Autohipnoza w lesie 1909

Szaro było w ten pochmurny dzień w lesie sosnowym. Szaro i pusto. W ściółce suchego igliwia tylko jaskrawe lisiczki (kurki) snują się krętymi pochodami wabiąc do pójścia śladem ich żółtych korowodów dalej, jeszcze dalej, ku czemuś, co powinno tu gdzieś być. Pustka lasu znieruchomiała przy ziemi, górą ugina się pod falującą w wichrze powałą. Szum wlecze się jednostajny, ciągły wypełnia wnętrze lasu. Nie potrzeba go słuchać – nie ma w nim dźwięku, samo tylko trwanie, bez zapowiedzi stawania się. Jest to „nic” – równe, uparte nijakie… Można iść przy tym wtórze i chodzić w kółko, a nie zajść nigdzie. Trzeba wracać, skąd się przyszło.


Szum wichru zgasł nagle. Odezwał się GŁOS! Skąd? Zewsząd! Przystanąłem, odwracam się powoli, spoglądam dokoła, żeby nasłuchiwać. Coś się przekręciło – w lesie czy we mnie? Pustka się wypełniła, wszystko jest inne. Stało się coś jakbym utonął… Ale to nie ja się pogrążam, lecz wszystko ogarnęło mnie i ciśnie się ku mnie. Drzewa stoją jak stały, łodyżki kwiatów – jest ich tu niewiele – kiwają się jak przedtem… Nie! Inaczej: zwracają się ku mnie. Bo przecież wszystko teraz woła ku mnie ciągłym:
– Aaaa, aaaa?!

Wszystko żyje, widzi mnie i osacza tym ściszonym, ale ogromnym wołaniem. Nie boję się, nie, ale dziwię się bardzo i słucham uważnie, czego chce ten głos całego lasu! Idę powoli, ostrożnie, żeby nie zaczepić ani suchej gałązki, ani wysokiej cieniutkiej trawki, a zdaje mi się, że one chcą mnie zatrzymać, coś powiedzieć… coś niezmiernie ważnego. Zaczynam posuwać się z wolna, ruchem kołyszącym oglądając się żeby zrozumieć to ciągłe wołanie, bo może „ktoś” po ludzku wyraźniej szepnie, o co chodzi? Ale głos jest ogromny, bez słów… zaczynam jednak rozumieć, tak mi się zdaje; wiem już, że wołają o wielkiej tajemnicy, żądają, żebym ją wyjawił!
– Aaaa, aaaa?!

Osaczają mnie. Wiem już co mówią głosem bez słów, bo to nie ktoś, lecz wszystkie – drzewa, zioła, trawki – wszystko w przerażeniu ogromnym błaga, strasząc i grożąc:
– Jesteś tu, to wyjaw tajemnicę! Ogromną tajemnicę! Możesz i powinieneś. Czekamy wciąż i wciąż…

Jedno jest straszliwe wołanie, niepodzielone na słowa, ale już znam jego treść. Jest w tym głosie bóli i przerażenie… prośba i nakaz.

Przenika mnie smutek, głęboki smutek, ale i spokój. Dziwię się temu osaczeniu, ale nie boję się. Coś jak wstyd ogarnia mnie, bo cóż mam uczynić? Nie wiem, po prostu i najzupełniej nie wiem. Tak samo jak rok temu nie wiedziałem, co powinienem uczynić, kiedy w dworku nad Bzurą przez długie godziny w noc księżycową chodził w tej samej izbie niewidzialny, lecz tam wtedy obecny i słyszalny, pan tej siedziby, poległy przed 45 laty. Ale wtedy pociłem się ze strachu, może dlatego, że ów bezcielesny był przedtem człowiekiem, a kołatał się w tej izbie u siebie. A we mnie odezwały się w owej szczególnej chwili przesądy nabyte i lęk mnie nie opuszczał.

Tyle słów tu napisałem, a przecież te myśli wtedy szybko przemijały. Trwało i zagęszczało się wokół mnie wołanie, nagabywanie. Byłem bezradny. Krążyłem między sosnami powolnymi stąpaniami, kołysząc się i rozglądając. Wszędzie było to samo. Wszystko widzi mnie i czeka, nigdzie tutaj nie będzie inaczej.

Błysnęła myśl i otworzyłem się na to wołanie, na to żądanie; ale przecież było tak z pewnością dawniej i zawsze, tylko ja nie słyszałem tego. Cóż poradzę? Taki wykręt sprawił ulgę – głos stał się mniej natarczywy, przekomarzał się ze mną. Poruszałem się swobodniej, chociaż nadal kołysząco, wiedziałem, że puszczą mnie z obieży, że mogę stąd wyjść.

Zaczarowanie przeminęło nagle, gdy doszły mnie głosy ludzi i ostre skrzypienie wozów. Teraz dziwny mi się zdawał świt otaczający, nie pogrążony we wszechobecnym wołaniu.


Długo siedziałem nad Rotuńczanką zapatrzony w przejrzyste wody, rozważając przygodę. Nie przyznałem się nikomu do niesamowitego przeżycia. Było zbyt obce, toteż uznaliby mnie za łgarza, fantastę, może za chorego. Ojciec już wyraźnie gasł, matka zapracowana. Ufałem im całkowicie, ale po co ich niepokoić? Dopiero w pół roku później spróbowałem opowiedzieć to nauczycielowi (M.M.) wtajemniczającego nas sztubaków w psychologię. Słuchał uważnie, zadał kilka pytań i orzekł:
– Autohipnoza.

W rok później ten wyrok stracił dla mnie częściowo znaczenie. „Otwarcia się” zaznałem ponownie w innych zupełnie warunkach, nie było dramatu, tylko sama radość i zachwyt, cieszyłem się razem z roślinami, oddającymi się pieszczocie słońca w szczytowej fazie kwitnięcia, byłem pewien, że czuję to samo co one. Wniosek: autohipnoza była, ale też i coś ponad nią. Po tym drugim doświadczeniu nie zwróciłem się już do tego samego nauczyciela, chociaż go lubiłem i poważałem, ani do innego. Ów psycholog i logik wykazał najzupełniejszą niewrażliwość na… poezje Słowackiego! Wymagał prostoty i jasności w mowie i na piśmie, lecz obce mu były uczucia ludzkie; pod skalpelem prostej – niestety ubogiej – logiki dokonywał wiwisekcji najwspanialszych poezji i rozpraszał je w nicość.

Zaczarowanie czekało na dalsze przeżycia i doświadczenia. Stopniowo poznawałem je z różnych stron.


1911 późna jesień

Siedzę przy biurku z XVIII stulecia w drewnianym domku stuletnim na wsi. Jest noc. Czytam książkę historyczną i notuję daty. Czuję się u siebie, tu spędziłem wiele lat dzieciństwa – mama śpi w sąsiednim pokoiku. Całą wieś znam, okolicy też sporą część. Wszystko na zewnątrz śpi. Jest już po północy. Jutro znowu wyjadę stąd. Zostaną we wspomnieniu… przeważnie z matką i niektórymi ludźmi z przeszłości… Potężny szum… (…)

Zostaw komentarz