymając liść schodzić po stromych schodach jadalni, gdyż musiał w jednej ręce trzymać laskę, a drugą opierać się o poręcz. Ale Bhagawan był nieugięty. Aby uratować sytuację, jedna z kobiet podjęła się pilnowania, by nikt nie zabierał jego liścia. Początkowo Bhagawan nie chciał się na to zgodzić, bo dlaczego miałby być traktowany wyjątkowo? Więc zawarto kompromis. Wszyscy mieli odtąd składać swoje liście w wyznaczonym miejscu w jadalni, a jedna osoba miała je wynosić na zewnątrz. Z początku robiła to owa kobieta, ale potem wyręczył ją usługujący i tak jest do dzisiaj.

Pewna amerykańska dama, która podróżowała po Indiach propagując wiedzę o antykoncepcji, przyjechała odwiedzić aśram. Zapytała Bhagawana, czy nie uważa, że w sytuacji, kiedy świat zaczyna się przeludniać, szczególnie zaś w Indiach, gdzie już brakuje żywności, kontrola urodzin nie byłaby rzeczą wskazaną. Bhagawan tylko się uśmiechnął. „Jak możecie się spodziewać, że będziecie w stanie kontrolować życie, gdy nie macie kontroli nad śmiercią?” – zapytał. „Zbadajcie raczej, kto jest tym, który się urodził i teraz żyje”.

Podobną odpowiedź usłyszał człowiek, który zapytał o karę śmierci. Czy nie jest rzeczą złą rozmyślne zabijanie drugiego człowieka, nawet, jeśli czyni się to w majestacie prawa? Pytający spodziewał się jakiegoś zdecydowanego oświadczenia, lecz się przykro rozczarował. „Jeśli ktoś ma umrzeć, to umrze niezależnie od wszystkiego, nie możecie temu zapobiec. Ktoś może przechodzić przez ulicę i wpaść pod samochód. Tak, czy inaczej, umrze”.

Bhagawan nigdy niczego nie osądzał, nawet kary śmierci. Jak wcześniej powiedziałem, nie istniało dla niego dobro ani zło, tylko czyny i przywiązanie do czynów. Poznaj tego, który działa, a cała reszta nie będzie miała żadnego znaczenia.

W związku z powyższym przypomina mi się cytat z Bhagawadgity, 2.27: „Pewne jest, że ten, kto się urodził, umrze, a ten, kto umarł, urodzi się. Dlatego nie powinieneś rozpaczać nad nieuniknionym”.

Przy innej okazji zapytałem Bhagawana o samobójstwo. Jechałem kiedyś dookoła Góry na rowerze. Gdy mijałem autobus, przyszła mi nagle do głowy taka myśl: „A może mógłbym skupić się na Jaźni i rzucić się pod autobus, aby w ten sposób osiągnąć mokszę!” Powiedziałem o tym Bhagawanowi, ale on stwierdził, że to nie miałoby sensu. Ponieważ gdybym upadł, myśli wymknęłyby się mimowolnie, spowodowałby je strach i szok. A skoro pojawiłyby się myśli, życie trwałoby nadal i musiałbym się ponownie urodzić. Jeśli potrafiłbym powstrzymać moje myśli tak, aby panować nad nimi nawet w takiej sytuacji, to po cóż wtedy miałbym popełniać samobójstwo?

W czasie wojny ludzie dużo mówili o samolotach, czołgach i innych wspaniałych wynalazkach siejących zniszczenie. Bhagawan zauważył, że nie było to nic aż tak cudownego i że wszystkie te rzeczy znane były w starożytnych Indiach. Rama miał swój kwietny pojazd, który był po prostu samolotem, a w opisach starożytnych wojen spotykamy miotacze ognia, działa diamentowe, a nawet działa elektryczne oraz wiele jeszcze innych. Współczesny człowiek dumny jest ze swych osiągnięć, ale starożytni znali rzeczy, o których nam się nawet nie śniło. Znali kombinację metali, która była w stanie przezwyciężyć grawitację. Nam nie udało się jeszcze tego dokonać.

Kiedyś zadał ktoś pytanie, czy jest możliwe, aby ludzie wcielali się w ciała zwierzęce. „O, tak” – odpowiedział Bhagawan – „Również dzisiaj celowo przybierają takie ciała, by móc się urodzić tutaj”. Przykładem tego jest z pewnością krowa Lakszmi.

Pewnej nocy jakiś pies szczekał bez ustanku na skałach za aśramem. W końcu Bhagawan polecił, by zaniesiono mu coś do jedzenia. Pies zjadł naprędce podany mu pokarm i szybko się oddalił. Bhagawan powiedział, że był to siddha, który przybrał postać psa, gdyż był głodny i chciał dostać coś do jedzenia. Powiedział również, że w okolicy jest wielu siddhów, ale nie chcą, by ich rozpoznano i dlatego robią takie sztuki.

Padło też kiedyś pytanie, czy prawdziwe są opowieści o tym, że w pobliżu Góry żyje od wieków siedmiu Mędrców. „Może być ich nawet więcej” – odpowiedział – „Któż może wiedzieć? Jak ich rozpoznać? Mędrzec może ukazać się jako żebrak, leżący w rowie, lub w innej, niemożliwej do rozpoznania postaci. Nie da się nic o tym powiedzieć.”

Bhagawan zawsze odradzał uczniom podejmowania ślubu milczenia. W czasie wojny sam chciałem podjąć taki ślub, głównie po to, by chronić się przed docinkami innych ludzi. Poszedłem i spytałem Bhagawana o pozwolenie. Nie był zachwycony i powiedział, że to nie ma sensu – trzymać język za zębami, a jednocześnie zapisywać mnóstwo karteczek, jak to czyni wielu tak zwanych mauni. Wtedy tylko język odpoczywa, umysł zaś pracuje jak pracował. Powiedziałem na to, że nie mam zamiaru tak robić, i że w ogóle wyrzucę papier i ołówek.

Poczułem, że choć niechętnie, Bhagawan jednak zaaprobował mój zamiar, gdyż przyznał, że ludzie mi rzeczywiście dokuczają. Poczyniłem więc odpowiednie przygotowania, zainstalowałem w kuchni dzwonek, abym mógł z mojego pokoju wezwać służącego i wyznaczyłem pomyślny dzień rozpoczęcia.

Wieczorem przed wyznaczonym dniem jeden z moich przyjaciół powiedział o tym w holu; obecnych było wtedy tylko kilka osób. Bhagawan natychmiast wyraził swoje niezadowolenie, powiedział, że jest to całkiem niepotrzebne i w ogóle niedobre. Przecież ja i tak mało mówię. Przecież można się odzywać tylko wtedy, gdy to jest konieczne. Podjęcie ślubu nie przyniesie nic dobrego, można stać się niemym i osiągnąć jakieś cudowne moce, ale komu są one potrzebne? Mowa działa jak zawór bezpieczeństwa. Naturalnie po tym, co usłyszałem, porzuciłem swój zamysł.

Bhagawan był również przeciwny przyjmowaniu sannjasy. Jeśli prawidłowo przestrzegało się wszystkich jej reguł, to była właściwie niepotrzebnym nikomu ograniczeniem. Jeśli zaś ktoś przyjął sannjasę, a potem nie wypełniał jej reguł, to sam sobie szkodził. Ostatecznie przyjęcie sannjasy powodowało tylko taką zmianę, że zamiast myśleć o sobie np. „jestem teraz głową rodziny”, człowiek zaczynał myśleć: „jestem teraz sannjasinem”. Myśl płynęła nadal i to ona była głównym wrogiem. Dokładnie takie samo zdanie miał o odchodzeniu do leśnej pustelni czy też zamykaniu się w grocie. W widoczny sposób aprobował życie w społeczeństwie, które uważał za niezbędny czynnik wspomagający sadhanę. Jeśli ktoś mógłby żyć pośród świata, ale nie utożsamiać się z nim, osiągnąłby wysoki stopień obiektywności. Zawsze dobrze jest napotykać jakiś opór; drzewo, które nie jest smagane wiatrami bywa zwykle cherlawe.

Kiedyś ktoś powiedział do Bhagawana: „Dzieje się tu wiele rzeczy, których Bhagawan nie pochwala. Czemu Bhagawan tu pozostaje? Przecież Bhagawan niczego nie potrzebuje i nie jest niczym związany”. „Cóż mogę zrobić?” – odrzekł na to Bhagawan – „Cóż się stanie, jeżeli pójdę do lasu i spróbuję się ukryć? Wkrótce mnie tam znajdą. Potem ktoś postawi chatę przede mną, ktoś inny z tyłu za mną, a po niedługim czasie chaty będą stały wszędzie dookoła. Dokąd mógłbym pójść? Zawsze będę więźniem.”

Zabawną ilustracją do tych słów Bhagawana może być następująca historia. Wiele lat temu, pewnego dnia Bhagawan zaplanował sobie, że następnego dnia będzie pościł. Miał zamiar powłóczyć się trochę po górze, której znał każdy cal, gdyż przemierzył ją wzdłuż i wszerz jako młody chłopak. W związku z tym poprzedniego dnia wieczorem zjadł nieco bardziej obfity posiłek. Wcześnie rano wyruszył samotnie, ale nie uszedł daleko, gdy natknął się na siedem kobiet. „O, nasz Swami jest tutaj”, zawołały radośnie. Po czym posadziły go wygodnie i zaczęły podawać rozmaite potrawy, które zdaje się specjalnie w tym celu przyniosły. Gdy skończył jeść, odeszły ze słowami: „W południe przyniesiemy Swamiemu obiad”, po czym w jakiś niezwykły sposób odnalazły go ponownie po paru godzinach, chociaż szedł na przełaj i znowu podały mu obfity posiłek.

Bhagawan wracał do domu czując, że zjadł o wiele za dużo. M.V. Ramaswami Iyer, bliski uczeń Bhagawana, mieszkający w mieście, usłyszawszy, że Bhagawan ma tego dnia pościć, pomyślał, że wieczorem z pewnością będzie głodny; przygotował więc okazałe danie i udał się do Bhagawana, którego spotkał na skraju miasta. Tutaj znów go posadził, nakarmił i dopilnował, by wszystko zjadł. Bhagawan wrócił do domu przejedzony, obiecując sobie, że już nigdy nie będzie pościł. Co do spotkanych tajemniczych siedmiu kobiet, Bhagawan podejrzewał, że mogły to być wróżki.

Kiedyś też ktoś zapytał Bhagawana: „Czy prawdą jest, że dźńani jest świadomy we wszystkich trzech stanach, nawet, gdy śpi?” „Tak” – odpowiedział Bhagawan. „W takim razie czemu Bhagawan chrapie?” Bhagawan na to: „Tak, ja wiem, że chrapię, gdybym chciał, mógłbym to powstrzymać, ale lubię chrapać”.

Rano i wieczorem odbywały się w holu 45-minutowe recytacje Wed. Początkowo robili to dwaj bramini, którzy dwa razy dziennie przychodzili z miasta. Jednak było to dla nich uciążliwe. W 1947 roku zainicjowano więc w aśramie szkołę recytacji Wed. Uczęszczało do niej sześciu chłopców, którzy odtąd przejęli obowiązek braminów. Bhagawan bardzo lubił słuchać tych recytacji. Gdy tylko chłopcy zaczynali, siadał na łożu w pozycji wyprostowanej, podciągał nogi i siedział tek nieruchomy patrząc gdzieś w przestrzeń. Na koniec wszyscy obecni wstawali, a chłopcy recytowali hymn ku czci Wyzwolonego Mędrca, po czym kłaniali się Guru. Ten hymn, wzmiankowany już wcześniej „Na karmana…” z pomocą innych przetłumaczyłem i dałem Bhagawanowi do sprawdzenia. Pozwalam sobie tutaj przytoczyć tłumaczenie tych strof, ponieważ często byłem pytany o ich znaczenie.

Nieśmiertelności nie zdobywa się żadnym czynem,
Ani ofiarą, ani bogactwem,
Lecz wyrzeczeniem.
Mędrcy, którzy panują nad zmysłami,
Osiągają ten Byt,
Od którego niższe jest najwyższe Niebo,
A który w sercu wiecznie jaśnieje.
Oni, wytrwali, na jednym skupieni,
O czystych sercach.

Oni, którzy poznali niezawodność tej jednej Prawdy,
Przez wedantę głoszonej,
Osiągają własnej swej natury poznanie.

Gdy pierzcha niewiedza,
Pełną się cieszą wolnością od ciała
I jego przyczyny, maji.
A szukać trzeba
W wolnej od wszelkiego smutku przestrzeni Serca,
Nieskalanej Siedzibie Najwyższego.

On jest zaprawdę Panem Najwyższym,
On stoi hen, ponad Przedwiecznym Słowem,
Które jest Wed początkiem i końcem.

Bhagawan zwykł powtarzać, że poczucie „ja” (ego) powstaje w sercu. To serce nie jest fizycznym organem, ani też jedną z jogicznych ćakr, lecz punktem, położonym półtora cala w prawo od środka piersi. Niektórzy twierdzili błędnie, że w tym miejscu znaleźć można Urzeczywistnienie Jaźni. Ale jak to możliwe? Czy może istnieć fizyczne miejsce, w którym ulokowane jest Urzeczywistnienie? Z pewnością Urzeczywistnienie ogarniać musi całość. Chodzi o to, że kiedy kontemplujący powraca ze stanu głębokiego samadhi, wtedy ten właśnie punkt, znajdujący się w tak zwanym Sercu, jest pierwszym doznaniem, jakie napotyka. W tym miejscu ustaje doświadczenie transcendentalne i ego ponownie obejmuje władanie. Gdy potem spojrzy się wstecz, to może się wydawać, że to właśnie miejsce jest ‘siedzibą’ Urzeczywistnienia, gdyż było ono ostatnim przedmiotem uświadomienia. Można więc zgodzić się na określenie, że Urzeczywistnienie zostało znalezione w Sercu, ale nie będzie to ścisłe. Czasami Bhagawan zalecał uczniom, by starali się wycofać umysł do tego miejsca, gdyż ego znika w tym samym ‘miejscu’, w którym się pojawia. Nie było to niezbędnym warunkiem sadhany, lecz było zalecane jako środek pomocniczy niektórym osobom. Gdyż Bhagawan wielokrotnie podkreślał, że „nie możecie umiejscawiać doświadczenia”. W związku z powyższym przytoczę tutaj piękny fragment z Wed, hymn Nārāyāṇa-sūkta, który chłopcy recytują w aśramie codziennie podczas modlitwy wieczornej:

1. Trzeba wiedzieć, że lotos serca znajduje się w połowie odległości pomiędzy gardłem a pępkiem. Jest zawieszony płatkami w dół i jest naczelną siedzibą Najwyższego Atmana.

2. W środku tego lotosu jest subtelny otwór. Tam ukryty jest Najwyższy Atman, obdarzający Łaską poszukującego. Wewnątrz serca płonie ogień pełen ciepła.

3. Funkcją tego ognia jest trawienie i rozprowadzanie strawionego pokarmu od głowy aż do stóp dla podtrzymania życia ciała.

4. W sercu płomień jest skierowany ku górze; lśni on jak błyskawica pośród ciemnych chmur, jak subtelny punkt, w którym wydobywający się z ziarna kiełek przekłuwa je. Jego promienisty blask ma barwę złoto-żółtą. Nie można go z niczym porównać.

5. Na środku czubka (płomienia) znajduje się Paramatman. On jest Brahmą, Śiwą, Indrą i jest niezniszczalnym, samoświetlnym Paramatmanem.

Podejrzewam, że ten hymn bardziej dotyczy ćakry serca niż duchowego serca, o którym mówi Bhagawan, a które on umieszcza po prawej stronie piersi, ale w Rozmowach wyjaśnia on to tak:

„Trzeba zatem powiedzieć, że Serce jest całym naszym ciałem, a równocześnie całym ciałem Wszechświata, odczuwanym jako „Ja”. Ale dla ułatwienia praktyki wskazuje się jakąś określoną część Wszechświata, czyli ciała. Dlatego właśnie wskazuje się na owo Serce jako siedzibę Jaźni. Ale naprawdę jesteśmy wszędzie, jesteśmy wszystkim, co istnieje i poza nami nie istnieje już nic innego”. Rozmowy, 29.

Bhagawan uwielbiał Górę i najszczęśliwszy był wtedy, gdy mógł samotnie przechadzać się po jej stokach. Powszechnie znana jest na Południu Indii opowieść o wielkim świętym, zwanym Arunagiri Jogi, który od wieków mieszka pod wielkim banianem na północnym zboczu Góry. Bhagawan natknął się kiedyś na opadłe na ziemię olbrzymie liście tego drzewa, miały ponad 30 centymetrów średnicy. Pewnego dnia Bhagawan wybrał się na poszukiwanie tego drzewa. W końcu dojrzał je z daleka, mówił, że było niezwykle olbrzymie. Lecz miejsce, w którym rosło, było ze wszystkich stron zarośnięte gęstymi, kolczastymi krzewami. Gdy zaczął się przez nie przedzierać, uszkodził niechcący gniazdo szerszeni, które go natychmiast zaatakowały, żądląc boleśnie. Bhagawan nie ruszył się z miejsca, dopóki ich gniew nie ustał; przyjął to jako karę za krzywdę, którą im wyrządził. Potem się wycofał, gdyż doszedł do wniosku, że dalej nie powinien się posuwać. Co do szerszeni, to przepraszał je za wyrządzoną krzywdę i mówił, że nie miał prawa być tak nieuważnym.

W roku 1942 czy 43 spora grupa uczniów wybrała się na poszukiwanie tego miejsca. Bhagawan ostrzegał ich, że to bezcelowe, lecz oni jeden po drugim wymknęli się po cichu, nie mówiąc, dokąd idą. Prowadził ich Kundźu Swami. Szukali długo, aż w końcu kompletnie się zgubili w jednej z dolin, po której krążyli, wracając stale w to samo miejsce, aż do chwili, kiedy do cna wyczerpani, zaczęli się modlić o pomoc. Wtedy spotkali starego wieśniaka, a on wyprowadził ich na szlak, którego tak długo bezskutecznie poszukiwali. Jeden z uczestników wycieczki był tak słaby, że trzeba było go całą drogę podtrzymywać. Kiedy wreszcie wrócili i stanęli przed Bhagawanem, usłyszeli, że przeżyte kłopoty i cierpienie zawdzięczają własnej głupocie. To było od samego początku bezcelowe. Ten widok nie był przeznaczony dla takich jak oni.

Kim był tajemniczy stary wieśniak, który pojawił się w tak odpowiedniej chwili? Dlaczego Bhagawanowi nie pozwolono podejść bliżej? Chyba dla niego nie powinno już być takich ograniczeń? A może, gdyby poszedł dalej, mógłby już do nas nie wrócić, a ten czas jeszcze nie nadszedł? Pozostaje to dla mnie tajemnicą.

Zapytałem kiedyś: „Kim jest Arunagiri Jogi?” „Kim może być, jeśli nie samym Bogiem” – odparł zwięźle Bhagawan i to była cała jego odpowiedź.

Długo spierano się o to, czy Bhagawan był uprawniony do pozostawienia testamentu i czy taki testament został sporządzony. Wiele osób w ogóle nie uważało, żeby to mogło mieć jakieś znaczenie. Inni zaś uznali, że były to machinacje pewnych osób z otoczenia Bhagawana, które w jakiś tajemniczy sposób doprowadziły do powstania legalnego, potwierdzonego notarialnie dokumentu. Ponieważ żadna z publikacji aśramu nie zawiera informacji na ten temat, uznałem za stosowne powiedzieć o tym tutaj.

Przez dwadzieścia lat w miejscowym sądzie toczyła się przeciwko aśramowi bardzo przykra dla wszystkich sprawa. Jeden ze starszych uczniów Bhagawana twierdził, że grunt, na którym wybudowano aśram jest jego własnością i chciał przejąć zarząd nad aśramem wraz z Bhagawanem. Kiedy w końcu aśram pozbył się natręta, kilku starszych uczniów Bhagawana przyszło do niego prosząc o pomoc i radę. Powiedzieli, że skoro byli narażeni na takie kłopoty nawet, gdy Bhagawan był na miejscu, to nie wiadomo, czego można się spodziewać, gdy go zabraknie i nie będzie komu ich chronić. Co mógłby im doradzić? „A co proponujecie?” – zapytał ich. Odpowiedzieli, że ich zdaniem byłoby dobrze, gdyby w przyszłości aśram był kierowana przez stowarzyszenie, którego zarząd mianowałby Bhagawan. Ale Bhagawan miał obiekcje. Członkowie stowarzyszenia nie zawsze należycie troszczą się o instytucję. Dopóki przynosi dochód, traktują ją jak dojną krowę, a potem pozostawiają własnemu losowi. Czy nie byłoby lepiej, gdyby zarząd był dziedziczny? Rozważono tę możliwość i zdecydowano, że jeśli tak, to najlepiej będzie jeśli Bhagawan ustanowi testament, na co Bhagawan się zgodził.

Zadanie sporządzenia projektu testamentu powierzono mieszkającemu w Salem emerytowanemu sędziemu, wieloletniemu uczniowi Bhagawana. On też to wykonał, odprawiwszy wpierw pudźę przed portretem Bhagawana. Gdy tekst był gotowy, zorganizowano spotkanie uczniów w dużej sali, w której mieszkałem przez jakiś czas zaraz po przybyciu do aśramu. Paragraf po paragrafie odczytywano tekst dokumentu i nad każdym dyskutowano, czasem dokonując jakichś zmian. Po ustaleniu tekstu każdego paragrafu pytano Bhagawana, czy zrozumiał i czy dany punkt akceptuje. Dopiero, gdy potwierdził, odczytywano kolejny. Na koniec przepisano cały dokument na maszynie i Bhagawan postawił na nim kreskę zamiast podpisu. Upoważnił również Sambaśię Rao, aby podpisał się zamiast niego i w ten sposób autentyczność dokumentu została poświadczona podwójnie. Widziało to wiele osób, a obecny na miejscu notariusz zapytał Bhagawana, czy zna treść dokumentu, czy się na nią zgadza i czy chce, aby dokument został zarejestrowany w sądzie, na co Bhagawan odpowiedział twierdząco. Nie może być więc żadnych wątpliwości, co do legalności testamentu i roli Bhagawana w jego powstaniu.

Przyszłość pokazała, że wbrew opinii niektórych, Bhagawan nie uległ w tej sytuacji namowom otoczenia, lecz był świadomy, do czego zmierza i dokładnie wiedział, co robi. Parę lat później władze aśramu doszły do wniosku, że istniejący testament zawiera niebezpieczne z ich punktu widzenia luki prawne i sporządziły nową, poprawioną wersję. Bhagawan leżał już wtedy w holu w swojej ostatniej chorobie. Tam przyszedł do niego zarządca w towarzystwie kilku swoich popleczników. Wytłumaczyli Bhagawanowi, na czym polega ich kłopot i posunęli nowy dokument do podpisania. Ale on nie chciał o tym słyszeć. „Czyż testament nie został już sporządzony?” – zapytał, i na tym zakończył sprawę.

Jak może Mędrzec zostawić testament?” – mówią ludzie – „przecież to absurd”.

Mędrzec nie podlega ograniczeniom, nie ma więc potrzeby pytać, czy może, czy też nie może posiadać własności, gdyby tak było, nie byłby Mędrcem. Jeśli jest czymś ograniczony, to w sposób dla nas niewyobrażalny. Ludzie przynosili mu dary, które on z uprzejmości przyjmował. Pod rządami jego brata, który osobiście kierował sprawami finansowymi oraz organizacyjnymi, wzrastały zasoby aśramu. Po odejściu Bhagawana aśram będzie nadal pełnił funkcję ośrodka duchowego, to było oczywiste. Było więc rzeczą najbardziej naturalną, że Bhagawan spełnił oczekiwania swoich uczniów i postarał się to zabezpieczyć. Ustanowienie testamentu okazało się mądrym posunięciem. Przeciwko aśramowi wytaczano później w sądach wiele procesów, ale dzięki testamentowi sądy oddalały roszczenia niezadowolonych, a ludzie mogą nadal cieszyć się spokojem tego miejsca i odczuwać obecność Mistrza.

Bhagawan osobiście nie miał potrzeby sporządzania testamentu, ani też nie dbał o sprawy własności, ale mógł dostrzegać nasze trudności i dlatego zgodził się na to posunięcie. Nikt nie twierdzi, że sam usiadł i spisał swoją ostatnia wolę; pozostawił to innym. Lecz jestem przekonany, że to on zainspirował całe przedsięwzięcie, a przynajmniej w pełni je poparł. Powiedział kiedyś, że cokolwiek powie Mędrzec, nawet jeśli się to wydaje nie do przyjęcia absurdem, musi się wydarzyć. Podpisał testament mówiący o tym, że aśram ma być prowadzony jako ośrodek duchowy i tak się wbrew przeciwnościom dzieje. Pewien jestem, że oddziaływanie aśramu będzie się szerzyć, a z czasem stanie się ona znany w całym świecie.

Kiedyś Devaradźa opowiedział mi historię, którą zapomniał umieścić w swych licznych książkach.

W początkowych latach, kiedy Bhagawan mieszkał w grocie Wirupaksza, przyszedł do niego sannjasin, uczeń ówczesnego Śankaraćarji z Śringeri i próbował nakłonić go, by oficjalnie przyjął inicjację do sannjasy. Bhagawan odmówił, ale on nie ustępował. Dyskutował z Bhagawanem przez trzy godziny. Powiedział, że rozpoznał wysoki stan duchowy Bhagawana, ale że mimo wszystko uważa, że Bhagawan jako bramin powinien dopełnić obowiązku, nakazanego przez śastry. Powiedział też, że ceremonia może odbyć się w grocie i że przyniesie wszystkie potrzebne do jej przeprowadzenia przedmioty. Jeśli zaś Bhagawan nie zechce nosić pomarańczowej szaty, to może przynajmniej zgodzi się na pomarańczową kaupinę. Potem odszedł, prosząc, by Bhagawan się zastanowił i obiecał wrócić po południu, by poznać jego ostateczną decyzję.

Krótko po odejściu sannjasina zaszedł do groty Bhagawana nieznajomy mu starszy człowiek z naręczem książek sanskryckich. Zapytał, czy może te książki na jakiś czas zostawić, zabierze je, gdy będzie wracał. Gdy się oddalił, Bhagawan zaczął z ciekawości przeglądać książki. Pierwsza, którą wziął do ręki (była to Arunaćala Purana), otworzyła się na następujących słowach:

Ci, którzy zamieszkują w promieniu 30 jodźan (30 mil) od tego miejsca, nawet, jeśli nie otrzymali inicjacji, z mocy mojego najwyższego zarządzenia osiągną mokszę, wolni od wszelkich więzów”.

Bhagawan przepisał te słowa na kartce papieru, odłożył książkę i zamknął oczy; kiedy je po jakimś czasie otworzył, książek już nie było i nigdy potem nie spotkał ich właściciela. W jaki sposób książki zniknęły, tego nie wiedział.

Kiedy sannjasin wrócił, aby usłyszeć o decyzji Bhagawana, ten podał mu tylko kartkę z przepisanym tekstem. Sannjasin przeczytał i odszedł, przekonany, że nie było potrzeby inicjacji. Zdaje się, że opowiedział potem o wszystkim Śri Narasinha Bharatiemu, opatowi swojego klasztoru, który skomentował to w następujących słowach: „Nie próbuj odtąd robić podobnych rzeczy”.


[2] Popularne bóstwo w Tamil Nadu, inne imiona: Murugan, Kartikeja, Skanda (przyp. red.).

Zostaw komentarz