Jednia w różnorodności

Swami Wiwekananda

Wykład wygłoszony w Londynie 3 listopada 1896r.

„To, co istnieje samo przez się, sprawiło, że zmysły są skierowane ku zewnątrz, toteż ludzie są wpatrzeni w świat zewnętrzny, a nie wewnątrz siebie. Pewien mędrzec, pragnący nieśmiertelności, odwrócił swe zmysły i dzięki temu przeniknął w Ja wewnętrzne”.

Jak już poprzednio mówiłem, najdawniejsze zagadnienia, które znaleźlibyśmy w Wedach, dotyczą rzeczy zewnętrznych; dopiero później powzięto nową ideę, kiedy przekonano się że istoty rzeczy nie można poznać poszukując jej w świecie zewnętrznym, że nie przez rozglądanie się po tym świecie znajdzie się istotę rzeczywistości, lecz przez zwrócenie się – dosłownie – ku wewnątrz. Znamienne są słowa używane na określenie Duszy: TO, które przeniknęło wewnątrz nas, które jest najgłębszą, najbardziej intymną rzeczywistością naszego bytu, centrum serca, rdzeniem, z którego – rzec można – wyłaniają się wszystkie rzeczy; jest to Słońce Środka, a jego promieniami skierowanymi ku zewnątrz są umysł, ciało, narządy zmysłów i wszystko inne, czym się posługujemy.

„Ludzie o inteligencji dziecięcej, niewiedzący, uganiający się za rzeczami doczesnymi, wpadają w pułapkę nastawianą przez długoręką śmierć, ale mędrcy, rozumiejący, czym jest nieśmiertelność, nie szukają nigdy wiecznego w tym życiu rzeczy ograniczonych”.

Jest w tym jasno wyłożona ta sama myśl, że na tym świecie zewnętrznym, pełnym rzeczy skończonych, niemożliwością jest znalezienie Nieskończoności. Można Jej poszukiwać jedynie w tym, co samo jest nieskończone, a jedyna rzecz nieskończona, najbliższa nam jest wewnątrz nas – jest to nasza własna dusza. Ani ciało, ani psychika, ani nawet nasze myśli, ani świat dokoła nas – nie są nieskończone. TO, które widzi, TO, do którego wszystko należy, TO –dusza człowieka, czuwające we wnętrzu – Ono samo tylko jest nieskończone; jeżeli więc chcemy znaleźć przyczynę nieskończoną całego otaczającego nas wszechświata, tylko tam powinniśmy jej szukać. Znajdziemy ją jedynie w duchu nieskończonym.

„To, co jest tutaj, jest i tam; to, co jest tam, jest również tutaj. Kto widzi wielorakość, idzie od śmierci jednej do drugiej”.

Widzieliśmy, jak najpierw zjawia się pragnienie pójścia do nieba. Kiedy starożytni Ariowie nie byli zadowoleni ze świata, na którym żyli, powzięli naturalnie ideę, że po śmierci idą do innej krainy, gdzie wszystko będzie samym dobrem bez śladu zła. Rozmnożyli te miejsca i nazwali je swarga – można to tłumaczyć jako „nieba” lub „raje”; radość tam ma być wieczna, ciała staną się tam doskonałe, umysły takoż i ludzie będą tam żyli ze swymi przodkami. Ale kiedy powstała filozofia, osądzono takie rozwiązanie jako niemożliwe i absurdalne. Myśl, że nieskończone ma istnieć w jakimś miejscu, przeczy sama sobie, bo wszak miejsce musi się zacząć i trwać w czasie. Ariowie musieli zrezygnować z takiej idei.

Doszli wówczas do wiary, że bogowie, żyjący w tych niebach, byli ongi ludźmi ziemskimi, a potem przez swe dobre uczynki stali się bogami. Owie dewowie, jak ich nazywano, odpowiadają różnym stanom, stopniom; ani jeden spośród bogów, o których mówią Wedy, nie jest indywidualnością stałą, niezmienną. Na przykład Indra i Waruna nie są imionami określonych osobowości, lecz nazwami stanowisk, takich jak rządca itp. Indra, który żył w dawnych czasach, nie jest tą samą osobą, która dzisiaj jest na stanowisku Indry; tamten zmarł, a jego miejsce zajął inny człowiek, przybyły z Ziemi na to stanowisko. I tak samo następują zmiany na stanowiskach wszystkich innych bogów. Zajmują je kolejno dusze ludzkie, które wzniosły się aż do stanu boskości, ale i w tym stanie one umierają. W starej Rygwedzie znajdujemy słowo „nieśmiertelność”, jako określenie cechy tych bogów, ale później zaniechano całkowicie takiego określania, ponieważ spostrzeżono, że nie można łączyć cechy nieśmiertelności, która wszak jest poza czasem i przestrzenią, z jakąkolwiek formą fizyczną, chociażby najsubtelniejszą.

Najsubtelniejsza forma fizyczna, jaką można by sobie wyobrazić, musi mieć początek w przestrzeni i w czasie, ponieważ składniki niezbędne do powstania formy zawarte są w przestrzeni. Spróbujcie wyobrazić sobie formę bezprzestrzenną; jest to niemożliwe. Przestrzeń jest – rzec można – jednym z materiałów, które tworzą formę, a forma zmienia się nieustannie. Przestrzeń i czas są w tym, co nazywane jest mają; ideę tę wyrażają słowa: „To, co jest tutaj, jest również tam”. Jeżeli owi bogowie istnieją, muszą podlegać tym samym prawom, które mają moc działania tutaj, a wszystkie te prawa przejawiają swe działanie przez burzenie i odnowę, teraz i zawsze. Prawa te nadają materii przeróżne kształty i potem burzą je. Wszystko, co się rodzi, musi umrzeć, toteż jeżeli istnieją niebiosa, one też nie mogą uniknąć losu przemian według tych praw. Na tym naszym świecie w ślad za każdą radością idzie smutek jak nieustępliwy cień. I całe życie ma swój cień, a jest nim śmierć. One muszą iść w parze, one nie są przeciwieństwami, ponieważ nie są to istnienia oddzielne, lecz odmienne przejawienia tej samej jedno – życia i śmierci, smutku i zadowolenia, dobra i zła.

Pogląd dualistyczny, że dobro i zło są to dwie odrębne istności, następujące wciąż po sobie, jest absurdalny, nawet na pierwsze wejrzenie. Są to różne przejawienia jednego i tego samego zdarzenia, które ukazuje nam się to jako złe, to jako dobre. Różnica nie polega na odmienności natury, lecz tylko na stopniu. Dobre i złe rozróżnia się stopniem intensywności. Wiemy wszak, że ten sam układ nerwowy przenosi jednakowo czucia przyjemne i przykre, a kiedy nerwy są uszkodzone nie przenoszą tych sygnałów – ani jednych, ani drugich. Te odczucia dobre i złe, przyjemne i przykre, nie są to dwie odrębności, lecz są zawsze jednią. Podobnie zależnie od wieku to samo wrażenie będzie odczuwane to jako przyjemne, to jako przykre. Jedno i to samo zdarzenie jednych przygnębia, innych rozwesela. Zjadanie mięsa jest przyjemnością dla człowieka, ale sprawia ból zjadanemu zwierzęciu. Nie ma niczego, co sprawiałoby radość wszystkim istotom bez wyjątku; jedni są zadowoleni, inni nie i dzieje się tak ciągle.

Ostatecznie ta pozorna dwoistość istnienia sama zadaje sobie kłam. Cóż z tego wynika? Powiedziałem na poprzednim wykładzie, iż dojdziemy zawsze do wniosku, że wszystko jest dobre na tej ziemi i nie ma niczego, co byłoby złe. Przeraziło to zapewne niektórych słuchaczy, ale nic na to nie poradzę; chętnie przyznam wam rację, jeżeli zdołacie dać powody przekonywające, że jest inaczej, ale dopóki to nie nastąpi i dopóki nie zdam sobie sprawy, że zdanie przeciwne odpowiada prawdzie, nie mogę powiedzieć inaczej.

Przy zwalczaniu wypowiedzianego tu przeze mnie twierdzenia bywa wytaczany najczęściej pogląd przeciwny, że w toku ewolucji wszystkie złe skłonności otaczającego nas środowiska wypierane są stopniowo coraz więcej, a jeżeli to wypieranie będzie trwało miliony lat, nadejdzie wreszcie czas, kiedy zło będzie stłumione całkowicie i pozostanie tylko to, co jest dobre. Argument taki może się wydawać – na pierwszy rzut oka – bardzo dobry. Oby Bóg dał, żeby to była prawda! Ale, niestety, jest to fałsz, ponieważ twierdzenie takie oparte jest na założeniu, że zarówno dobro, jak i zło, są to wielkości skończone. Pogląd taki przyjmuje przesłankę, że jest pewna określona suma zła i tak samo suma dobra oraz że ilość zła zmniejsza się ciągle, aż pozostanie wreszcie samo dobro.

Ale czy tak jest w rzeczywistości? Dzieje nas pouczają, że zło wzrasta ciągle ilościowo i tak samo przybywa dobra. Weźmy na przykład człowieka na niższym szczeblu rozwoju, mieszkańca puszczy. Skala jego radości jest bardzo wąska, tak samo zdolność cierpienia. Nie wykraczają one poza sferę zmysłów: kiedy brak mu żywności, jest nieszczęśliwy, ale dajcie mu najeść się do syta, pozostawcie go na swobodzie i dajcie możliwość polowania, a będzie najzupełniej szczęśliwy. Jego „dobre” zależy całkowicie od zmysłów, złe tak samo. W miarę swego rozwoju człowiek taki poszerza zakres własnych wiadomości i odczuwań, radości jego serca są coraz liczniejsze, budzi się inteligencja i potrzeby materialne ustępują część pola potrzebom intelektualnym. Odczuwa teraz piękno poematów, zaczyna interesować się zagadnieniami matematyki i wielu innymi. Ale jednocześnie jego uwrażliwione nerwy coraz silniej każą mu odczuwać cierpienie nieznanych przedtem rodzajów, o których dzikus nie miał wcale pojęcia.

Oto przykład najprostszy. W Tybecie nie ma instytucji małżeństwa i nie jest też znana zazdrość[1]. My jednak wiemy, że małżeństwo jest związane z wyższym stanem rozwoju. Tybetańczycy nie znają przecudnej radości, jaką darzy czystość uczuć, szczęście małżonków wiernych i cnotliwych. Oni nie mogą korzystać z takich uczuć. I tak samo nie mogą odczuwać piekącej zazdrości i bólu z powodu zdrady małżeńskiej, ani smutku osób, dla których czystość w miłości jest ideałem. W małżeństwie obie strony zaznają dobra, lecz – z drugiej strony – zbierają również kolce cierpienia.

Pomyślcie o swoim kraju, najbogatszym w świecie, szczycącym się dobrobytem i luksusem, jak żaden inny; zauważycie, ile tu jest straszliwej nędzy, zbadajcie, a przyznacie, że jest wśród was więcej obłąkanych niż w krajach innych ras, po prostu dlatego, że ludźmi miotają tu tak gwałtowne pragnienia. Człowiek jest tu wciągany w określone koleiny życia; jego wydatki roczne stanowiłyby w Indiach pokaźną fortunę. Nie możecie prawić mu kazań o prostocie życia, bo społeczeństwo stawia mu wielkie wymagania. Koło życia społecznego obraca się nieustannie, nie zatrzymają go ani łzy wdowy ani płacz sieroty. Wszędzie jest tak samo. Wasz zmysł przyjemności jest więcej rozwinięty, wasze życie społeczne jest o wiele piękniejsze niż niektórych innych narodów; wiele macie rzeczy uprzyjemniających życie. Ale ci, którzy mają ich mniej, cierpią też mniej od was. Możecie to sprawdzić we wszystkich przypadkach: im wyższy ideał, tym szersze możliwości rozkoszowania się, ale i cierpienia tym intensywniejsze. Jedno jest cieniem drugiego. Być może prawdą jest, że złe rzeczy zanikają, ale wtedy i dobre muszą stopniowo zanikać. Czyż nie jest raczej tak, że zło mnoży się gwałtownie, a dobro zmniejsza się? Jeżeli dobro wzrasta w postępie arytmetycznym, zła przybywa w postępie geometrycznym. I to jest maja.

Nie ma w tym ani optymizmu, ani pesymizmu. Wedanta nie uznaje teorii, według której świat nasz zbudowany został wyłącznie ze zła. To nie byłoby prawdziwe. Z drugiej strony byłoby błędem utrzymywanie, że nasz świat jest pełen radości i dobrodziejstw. Nic nie dadzą przecież opowiastki dziecinne, że świat jest taki piękny, pełen kwiatów, nektaru i ambrozji, jak to sobie wszyscy wymarzyliśmy. Ale byłoby też niesłuszne mówienie, że wszystko jest złe, ponieważ pewien człowiek cierpiał więcej niż inny. Z tej dwoistości, z tej gry dobra i zła zbudowany jest świat naszych doświadczeń. W tej sprawie wedanta rzecze: „Nie wierzcie, że dobro i zło są to dwoje, nie wierzcie, że są to dwa istnienia oddzielne, bo są jedną i tą samą rzeczą ukazującą się mniej lub więcej pod różnymi aspektami i wywołującą w tej samej psychice odmienne wrażenia”. Toteż wedanta najpierw zdobyła się na trud znalezienia jedni w tym, co jest zewnętrzne, Bytu Jednego, który przejawia Siebie, chociaż tak różnorodny ukazuje się nam w tym przejawianiu Siebie.

Pomyślcie o starej, naiwnej teorii Persów: dwaj bogowie stwarzają świat, dobry tworzy wszystko co jest dobre, zły – wszystko złe. Już przy pierwszym usłyszeniu zdajemy sobie sprawę z absurdalności tej teorii, bo – żeby była prawdopodobna – musiałoby każde prawo natury składać się z dwóch części, jednej stosowanej przez jednego z bogów, który po wykonaniu swej pracy wycofuje się, aby działał drugi. To stwarza pewną trudność: ci dwaj bogowie działający w obrębie jednego wszechświata musieliby zachować równowagę w takim wytwarzaniu dobra i zła. Jest to oczywiście przykład zbyt uproszczony, ale jest to też elementarne przedstawienie dwoistości bytu. Weźmy więc teorię nieco wyższą, bardziej abstrakcyjną, według której świat jest częściowo dobry, częściowo zły. I to jest absurdalne, jeżeli rozpatrywać je z tegoż punktu widzenia. Jedno prawo jedni daje nam warunki istnienia i to samo prawo jedni zabija wielu ludzi w wypadkach i wskutek niepowodzeń.

Widzimy więc, że świat nasz nie jest ani światem pesymistów ani optymistów, lecz mieszaniną obu; a w miarę poznawania go przekonujemy się, że należy rehabilitować przyrodę, oczyścić ją ze złorzeczeń, ponieważ to my ponosimy winę. Otóż wedanta wskazuje nam wyjście, a nie jest nim przeczenie występowaniu zła, ponieważ wedanta śmiało analizuje fakty i nie stara się niczego ukrywać. Nie szerzy beznadziejności ani agnostycyzmu. Znajduje środek zaradczy, ale chce też podać go na podstawie o czystości i mocy diamentowej. Nie powinno to być podobne do zatykania ust dziecku i mydlenia mu oczu kłamstwami, oszukującymi złudą zaspokojenia przez kilka dni.

Przypominam sobie z czasów młodości takie zdarzenie. Zmarł ojciec licznej rodziny i syn jego najstarszy, obarczony obowiązkiem utrzymania rodzeństwa, znalazł się w ubóstwie. Przekonał się, że przyjaciele ojca nie mają zamiaru mu pomóc. Znajomy duchowny pocieszał go słowami: „Wszystko to jest dobre, wszystko jest zsyłane na nas dla naszego dobra”. Jest to stara metoda przykrywania ropiejącej rany cieniutkim pasemkiem złota. Jest to dowód słabości i głupoty. Młodzieniec odszedł. W pół roku później duchowny ów, pastor, zaprosił przyjaciół na ceremoniał dziękczynienia z okazji narodzin syna, zaprosił również tego młodzieńca. Kiedy modląc się wypowiedział słowa: „Dziękujmy Bogu za dobrodziejstwa”, młodzieniec powstał i rzekł: „Powstrzymajcie się; to nie są dobrodziejstwa, to są nieszczęścia”. „Dlaczego?” – zapytał pastor. „Kiedy zmarł mój ojciec, powiedziałeś: Wszystko to jest dobre. Chociaż na pozór było to niedobre; teraz więc dobre na pozór powinno być złe w rzeczywistości”.

Czy taki ma być sposób uleczenia świata ze zła i z nieszczęść? Bądźcie dobrzy dla cierpiących i współczujcie z nimi. Nie próbujcie niezdarnie naprawiać świata; nic go nie uleczy. Wyprzedzajcie sobą ten świat.

Świat nasz zbudowany jest z dobra i ze zła. Wszędzie w ślad za dobrem zjawia się zło, ale ponad wszystkimi przejawami, ponad wszystkimi przeciwieństwami i poza nimi wedanta odkrywa Jednię. Mówi nam: „Zrzeczcie się tego, co jest złe, i zrzeczcie się tego, co jest dobre”. Cóż więc pozostanie? Poza dobrem i złem jest coś, co należy do was, jest to wasza prawdziwa jaźń, a jest ona ponad wszelkim złem, a również ponad wszelkim dobrem i jest tym, co przejawia się jako dobre i złe. Poznajcie to najpierw. Potem – i dopiero wtedy, staniecie się prawdziwym optymistą, ale nie wcześniej, staniecie się mistrzem wszystkiego. Kierujcie tymi przejawieniami, a zdobędziecie możność przejawiania swej prawdziwej jaźni. Stańcie się najpierw panem samych siebie, wydostańcie się ponad zakres tych praw, ponieważ nie podlegacie im w sposób absolutny; one są tylko cząstką waszej istoty. Odkryjcie najpierw, że nie jesteście niewolnikiem przyrody, że nie byliście nim nigdy i nigdy nim nie będziecie; że ta przyroda tak nieskończona, jak mogłaby się wam zdawać, jest jednakże skończona; jest ona kroplą w oceanie, a ten ocean to wasza dusza; jesteście ponad gwiazdy, ponad słońce i ponad księżyc. One są po prostu bańkami w porównaniu z waszą nieskończoną istotą. Wiedzcie o tym, poznajcie to, a zdobędziecie moc nad złem i dobrem. Wtedy dopiero cała wizja wszystkiego ulegnie przemianie, powstaniecie, aby rzec: „O, jakże wspaniałe jest dobro i jakże cudowne jest zło!”

Tego oto naucza wedanta. Ona nie radzi nam oszałamiania się lekiem fortuny, zakrywania ran pozłotą coraz więcej, im dalej otwierają się rany. Życie jest twardą rzeczywistością; trud wasz umożliwi wam przebyć je bez obawy, chociażby rzeczywistość była twarda jak diament; nic to – moc duszy jest jeszcze większa. Wedanta nie zrzuca odpowiedzialności na małe bóstwa, bo wszak to wy jesteście kowalami swego losu. Sami sobie zadajecie cierpienie, wyświadczacie sobie dobro i zło; to wy sami zakrywacie sobie oczy rękoma i mówicie, że dokoła jest ciemno. Odejmijcie dłonie i zobaczcie światło. Jesteście promieniści, jesteście już doskonali i byliście nimi zawsze. Rozumiemy teraz werset: „Kto widzi tutaj mnogość, ten wędruje od jednej śmierci ku drugiej”. Postrzegajcie Jedyne i bądźcie wolni.

W jaki sposób mamy Je ujrzeć? Umysł, który tak jest wodzony po błędnych ścieżkach, który tak łatwo daje się zwodzić, ten sam umysł (ta psychika) może stać się silny i zdobyć wgląd w poznanie tej prawdy, w tę Jednię, która uchroni nas przed szeregiem wszystkich śmierci następnych. Jak z deszczu zraszającego górę powstają różne strumyki, spływające w dolinie, tak samo wszystkie energie, widziane przez nas tutaj, pochodzą z tej jedynej Jaźni. Ona staje się mnogością, przenikając w maję. Nie zwracajcie się ku tej mnogości, zmierzajcie ku Jedynemu.

„ONO jest we wszystkim, co się porusza, ONO jest we wszystkim, co jest czyste. ONO zapełnia Wszechświat, ONO jest w ofierze, ONO jest w gościu zaproszonym do domu, ONO jest w człowieku, w wodzie, w zwierzętach, w prawdzie. ONO jest wielkie. Jak ogień przybywający na ten świat przejawia się w różnych formach, tak samo ta jedyna Dusza Wszechświata przejawia siebie we wszystkich tak przeróżnych postaciach. Jak powietrze, przybywając na ten świat, przejawia się w różnych formach, tak samo Jedyna Dusza wszystkich dusz, wszystkich istot, przejawia Siebie we wszystkich postaciach”.

Stanie się to prawdą dla was, kiedy pojmiecie tę Jednię, ale nie wcześniej. Wtedy na wszystko będziecie spoglądali z optymizmem, bo będziecie postrzegali TO wszędzie. Jeżeli jednak jest to prawdziwe, jeżeli to czyste, to JA, ta nieskończoność przeniknęła we wszystko, co nas otacza, zjawia się pytanie: „Jakże to dzieje się, że ONO cierpi, że może stać się nieszczęśliwe, nieczyste?” –upaniszady mówią: Nie staje się takie. Jak słońce, które jest źródłem (przyczyną) widzenia (wzroku) wszystkich istot, nie ma skazy, kiedy czyjeś oko zaniewidzi, tak samo Jaźni powszechnej nie skażą choroby ciał ani żadne nieszczęścia, które was otaczają”. Mogę być dotknięty schorzeniem, które mi tak zmieni wzrok, że wszystko będę widział w kolorze żółtym, ale słońca to nie dotknie.

„ONO jest Jedynym, Stwórcą wszystkiego, Mistrzem wszystkiego, Duszą Wewnętrzną każdej istoty, Tym, które wielość dźwięku łączy w Jednię. Toteż mędrcy, którzy widzą w Nim Duszę swych dusz, osiągają pokój wiekuisty – nikt inny, nikt inny. Kto na tym świecie znikomości znajduje TO niezmienne, kto w tym wszechświecie śmierci znajduje Życie Jedyne, kto w tej różnorodności i mnogości odnajduje Jednię i wszyscy, którzy widzą w Tym Duszę swych dusz – ich pokój wiekuisty. Nikogo innego, nikogo innego. Gdzież znaleźć Je w świecie zewnętrznym, gdzież znaleźć Je w słońcach, księżycach i gwiazdach? Tam słońce nie może świecić, ani księżyc, ani gwiazdy, i błyskawica nie wniesie tam światła; cóż przeto mówić o ogniu poddanym prawu śmierci? Kiedy ONO rozbłyska, wszystko pozostałe promienieje światłem zapożyczonym od Niego i Ono świeci poprzez nie”.

Oto jeszcze jedno piękne porównanie; najbardziej zrozumiałe dla tych, którzy byli w Indiach i widzieli, jak dziki figowiec (banian) rozrasta się z jednego pędu w wiele pni i zajmuje dokoła coraz więcej przestrzeni: ONO jest jak ów banian, jest korzeniem wszystkiego i tak rozprzestrzeniło swe pędy, że stało się wszechświatem; chociaż tak daleko sięga, każdy z Jego pni i każda Jego gałąź są połączone z Nim.

W części Wed, zwanej brahmanami, jest mowa o różnych niebach, lecz w pouczeniach filozoficznych upaniszadów zaniechana jest idea o wniebowstąpieniach. Dobro nie znajduje się w takim czy innym niebie, ono jest w duszy; miejsce przebywania nic nie znaczy. Oto inny urywek tekstu, ukazujący różne stopnie urzeczywistnienia: „W niebie przodków widzi się Prawdziwą Rzeczywistość tak, jak człowiek widzi rzeczy we śnie”. W snach widzimy rzeczy mglisto i niewyraźnie, a więc w owym niebie tak widzi się Rzeczywistość. Jest inne niebo, nazywane gandharwa, jeszcze mniej wyraziste w wizjach; Rzeczywistość ogląda się w nim jak odbicie własnego oblicza w wodzie. Najwyższe niebo, jakie wyobrazili sobie hindusi, zwie się Brahmaloka; w nim Prawdę widzi się o wiele jaśniej, jak światła i cienie, jednakże bez dostatecznej ostrości. Ale w duszy człowieka Prawda jaśnieje jako obraz doskonały, czysty i wyraźny, jak odbicie własnej twarzy oglądane w zwierciadle. Najwyższe niebo jest więc w naszych duszach; największą świątynią adoracji jest dusza człowieka, większą niż wszystkie nieba – mówi nam Weda – ponieważ nigdzie, w żadnym niebie nie możemy poznać rzeczywistości tak wyraźnie i jasno, jak w tym życiu tutaj, w swojej własnej duszy.

Przejście z jednego miejsca na inne nie na wiele się przydaje. Kiedy byłem w Indiach, przyszło mi do głowy, że w grocie skalnej będę miał jaśniejszą wizję; przekonałem się, że nic to nie daje. Potem myślałem, że lasy dopomogą mi do osiągnięcia dobrych wyników, później, że miasto Benares. Ale wszędzie miałem te same trudności, ponieważ to my sami stwarzamy swój własny świat. Jeżeli jestem zły, cały świat wokół będzie dla mnie zły. Tako rzecze upaniszad. I to samo jest prawdą wszędzie na świecie. Jeżeli umrę i pójdę do nieba, wpadnę tam w te same kłopoty, bo dopóki nie stanę się czysty, nic mi nie pomoże przebywanie w jaskini, w lasach czy w Benaresie; jeżeli zaś dobrze wyszlifuję swe zwierciadło, ujrzę w nim Rzeczywistość taką, jaka jest, niezależnie od tego, gdzie i w jakich warunkach się znajdę. Toteż nadaremne jest bieganie tu i tam, i rozpraszanie energii, którą powinniśmy zużyć wyłącznie na szlifowanie zwierciadła swej duszy. Tę samą ideę odnajdujemy w innym jeszcze miejscu: „Nikt nie widzi Tego, nikt nie widzi Jego postaci wzrokiem swych oczu. To w duchu, w duchu czystym widzi się Go i osiąga się przez to nieśmiertelność”.

Muszę powiedzieć tym, którzy słuchali w lecie wykładów o radźa-jodze, że to, o czym wtedy mówiłem, była to inna joga. Joga obecnie wykładana polega przede wszystkim na opanowaniu zmysłów. Kiedy zmysły są ujęte w karby przez duszę ludzką, kiedy nie mogą już mącić umysłu, jogin osiąga cel. „Kiedy wszystkie próżne pragnienia serca zostają poniechane, wówczas śmiertelnik sam staje się nieśmiertelny, wówczas staje się jednym z Bogiem, nawet tutaj. Kiedy wszystkie skrępowania serca zostają zerwane, wówczas śmiertelnik staje się nieśmiertelny i napawa się Brahmanem – tutaj”. Tutaj, na tej ziemi, a nie gdzie indziej.

Muszę teraz dodać parę słów. Mówili wam zazwyczaj, że wedanta, że ten system filozofii i inne systemy wschodnie mają na widoku tylko zaświaty i nie interesują się radościami i walkami obecnego życia. Jest to pojęcie całkowicie fałszywe. Ci, którzy tak mówią, są po prostu ignorantami, nie znającymi wcale myśli orientalnej i nie mającymi dość rozumu, aby pojąć cokolwiek z prawdziwych nauk wedanty. Wprost przeciwnie – w pismach naszych czytamy, że nasi filozofowie nie chcieli udawać się do innych światów, że odrzucali je jako miejsca, gdzie ludzie chwilowo płaczą i śmieją się, potem umierają. Wobec tego, że jesteśmy słabi, musimy przechodzić przez takie doświadczenia, ale wszystko, co jest prawdziwe, jest tutaj, a jest tym dusza ludzka. Podkreśla się również fakt, że samobójstwem nie można wykręcić się od tego, co jest nieuniknione; nie obejdziemy tego. Jednakże dobrą drogę trudno jest znaleźć.

Hindus jest tak samo praktyczny jak człowiek Zachodu. My tylko inaczej bierzemy życie. Jeden mówi: „Zbudujmy piękny dom, miejmy ładne ubrania, dobre odżywianie, kształćmy umysł itd., itd., bo to jest całe życie”; i w tych sprawach jest bardzo zapobiegliwy. Według hindusa zaś prawdziwa znajomość świata jest to poznanie duszy, metafizyka i takim życiem on chce żyć.

Poznałem w Ameryce wielkiego agnostyka, człowieka bardzo dobrego, szlachetnego, doskonałego mówcę. Wygłaszał odczyty o religii, mówił, że ona nic nie daje: „Po co zajmować się innymi światami?” I dawał takie porównanie: „Oto pomarańcza; a co chcemy z nią zrobić? Wycisnąć wszystek sok”. Spotkałem go raz i powiedziałem mu: „Zgadzam się z panem najzupełniej. Chcę również wycisnąć sok z owoców. Różnimy się tym, że nie wybraliśmy tych samych owoców. Pan wybrał pomarańczę, ja wolę mango. Pan myśli, że wystarcza żyć tutaj, jeść i pić, zdobyć też nieco wiadomości naukowych, ale nie ma pan prawa żądać, żeby to odpowiadało upodobaniom wszystkich. Mnie się taki pomysł nie podoba. Gdybym nie mógł zwrócić zainteresowań ku czemu innemu, tylko musiał uczyć się o tym, dlaczego jabłko spada z drzewa albo w jaki sposób prąd elektryczny wywołuje u mnie wstrząs nerwów, popełniłbym samobójstwo. Pragnę poznać samo serce rzeczy, ich naturę wewnętrzną. Przedmiotem waszych badań są objawy życia, przedmiotem moich jest samo życie. Moja filozofia oświadcza, że trzeba poznać życie i wymieść ze swego umysłu wszelką myśl o niebie, piekle i wszystkich innych przesądach, chociażby one miały takie podstawy istnienia jak ten nasz świat. Powinienem poznać serce tego życia, samą jego esencję, poznać to, czym ono jest, a nie tylko, jak ono działa i jakie są jego przejawy. Chcę poznać „dlaczego” wszystkich rzeczy, pytanie zaś „jak” pozostawiam dzieciom.

Bardzo to jest piękne i dobre być uczonym; niech Bóg błogosławi naukowcom w ich dociekaniach! Jeżeli jednak ktoś utrzymuje, że nie ma niczego innego, to mówi głupstwa, pomija bowiem poznawanie racji bytu życia, nie bada nigdy istoty bytu w sobie. Mam prawo utrzymywać, że cała wasza nauka jest psychozą bez podstaw. Badacie przejawy życia, a kiedy was pytam, czym jest życie, odpowiadacie, że nie wiecie o nim nic. Prowadźcie swoje badania dalej jak chcecie, ale pozostawcie mnie przy moich.

Jestem praktyczny, bardzo praktyczny, na swój sposób. Wasze przekonanie, że tylko Zachód umie być praktyczny, nie ma sensu. Wy jesteście praktyczni w pewien sposób, ja w inny. Są rozmaite typy ludzi i różne typy umysłowości. W krajach Wschodu, kiedy ktoś usłyszy, że znajdzie prawdę stojąc na jednej nodze przez całe życie, będzie trzymał się tej metody. W krajach Zachodu, kiedy ludzie usłyszą, że są pokłady złota gdzieś w krainie bez cywilizacji, miliony osób rusza, narażając się na niebezpieczeństwa, gnane nadzieją odkrycia tego złota; a być może poszczęści się tylko jednemu. Ci sami ludzie słyszeli, że mają dusze, ale całą troskę o nie pozostawiają kościołowi. Człowiek Wschodu nie uda się do kraju dzikich, powie, że to mogłoby być niebezpieczne. Ale jeżeli powiecie mu, że na szczycie wysokiej góry żyje mędrzec cudotwórca, który może go pouczyć o sprawach duszy, spróbuje wspinaczki z narażeniem życia. Oba te typy ludzi są praktyczne, każdy po swojemu. Błędem jest tylko myśleć, że w życiu nie ma nic innego prócz spraw tego świata. Zajmujecie stanowisko, z którego wiedzie droga, urywająca się gdy znikają wrażenia zmysłów, a te nie dają niczego trwałego, sprowadzają tylko wciąż nowe cierpienia; ze stanowiska, które wam wskazuję, znajdujemy pokój wiekuisty.

Nie mówię, że wasz punkt widzenia jest fałszywy; możecie przy nim trwać. Może on wam dać wiele dobrego, możecie dzięki niemu zaznać wielkich dobrodziejstw, ale to wcale nie powód, żebyście potępiali mój punkt widzenia; jest on praktyczny dla mnie na swój sposób. Pracujmy wszyscy, każdy w swej sferze działania. Daj Boże, aby każdy z nas był równie praktyczny w swej dziedzinie! Znałem uczonych, którzy byli jednakowo praktyczni po jednej i po drugiej stronie – w dziedzinie nauki i w dziedzinie życia duchowego, żywię też wielką nadzieję, iż z czasem cała ludzkość nabierze takich uzdolnień. Przyjrzyjcie się wodzie zaczynającej wrzeć: wypływa na jej powierzchnię najpierw jeden pęcherzyk, potem drugi, zjawiają się dalsze, aż cała powierzchnia ożywia się i ogarnia ją wielki ruch. Świat jest bardzo podobny do tego obrazu. Każda indywidualność jest jak jedna bańka, a wielkie ich zbiorowisko jest jak naród. Stopniowo te narody łączą się i – jestem tego pewien – nadejdzie dzień, w którym znikną podziały i nastanie Jednia, ku której wszyscy zmierzamy. Musi nadejść dzień, w którym każdy człowiek będzie tak samo gorliwie czynny w świecie nauki, jak i w świecie ducha, a wtedy to Zjednoczenie, harmonia Jedni, ogarnie i przeniknie wszystko na świecie. Wszyscy ludzie staną się dźiwanmukta – żywymi prześwietlonymi. Zmierzamy w trudach do tego jedynego celu – wśród fal zazdrości i nienawiści, jak i w promieniach miłości i braterstwa. Prądy olbrzymiego spływu unoszą nas wszystkich ze sobą; zdarza się, że wiry porywają nas, jak słomki, znoszą z drogi, zatrzymują, ale jesteśmy pewni tego, że – pomimo błędnych niekiedy kołowań – na końcu wędrówki dopłyniemy do celu i znajdziemy się w bezgranicznym Oceanie Życia i Szczęśliwości.


[1] Autor nie miał dokładnych wiadomości o Tybecie. Małżeństwa tam są. Pozbawiona była prawa zakładania rodziny najniższa warstwa niewolników – „langsonów”, poza tym panowie feudalni mogli rozdzielać rodziny pańszczyźniaków.

Zostaw komentarz